Politycy obu środowisk prawicy nie przypadkowo publicznie się atakują, wyśmiewają, a nawet ośmieszają. Z perspektywy marketingu politycznego nie jest przecież najważniejsze to, co mówią, lecz jaki efekt komunikacyjny wywołują.
Każdy dzień tego konfliktu osłabia w świadomości wyborców utożsamienie Mateusza Morawieckiego z Jarosławem Kaczyńskim.
I właśnie o to pomysłodawcom tej kampanii chodzi bez względu na chwilowe odczucia.
Przez lata sprawowania funkcji premiera Morawiecki stał się dla znacznej części opinii publicznej integralnym elementem marki PiS. W badaniach wizerunkowych taki stan określa się jako fuzję marek politycznych - sytuację, w której wyborcy przestają odróżniać lidera od organizacji, którą reprezentuje.
Dopóki takie skojarzenie dominuje, nowa partia nie jest w stanie skutecznie konkurować o elektorat spoza własnego obozu.
Dlatego obecny konflikt pełni funkcję repozycjonowania marki politycznej.
Jego celem jest utrwalenie w świadomości wyborców przekonania, że Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński reprezentują dwa odrębne projekty polityczne, niezdolne do późniejszej współpracy. Czy bardziej brutalna walka tym to przeświadczenie jest coraz bardziej wiarygodne. To przekonanie ma utrzymywać się aż do dnia wyborów. Dopiero po nich decydująca stanie się arytmetyka sejmowa.
Równolegle zmienia się również sam przekaz Morawieckiego.
Dystans wobec najbardziej kontrowersyjnych symboli poprzednich rządów, krytyczna ocena Jacka Kurskiego czy deklaracje dotyczące kompromisu aborcyjnego nie są przypadkowymi wypowiedziami. Stanowią element procesu repozycjonowania programowego, którego adresatem nie jest tradycyjny elektorat PiS, lecz wyborcy centrum, dawni wyborcy Polski 2050 i PSL oraz konserwatywna część elektoratu KO.
To potwierdza, że oba ugrupowania nie konkurują o ten sam segment rynku wyborczego więc nie będą sobie wrogie.
W politologii rozłam oznacza trwały podział prowadzący do osłabienia całego obozu politycznego. Segmentacja oznacza natomiast podział oferty politycznej na dwie marki skierowane do różnych grup wyborców, przy zachowaniu możliwości późniejszej współpracy parlamentarnej.
To właśnie ten drugi mechanizm wydaje się dziś bardziej adekwatnym narzędziem opisu.
Od miesięcy twierdzę, że jedna marka ma utrzymać twardy elektorat prawicy, a druga ma zagospodarować segment wyborców, do którego PiS od lat nie potrafił skutecznie dotrzeć.
Jeżeli koalicja rządząca uzna obecne wydarzenia wyłącznie jako kryzys opozycji i nie dostrzeże zachodzącego procesu segmentacji, może się okazać, że obserwuje nie rozpad konkurenta, lecz budowę koalicji zdolnej do przejęcia po niej władzy. Takie zaskoczenie mimo ostrzeżeń, może więc wiele kosztować.
Szczególnie, że zaskoczenie kolejne, bo pierwsze przyszło 1 czerwca 2025 roku.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)