PrzemysławGołębski PrzemysławGołębski
54
BLOG

80 urodziny Leszka Millera

PrzemysławGołębski PrzemysławGołębski Polityka Obserwuj notkę 7
Przez dekady należał do najważniejszych postaci polskiej polityki. Można go było nie popierać, wypominać mu cynizm, zbytnią uległość wobec baronów czy fascynację socjalliberalizmem Blaira Trudno było mu jednak odmówić patriotyzmu, instynktu politycznego i wyczucia państwa.

Miller czytał politykę. Słuchał. Kojarzył fakty. Mówił krótko i celnie. Znał konsekwencje słów. Wiedział, że każda akcja przeciwko prezydentowi sojuszniczego kraju wywoła reakcję. Był silnym liderem swojej partii i jednym z najsprawniejszych szefów rządu po 1989 roku.

Był państwowcem.

W historii zostanie człowiekiem, za którego Polska weszła do Unii Europejskiej. Politykiem, który w kluczowym momencie III RP stanął po stronie Zachodu, sojuszy i realnego miejsca Polski w świecie.

Dlatego jego obecna rola boli.

Po rosyjskiej napaści na Ukrainę coś w tej biografii pękło. Miller zaczął mówić językiem wrogim wobec własnego dorobku po 1989 roku. Jakby na końcu drogi sam podważał swoje największe osiągnięcie.

Od początku wojny jego ostrze szło częściej w stronę Kijowa niż Moskwy.

Robił to człowiek, który w 2003 roku wysłał polskie wojsko do Iraku, bo znał wagę sojuszy. Robił to były szef rządu państwa, które swoje bezpieczeństwo buduje na Zachodzie, NATO, Unii Europejskiej i zatrzymywaniu rosyjskiego imperializmu daleko od własnych granic.

Ukraina wiąże dziś rosyjskie siły. Każdy dzień jej obrony ogranicza swobodę Rosji wobec Polski, państw bałtyckich i całej wschodniej flanki NATO.

I on musi to doskonale wiedzieć.

Kreml także to wie. Dlatego Moskwa chce zużyć cierpliwość sojuszników, zohydzić Kijów i zmęczyć opinię publiczną. Musi zaszczepić przekonanie, że pomoc straciła sens, opór jest daremny, a pokój za cenę ukraińskiego terytorium oznacza rozsądek.

Do tego potrzebni są ludzie z nazwiskami.

Byli przywódcy. Generałowie. Profesorowie. Eksperci. Dawni ludzie Zachodu, którzy zaczynają mówić językiem wygodnym dla Moskwy.

Intencji Millera bez dowodów przesądzać nie wolno. Skutki jego słów można jednak ocenić bez taryfy ulgowej.

Jego wypowiedzi wzmacniają przekaz, że Ukraina staje się dla Polski ciężarem, Kijów trzeba dociskać, a Wołyń ma dziś ważyć więcej niż bezpieczeństwo.

Wołyń jest raną realną.

Ukraina przez trzy dekady uciekała od odpowiedzialności. Kijów zbyt często, także w latach rządów Millera, udawał, że problem sam zniknie. Wtedy mu to nie przeszkadzało.

Dziś ta rana stała się dla Moskwy idealnym narzędziem. Prawdziwa tragedia, prawdziwa krzywda i prawdziwa niezałatwiona sprawa tworzą klin między Warszawą a Kijowem.

Najpierw podbija się emocję. Potem miesza pamięć z gniewem. Potem gniew z poczuciem zdrady. Na końcu zostaje gotowy wniosek: Ukraina jest problemem.

Odbiorca ma być przekonany, że doszedł do tego sam.

Tak działa sterowanie refleksyjne. 

Rosyjska operacja wpływu jest najskuteczniejsza wtedy, gdy człowiek bierze cudzy scenariusz za własny wniosek.

W tej logice pamięć o pomordowanych Polakach zostaje użyta do osłabienia państwa, które dziś zatrzymuje rosyjską armię.

Były premier wie, czym jest wojna informacyjna. Wie, że komunikat człowieka z jego biografią waży najwięcej. 

Miller może nawet uważać, że mówi w imię polskiego interesu. Może nawet uważać, że broni pamięci o Wołyniu. 

Polityka rozlicza się jednak ze skutku.

A skutek jest taki, że jego słowa pracują na rzecz narracji, którą Kreml chce zaszczepić Polakom.

Leszek Miller miał wszystko, by odejść jako twardy, cyniczny, ale skuteczny kanclerz jakiego znaliśmy. Europejczyk. Polityk, który znał mechanikę państwa lepiej niż większość swoich następców.

Kończy jako sojusznik Grzegorza Brauna i oby tylko 

Doradca ds. wizerunku, politolog, bloger

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka