wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
47 obserwujących
60 notek
134k odsłony
1149 odsłon

O pracy, planach i starej kuźni.

Wykop Skomentuj119

Istnieje jeszcze na marginesie głównego nurtu życia gospodarczego kilka starych zawodów, które odcisnęły wielkie piętno na całych stuleciach rozwoju społecznego, pozostawiły trwałe ślady w języku, nauczyły nas wielu pojęć, a teraz odchodzą w niebyt, marginalne, zapomniane, zamienione w niszowe rzemiosło. Takim fachem jest kowalstwo.

To zawód prastary. Pierwszy, w którym z takim skutkiem wykorzystano energię ognia, zaprzęgniętego przez człowieka do kontrolowanej pracy. Nieprzypadkowo w mitologii greckiej Hefajstos był najbardziej zapracowanym bogiem, a wulkan był jego siedzibą. Ta twórcza rola kowalstwa zostawiła trwałe ślady w polszczyźnie w postaci różnych zwrotów związanych z kuciem, wykuwaniem i kuźnią. Kowal własnego losu, kuźnia kadr, wykuwanie przyszłości, kucie żelaza póki gorące, a przy tym liczne nazwiska - Kowalski, Kowal, Kowalczyk itp. To oddaje znaczenie pracy ludzi trudniących się obróbką metali. Przez tysiąclecia.

Miałem to szczęście, że pracy kowala mogłem się często przyglądać bez ograniczeń i z bliska. Ojczym mojej Matki był kowalem, prowadził kuźnię w małym miasteczku na Podlasiu, jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, jako zaawansowany osiemdziesięciolatek. Nieduży, siwiutki człowiek, machający ciężkim młotem jak dziecko grzechotką. Nie wiem skąd brał tą siłę, bo przyzwyczajeni do widoku współczesnych siłaczy, raczej nie znajdujemy śladu ich muskulatury w rękach takich ludzi, którzy siły nabierali w codziennym trudzie, a nie na siłowniach. Dziwny kontrast.

Oczywiście taka kuźnia różniła się już sporo od tych starszych, choćby tym, że miech nie był ręczny tylko elektryczny, dzięki czemu i ja się mogłem przydać, włączając przełącznik, kiedy było trzeba. W jednym z pewnością nie różniła się od tych towarzyszących ludziom od wieków. W kuźni wykuwano tylko rzeczy potrzebne - niezależnie od epoki. Wcześniej były to najczęściej podkowy, narzędzia rolnicze i oczywiście wszelkiego rodzaju broń. Później oczywiście znaczenie broni spadło do minimum, choć mój powinowaty wspominał jeszcze swoją działalność z czasu wojny, gdy dla silnej miejscowej partyzantki, a nawet dla stacjonujących w miasteczku żandarmów wykonywał różne drobne rzeczy związane z wojennym rynsztunkiem. 

W czasach gdy w kuźni przesiadywałem to już był schyłek. Podkowy, elementy różnych żelaznych przyrządów niezbędnych w gospodarstwie, czasami jakieś łańcuchy, sztaby do okiennic i okucia. Nie wiem jak "mój" kowal to fizycznie wytrzymywał, ale siedząc niemal całe życie w atmosferze dalekiej od ekologicznych wymogów, dożył dziewięćdziesięciu siedmiu lat, pracując jeszcze na kilka lat przed śmiercią. Zmarł usnąwszy nad czytaną gazetą, po uprzednim wypaleniu skręta z tytoniu własnej produkcji zawiniętego w gazetę.

Czy takie życie i kondycję zawdzięczał pracy? Z pewnością w znacznym stopniu. Ta praca nie męczyła. Gołym okiem widać było jej sens i natychmiastowy niemal efekt. Ludzie przychodzili po konkretne rzeczy, bez których nie mogli się obejść. Wszystko toczyło się swoim rytmem, zgodnym z rytmem tego świata zanurzonego w naturalny bieg spraw i natury. Bo tu prędkość obrotów Ziemi była niezmienna. Któż by nie chciał tak pracować? Wiedzieć kiedy, co , dla kogo i za ile ma zrobić, a jedynym ograniczeniem nie jest szef, czy jakiś cholera wie skąd wzięty "menadżer", tylko żona wołająca na obiad czy kolację, czuwająca, aby należność była wypłacona w "gotowiźnie", a nie na przykład we flaszce, którą przy większej robocie powinno się wypić z kontrahentem.

Nie. Takiej pracy już nie znamy. Nie ma już wielu takich kowali , szewców, krawców, czy introligatorów, czekających na klienta w swoich warsztatach i robiących dla niego to, czego ów potrzebuje. Świat mknie szybciej niż Ziemia na której się opiera i teraz mamy "produkty" i ich sprzedawców. Potrzebujemy, czy nie - oni muszą nam to sprzedać. Mają swoje plany. Plany mają swoich autorów i realizatorów. Są precyzyjnie wyliczane przez magów od cyfr, przy których starzy Chaldejczycy , czy Egipcjanie, mogą ze wstydem spuścić wzrok w zaświatach. Plany dostają "marketingowe" wsparcie i kolejni budowniczowie różnych "kampanii" z puchu, piasku i mgły tworzą swoje wizje. Wszyscy, wszystko sprzedają wszystkim, a nad niezbędnością całego tego ruchu nikt nie ma potrzeby się zastanawiać. W efekcie końca pracy nie widać. Flaszeczki nie pije się gdy koń okuty, brona, czy pług naprawione i można iść w pole. Flachę i inne wspomagacze łapie się przed bo "nie zrobione", w trakcie " bo nie nadążam" i po "bo się nie dało", a mogą przyjść inni i dać radę.

Jako człowiek przywiązany do starych przedmiotów, gdy otwieram jakąś wiekową książkę, wykonaną z ręcznie robionego papieru, również ręcznie oprawioną, a najlepiej z jakimś drzeworytem w środku, to zastanawiam się czy trud dzisiejszych agentów, brokerów, menadżerów, maklerów, dziennikarzy , piarowców, szkoleniowców, marketingowców, filmowców, etc, etc, też za trzysta lat będzie można wziąć do ręki i pomyśleć - jacy to kiedyś byli zdolni, pracowici i szczęśliwi ludzie.

Wykop Skomentuj119
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo