wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
49 obserwujących
63 notki
145k odsłon
5009 odsłon

Etyka adwokacka, czyli Romek na tropach yeti.

Wykop Skomentuj265

Wprawdzie bezpośrednio z przedstawicielami rodzimej Palestry  miałem się okazję osobiście zetknąć dopiero w czasie studiów, ale wcześniejsze śledzenie relacji z procesu morderców Księdza Jerzego dało mi jasny pogląd kim powinien być adwokat. Oczywiście szczególne wrażenie robili oskarżyciele posiłkowi - Jan Olszewski, Krzysztof Piesiewicz, Edward Wende. Sławę mecenasa Piesiewicza dodatkowo wzmagała jego aktywność jako scenarzysty. Adwokat to był ktoś. To człowiek instytucja, mówca ze szkoły Kwintyliana, erudyta, na dodatek niezależny finansowo. Legenda rosła wraz z procesami politycznymi i bezkompromisowością obrońców w walce ze zgniłym systemem późnego Jaruzelskiego. 

Właściwie większość kandydatów na studia prawnicze marzyła właśnie o karierze adwokata. Sprawa prostą nie była, bo już samo wstąpienie w szeregi studentów prawa stanowiło poważną trudność, szczególnie dla osób spoza prawniczych rodzin. 6 kandydatów na jedno miejsce, a przy tym spora pula zarezerwowana z góry dla tych, którzy dostać się muszą, to były realia egzaminu. Z aplikacją adwokacką było jeszcze gorzej. Jak policzyłem na swoim roku osoby z adwokackich rodzin i zestawiłem tą liczbę z wolnymi miejscami na aplikacji, to z góry wykluczyłem niedorzeczny pomysł ubiegania się o podobne laury. 

Z czasem, w miarę poznawania tego środowiska i realiów pracy mecenasów, zapał mi przechodził, a  gdy przełom roku 1989 otworzył dla studentów i absolwentów prawa inne, nieznane wcześniej możliwości, wszelkie myśli o aplikacji adwokackiej, czy jakiejkolwiek innej z lekkością porzuciłem, choć jak twierdzi wielu, prawnik bez aplikacji w ogóle nim nie jest, co z pokorą musiałem po wielokroć przyjmować do wiadomości.

Nastanie "wolnego rynku" przyniosło zagładę etosu adwokata. Jeszcze słuchając mowy Premiera Jana Olszewskiego w pamiętną czerwcową noc, mogłem sobie wyobrazić tych wielkich rzymskich prawników, jak Cyceron i ich wspaniałe oracje, ale to był łabędzi śpiew. Noc teczek obnażyła wiele życiorysów. To co działo się później, w zawrotnym tempie niszczyło resztki autorytetu. 

Wychowując się na Służewcu i mając, co tu kryć, sporo znajomych i towarzyszy lat dziecinnych, których kręte ścieżki zaprowadziły z wyścigów na ławy oskarżonych, miałem okazję wysłuchać masy zawstydzających relacji o gwiazdach polskiej Palestry. Przygnębiający efekt wywołał zwłaszcza proces "Pershinga", gdy ów po odczytaniu wyroku skazującego wykrzyczał do swojego obrońcy, największego z wielkich: "Ty ch....., wziąłeś miliard, a ja idę siedzieć?".

Oczywiście miałem i mam wśród adwokatów wielu znajomych, a nawet kilku przyjaciół, o których jestem jak najlepszego zdania. Nie zmienia to jednak ogólnej oceny. Polska adwokatura upadła dawno temu, razem ze swoim etosem. Oczywiście do zawodu już w czasach komuny dostało się wiele szemranych postaci, lub wręcz bandytów. To zbyt cenny fragment społecznej tkanki, aby mógł być pozostawiony bez specjalnego nadzoru. Widzimy takie indywidua w filmach z okresu, spotykamy w literaturze, a często, zwłaszcza na prowincji, w relacjach zwykłych ludzi. Patologia dotyka każdej grupy i wśród mecenasów występować musiała, zwłaszcza w takich warunkach, jakie tworzyła PRL. Jednak, pomimo wszystko, komunę Palestrze udało się wizerunkowo przetrwać, bo zbyt wielu było w niej jeszcze ludzi wybitnych. Upadku realnego socjalizmu polska adwokatura jako niezbędna część narodowej elity już nie przeżyła.

Żadna większa afera gospodarcza, żaden proces komunistycznych zbrodniarzy, mniejszej czy większej rangi, żaden gang, czy zorganizowana nikczemność nie mogły się obyć bez swoich mecenasów, najlepiej z głośnym nazwiskiem. I upadali - jeden po drugim, najczęściej z gębą wypchaną frazesami, o tym jak to adwokat musi bronić z przekonaniem i przy użyciu wszelkich środków najgorszego nawet zbrodniarza. Ale nigdy nie mówili za ile. Bo tych bandyckich chudopachołków, nie mających grosza, którym państwo musiało zapewniać obrońcę z urzędu, nie chciał bronić nikt, poza ostatnimi w rankingach.

Gdy reformy Zbigniewa Ziobry otworzyły zawody prawnicze, pod hasłem walki z nim, jako "niszczycielem polskiej adwokatury", stanęła większość adwokatów, żałosnych przeważnie w swoich żalach nad upadkiem etosu, dawno już utytłanego w substancji, która zawsze na wierzch wypływa. 

Z kim mamy do czynienia pokazała najpierw afera reprywatyzacyjna, a potem zaciekła walka o "wolne sądy", której twarzą został Roman Giertych. Koniec wieńczy dzieło. Dzieło zniszczenia tego co winno być narodowym skarbem, a jest prywatnym łajnem.

Wykop Skomentuj265
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka