Byłoby wygodnie uznać to za osobliwość jednej posłanki PiS. Ten sam mechanizm opanował wszystkie partie. Różnią się dekoracjami, hasztagami i zestawem wrogów. Łączy je przekonanie, że wydarzenie bez zdjęcia, rolki i transmisji właściwie się nie wydarzyło.
Politycy przestali być wybrańcami narodu. Stali się celebrytami wybieranymi przez naród.
Poseł dawniej reprezentował wyborców, pracował nad prawem i rozliczał władzę. Dziś przede wszystkim reprezentuje siebie przed kamerą. Sam organizuje wydarzenie, nagrywa relację, opisuje własne bohaterstwo i liczy reakcje. Parlament coraz bardziej przypomina studio telewizyjne z wyjątkowo drogą administracją.
Badacze nazywają ten proces mediatyzacją polityki. Partie podporządkowały działalność logice mediów, a media społecznościowe podporządkowały ją algorytmom. Liczy się konflikt, emocja i twarz nadająca się na miniaturę. Sprawczość można zastąpić widzialnością, a program regularną produkcją oburzenia.
Jedni nagrywają interwencje poselskie. Drudzy konferencje na korytarzu. Trzeci filmują zakupy, bieganie albo śniadanie. Każda partia ma własne gwiazdy reality show. Wszystkie występują w tym samym formacie.
Państwo stało się scenografią. Instytucje dostarczają rekwizytów. Obywatele zostali publicznością, która ma oglądać, komentować i głosować na kolejny sezon.
Polityk walczy więc o Polskę tak długo, jak działa kamera. Gdy zabraknie prądu, przenosi Polskę bliżej gniazdka.


Komentarze
Pokaż komentarze (25)