wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
117 obserwujących
179 notek
451k odsłon
  1648   18

Impresje Antka Boryny. O ludziach bezdusznych

W zamierzchłych czasach edukacji licealnej przez cztery lata byłem świadkiem prawdziwości powiedzenia, że "łacina i greka wykańcza człowieka". Rzeczywiście obowiązkowy kurs języka Rzymian był ciężkim losem ucznia, z rzadka odnoszącego jakiekolwiek sukcesy na tym polu. I gdyby nie nasz Profesor, który trudy poznawania koniugacji i deklinacji, uczenia się na pamięć metrycznych wierszy, rekompensował zadziwiającą zdolnością przekazywania kodu kulturowego, to pewnie nic by we mnie z tych lekcji nie zostało. Jest jednak inaczej, bo po dziś dzień mam wrażenie, że ów świetny pedagog uczył nas czytać. Nie w sensie umiejętności składania słów, tylko w zakresie rozpoznawania ich znaczeń, pokazując przy okazji długowieczną dwujęzyczność naszej kultury i jej elementy uniwersalne. Potrafił odstąpić od normalnego trybu zajęć , aby stoczyć zawsze pasjonującą dyskusję o korzeniach cywilizacji. Na przykład, gdy pierwsza przerabiana po wakacjach czytanka zaczynała się od zwrotu Ecce Schola! potrafił zamienić ową szkołę na Homo i dostawaliśmy obraz Jezusa przed Piłatem i żydowskim tłumem. Ecce Homo! Oto człowiek! I już dyskutowaliśmy pełne 45 minut.

Podobnie było z "impresją" wywołaną jako temat przy jakiejś klasowej wycieczce do muzeum. Co znaczy impresja? Dosłownie wciśnięcie, ale nie tylko, bo przecież najczęściej tłumaczona jest jako wrażenie. Cios i raz oplecione całą masą przedrostków nagle dają nam w polszczyźnie ogromną skalę pojęć, aby przy delikatnym , choć wyraźnym rozróżnieniu pozwolić nam dojść do dwóch typów ludzi. Wrażliwego, dysponującego wyobraźnią, ale też ociosanego, zazwyczaj przy tym tępą siekierą. 

Od owego razu pochodzi masa słów, w tym tak niezwykłe jak "obraz", czy "wyobraźnia", ale też owo "wrażenie" będące w naszym rozumieniu tą łacińską impresją. I to właśnie wrażenia i wyobrażenia konstytuują nas jako ludzi, stanowiąc podstawę wszelkiej kultury, nawet gdy są tylko na etapie zupełnie podstawowym, niemal pierwotnym. Każde z nas ma bowiem w swojej pamięci jakieś zdarzenie, "obraz", głęboko poruszający i często nie wiadomo dlaczego pozostający w pamięci na zawsze i przez to mający wpływ na całe życie. Częstokroć nawet nie wiemy dlaczego akurat to, a nie inne zjawisko tak nami włada. Rosjanie mają na to nawet silniejsze określenie - wpieczatlienie. 

W naszych zasobach literackich są dwa szczególnie silne opisy tego zjawiska. Wrażenia, czy nawet porażenia w jednej chwili zmieniającego postawę bohatera. Marcin Borowicz, bohater "Syzyfowych Prac" całkowicie się zmienia pod wpływem recytacji "Reduty Ordona" przez szkolnego kolegę i jest to zapis impulsu kulturowego. Antek Boryna też doznaje podobnej iluminacji, ale z zupełnie innych powodów. I ta druga "impresja" jest dla mnie dużo ciekawsza.

Reymont, chyba pierwszy polski pisarz tej rangi pochodzący z ludu, zanurza się w jego konsystencję ze swoim świetnym piórem i zmysłem obserwacji i niczego nie przeocza. Widzimy wspólnotę z jednej strony tkwiącą w strukturze naturalnej , związanej z cyklem pór roku i uprawą roli, ale już świadomą swojego "obywatelstwa" i odkrywającą podmiotowość. To zjawisko nałożone jest na konflikt o las, którego kulminacyjnym punktem będzie bitwa włościan z "dworskimi". Na czele wiejskiej gromady stoi Maciej Boryna - prawdziwy przywódca, ludowy trybun, zdolny do "prze - wodzenia"  pozostałym. I właśnie prowadzi wieś przeciwko dworowi, czujnie obserwowany przez własnego syna - Antka, chcącego dokonać ojcobójstwa. Bo konflikt tych dwóch, właściwie takich samych ludzi, doszedł do takiego właśnie stadium. Syn chce zabić ojca - za wszystko. Zawsze robił mu wbrew, ożeniwszy się nawet na złość z biedną i pogardzaną przez starego Hanką. A gdy Maciej żeni się z Jagną, kochaną ze wzajemnością przez syna - nic już ich nie łączy poza zapiekłą nienawiścią. I oto tuż przed śmiertelnym strzałem, dla którego młody Boryna poszukuje tylko odpowiednich warunków "technicznych" następuje raptowna przemiana. Gdy w trakcie bijatyki stary Boryna otrzymuje cios w głowę kolbą karabinu, wrażenie tej sceny jest dla Antka tak silne, ma taką moc, że z okrzykiem "Ojciec!" rzuca się na napastnika, zabijając go. 

Wiarygodność tej sceny jest dla mnie stuprocentowa. Moment reymontowski. Zresztą wcześniej takiej impresji ulega też i Maciej, widząc synową tachającą chrust z lasu. I nagle owa pogardzana Hanka staje się członkiem jego rodziny. Tu jednak mamy mniejsze napięcie. W scenie śmiertelnej bójki to co innego. Syn chcący przed chwilą zabić ojca, staje się jego krwawym obrońcą, za co zresztą trafia do więzienia. A to go zmieni. Nie tak jak Gustawa - Konrada, tylko jak Polaka w sukmanie. To metamorfoza na której realnie zbudowaliśmy naszą państwowość.

Sam jestem z owych chłopów. Spod Miechowa. Te rejony też były Reymontowi znane, o czym świadczy "Komediantka", a zwłaszcza jej ciąg dalszy, czyli "Fermenty". I choć reymontowskie Lipce są gdzie indziej to instynkt ten sam. Choćby nie wiem co, to gdy biją Ojca, albo Matkę, to każdy uczciwy syn TEJ Ziemi, albo ten którego TA Ziemia wychowała ma jeden obowiązek. Stanąć w obronie, bez względu na ryzyko.

Gdy zatem widzę jak w Strasburgu "niema" frau szwargocze coś przeciwko Polsce, w języku imperatywów nakazując jej zrobienie tego czy owego i grożąc jak jakiemuś proszalnemu dziadowi, że nie da jałmużny, to pytam - gdzie są wtedy Polacy. Czy pośród tych, którym się wtedy pięść zaciska, czy pośród tych którzy biją brawo, a gębę otwierają po to, aby zaszczekać w chórze "niemych". Ludzie wrażliwi i ludzie bezduszni.


Lubię to! Skomentuj108 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura