wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
105 obserwujących
158 notek
401k odsłon
  956   6

Póki woda płynie w Wiśle. O Zielonym Konstantym

Być może rzeczywiście najlepsze wiersze pisze się w Krakowie, ale jeśli tak, to ich autorem musi być Warszawiak. Najlepiej z Towarowej. Szczęśliwie taki się urodził i czasowo przemieszkiwał w dawnej stolicy, dzięki czemu poznał mistrza Onoszkę, w knajpie dorożkarskiej i  jako element genialnej twórczości pozostawił nam to nadzwyczajne credo, wyrecytowane do taktów walca "Zalany Słoń": Póki dorożka dorożką, koń koniem, dyszel dyszlem, póki woda płynie w Wiśle...

Gałczyński był absolutnym fenomenem, złapał boską iskrę, dostępną tylko tu, pozwalającą nam na delektowanie się czymś unikalnym, zarezerwowanym tylko dla nas Polaków, ludzi wyłącznych. Może sobie gdzie indziej być niezrozumiały, nieprzetłumaczalny, nierozpoznawalny. Tutaj jest u siebie i to tak zupełnie wystarcza, że znamiona geniuszu są wyczerpane i zatwierdzone w innych przestrzeniach. Nawet jeśli zastanawiamy się ile, czego i gdzie trzeba było wypić, aby tak pisać. To bez znaczenia - przechodniu zdejmka pelusz - i się nie zastanawiaj nad alkoholizmem poety. Pewnie jego najwybitniejsze wiersze powstałyby na trzeźwo, ale już perły typu "Dziwny kelner", czyli przedstawienie Teatrzyku Zielona Gęś do złudzenia przypominające konferencje ministra Niedzielskiego - niekoniecznie.

Zielony Konstanty wielkim poetą był, jeśli wątpicie to się nie znacie , skumbrie w tomacie , skumbrie w tomacie, napisał wszystko w polskim temacie, skumbrie w tomacie - pstrąg!

A miał o czym pisać bo wtłoczony w wielkie ideowe spory a potem miażdżony przez dwa totalitaryzmy, pozostał wyczulony na narodowy szmer, do tego stopnia, że gdy dla pieniędzy i świętego spokoju musiał dla komunistów stworzyć "pieśń patriotyczną", to zrobił to tak , że pewnie do dziś towarzysze internacjonaliści kręcą piruety w swoich ekskluzywnych grobowcach.

Połączył w sobie nieograniczony niczym liryzm, z doprowadzonym do absolutu polskim poczuciem humoru, demonstrując przy tym fantastyczne wręcz opanowanie języka polskiego, przynależne najczęściej poetom żydowskiego pochodzenia, jak Tuwim, Hemar, Leśmian, czy jego kuzyn Jan Brzechwa. To u nich polskie głoski tańcują jak igła z nitką, zaskakując co i rusz jakimiś niesamowitymi połączeniami wyrazów i sensów. Gałczyński nawet tu przerastał otoczenie, operując paradoksem jak wirtuoz, zaskakując nas pytaniami "dlaczego ogórek nie śpiewa" podniesionymi do rangi filozoficznych rozpraw i pozostawionymi wprawdzie bez odpowiedzi, ale za to z dojmującym współczuciem, dla owego zamkniętego w słoju nieszczęśnika.

I choć pokonany przez nałóg, to w istocie Gałczyński był poetą nieujarzmionym. Swoją skalą kasował wszystkich i mimo, że anegdot o nim znamy mnóstwo , głównie związanych z nałogiem, opowiadanych przez różnych ludzi, posiadających cały wachlarz obserwacji, to jednak nikt nie odważył się zakwestionować geniuszu poety. No bo kto był w stanie się z nim równać? Grał w oddzielnej kategorii, samoistnej i owa "Zaczarowana dorożka" jest tu najlepszym przykładem. Opowieść o świecie, kraju, mieście, ludziach - wszystko zmieszczone w kilkudziesięciu strofach stanowiących równowartość wielkiego poematu, z trudną do objęcia ilością rozdziałów. Nie ma takiego drugiego polskiego utworu i nigdy nie będzie. 

Zawsze chodził swoimi drogami, wbrew modom czy trendom. Współpracował ze Stanisławem Piaseckim , twórcą "Prosto z mostu", pisma stojącego w radykalnej opozycji do sanacji, ale przede wszystkim celebrytów ze "Skamandra". W zasadzie dzięki temu środowisku zaistniał, a z racji tego, że stało na stanowiskach zbliżonych do narodowo - radykalnych, zapracował sobie na szereg łatek jakimi po dziś dzień okleja się ludzi przywiązanych do polskości i umiejących ją przeżywać. To środowisko złożył szczególną daninę krwi w czasie wojny i po niej, tępione bezwzględnie przez obydwa totalitaryzmy. Gałczyński, który dzięki zbiegowi okoliczności uniknął losu polskich jeńców na wschodzie, uczcił pamięć Piaseckiego pięknym wierszem "Okulary Staszka", najlepiej pokazującym między jakimi biegunami umiał się jako poeta poruszać. Od "Okularów Staszka" do "Zielonej Gęsi" i od "Osiełka Porfiriona" do "Zaczarowanej dorożki".

Zostawił po sobie zasób niesamowity. Opisał nas Polaków bez uchybienia choćby na milimetr, bo też mamy taką skalę. Nie radził sobie z nałogiem, ale radził sobie z nami. Kiedy trzeba z łatwością wyciskał łzy rozpaczy, łzy wzruszenia, uśmiech Mony Lisy i szczery śmiech Hermenegildy Kociubińskiej, w którą najlepiej , zapewne nieprzypadkowo, wcielała się jego sąsiadka z warszawskiej Woli.

I jak to polski poeta, chociaż rzadko już trzeźwiejący, to jednak wciąż niezależny i widzący to czego pod żadnym innym niebem nikt nie dostrzeże. Zawsze będzie w każdym mieście, zawsze będzie choćby jedna, choćby nie wiem jaka biedna...... I w te słowa Mistrza Onoszki trzeba wierzyć choćby w najpodlejszych czasach. Tak zapewnia Zielony Konstanty, mąż Srebrnej Natalii, poeta polski. Geniusz. Magik i Małpiszon.

Lubię to! Skomentuj31 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura