wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
114 obserwujących
170 notek
430k odsłon
  2013   20

Demeter i Eryzychton, czyli kiedy wszystko przejemy.....

To jeden z ciekawszych choć zupełnie nieznanych mitów. Obraz mistrzostwa Greków w zamykaniu "pojęć" w formie zrozumiałej opowieści, budującej zasób cywilizacyjny. Bo prawidłowa umiejętność rozpoznawania i nazywania zjawisk zrodziła wielką grecką kulturę, z której powinniśmy czerpać nieustannie, aby nie zatracić podstawowych umiejętności umożliwiających nam trwanie i rozwój.

Eryzychton to jakiś lokalny król, nie wart pewnie większej pamięci, gdyby nie to, co wyróżniało go spośród innych władców. Był zupełnym bezbożnikiem. Odmawiał czci wszystkim bogom, nie akceptował żadnej świętości, a wszelka religia była mu wstrętną. Szczególnie irytował go rozpowszechniony wśród poddanych kult Demeter, odpowiedzialnej za tę sferę życia, którą uważano za podstawową. Kontakt z naturą i harmonijne korzystanie z jej dobrodziejstw. Oddanie czci bogini rolnictwa, gwarantowało obfite i regularne plony, zapewniające trwanie i rozwój. Tu pokora wobec sił, nad którymi człowiek nie panuje, fundamentalnie przy tym od nich zależąc, to podstawa wszelkiego sacrum. Świętość ziemi i jej płodów to podstawa greckiej religijności, w której tak mocno zakorzeniona jest nasza cywilizacja. Tej Eryzychton nie uszanował, o czym dowiadujemy się z "Metamorfoz" Owidiusza, opisującego w ich ósmej księdze zbrodnię popełnioną przez owego bezbożnika. Niepomny przestróg i błagań kazał ściąć poświęcony Demeter dąb, zadając przy tym pierwszy cios topora.

Jak wiemy z mitologii greccy bogowie umieli się świętokradcom odpłacać i tak też potraktowali  i tego występnego króla. Spotkał go los podobny do przypisanego szeroko znanemu Tantalowi. Może nawet gorszy, bo ile Tantal stojąc w wodzie nie mógł ugasić pragnienia, a mając na wyciągnięcie ręki wspaniałe owoce, nie był w stanie ich dosięgnąć, o tyle Eryzychton nie miał takich problemów. Przeciwnie jadł i pił bez ograniczeń, ale nie był w stanie nasycić nieustającego głodu. Taka go spotkała kara. Przejadł cały majątek, stracił królestwo, sprzedał córkę, a wciąż był głodny. Ciągle jadł, ale celu nie osiągał. Owa córka - Metra, została przez Demeter wyposażona w dar zmieniania postaci, dzięki czemu ojciec mógł ją wciąż na nowo sprzedawać, aby mieć środki na zaspokojenie nieustającego łaknienia Wszystko na nic. Idealne nienasycenie.

Nie wiem na ile realnie stoimy wobec problemu owego potępionego króla, a na ile obawy związane z "przeżarciem" wszystkich zasobów są rzeczywistym zagrożeniem. Rzeczowa dyskusja na ten temat przestała być możliwa, odkąd wdała się w nią nachalna propaganda. Uczciwie nic się ustalić nie da, bo za szacowanie zapasów i ocenę perspektyw rozwoju wzięli się sprzedajni rachmistrze, epatujący słupkami i wykresami dowodzącymi, że jeśli dziś nie zgodzimy się na dobrowolne zamarznięcie, to jutro umrzemy w wyniku przegrzania, albo najazdu jeszcze bardziej przypieczonych barbarzyńców. Przyszłości nie jesteśmy w stanie przewidzieć, o czym Grecy też wiedzieli, choć wierzyli wróżbitom. Nie na tyle jednak , aby nie stworzyć mitu o wieszczku Kalchasie, który przepowiedział, ze umrze w wyniku nietrafionej przepowiedni - i tak się rzeczywiście stało. Ten mistrzowski paradoks nie może nikogo zmylić. Przyszłości nie znamy i nie poznamy, choćbyśmy nie wiem jak racjonalne przesłanki jej przewidywania skatalogowali i prawidłowo ułożyli. Większość z nas jeszcze pamięta alarmistyczną propagandę o nieuchronności załamania cywilizacyjnego, spowodowanego wyczerpaniem surowców energetycznych. A kto sobie to przypomni, ze zdziwieniem przyjmuje konieczność zasypywania całkiem zasobnych kopalń węgla.

Ziemia ma zadziwiającą zdolność regeneracji. Demeter się na jakiś czas chowała, a potem znów pojawiała obdarowując ludzi swoim bogactwem, co skrzętnie rejestrowali. Teraz to znacznie trudniej zaobserwować, bo żyjemy przy sztucznym świetle, poddawani milionom impulsów wytrącających nas ze stanu równowagi, pozbawiających podstawowych cech człowieka myślącego - zastanowienia, namysłu, odpoczynku, czy zdania sobie sprawy z ograniczeń. Kto nam to robi?

Owego współczesnego Eryzychtona nietrudno zidentyfikować. Najpierw oderwanie od religijności i zniszczenie sfery sacrum. Po co nam ona? A potem wieczny głód,  którego nie jesteśmy w stanie niczym zaspokoić, tucząc tylko nieznanego Grekom bożka o imieniu "sprzedaż". A teraz to właśnie on rządzi, a ołtarze ma ogromne i wspaniałe. Wielkie szklane wieże w miastach molochach, obudowane wkoło mrowiskami, zamieszkanymi przez Myrmidonów, z tym że już nie tych od Achillesa, ale podkomendnych  kapłanów "sprzedaży". Raz wprawiony w ruch mechanizm "wielkiego żarcia" zatrzymać się nie chce, a ci najgłośniej krzyczący o nadchodzącej katastrofie, której za odpowiednią opłatą oczywiście zapobiegną, jednocześnie owo "wielkie żarcie" nieustannie stymulują. 

Eryzychton stał się niewolnikiem własnego nienasycenia, u którego podstaw legła bezbożność. Cywilizacyjnie znaleźliśmy się na podobnej drodze i żadne zaklęcia o "zielonych ładach" i "zrównoważonych rozwojach" nic tu nie pomogą, bo równowaga dawno przepadła , a ciśnienie w społecznych kotłach wciąż rośnie i tylko głupcy myślą, że są je w stanie kontrolować. Tylko tak jak Eryzychton swój głód.

Być może mit o tym niegodnym królu poszedł w zapomnienie, bo został skutecznie zasłonięty przez dwa słowa, które zbudowały Europę: "ora et labora". Tyle , że nienasyceni bezbożnicy wrócili. I właśnie zaczęli wystawiać faktury.

Lubię to! Skomentuj170 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura