wsi spokojna wsi wesoła
O ojców grób bagnetu poostrz stal
131 obserwujących
231 notek
598k odsłon
  4027   26

Czy grozi nam głód, czyli gdzie jest Greta?

Nie wiemy jak długo potrwa inwazja na Ukrainę ( w Ukrainę !? ), ale z pewnością nie pozostanie ona obojętna dla rynku zbóż, zwłaszcza pszenicy. Ostatnie sute dziesięciolecia pozwoliły szerszej publiczności, zwłaszcza w krajach "pierwszego świata"  zapomnieć o problemach związanych z niedoborem żywności, a ten jest przecież zawsze silnie związany z wojną.

Wiedząc, że mąkę i pieczywo pozyskujemy ze sklepów, a "psim obowiązkiem" tych produktów jest nieprzerwane zaleganie na półkach, nie zdajemy sobie sprawy jaki jest rozkład sił jeśli chodzi o produkcję ziarna. Skupmy się na pszenicy, bo to ona obok ryżu i kukurydzy ma tu znaczenie podstawowe. Największym światowym producentem tego zboża są Chiny, drugim Indie, a trzecim Rosja. Jednak o ile Rosja produkuje ponad 490 kg na mieszkańca, to Chiny tylko 94, a Indie raptem 74 kg. To powoduje, że kraj Putina jest największym eksporterem ziarna pszenicznego na świecie i to przy bardzo niskiej wydajności z hektara na poziomie około 27 kwintali, choć mają w wielu miejscach, zwłaszcza na Powołżu bardzo dobre gleby. Ukraina jest ósmym producentem , o wiele wydajniejszym niż Rosja ( ok. 37 kwintali/ha ), a przy tym posiadającym jeszcze większe nadwyżki, bo produkcja na głowę mieszkańca wynosi tam 583 kg. UE, głównie dzięki wybitnie wydajnej Francji jest liczącym się eksporterem, ale rezerw na wzrost produkcji raczej nie ma. Dlaczego? Przyjrzyjmy się Polsce. W zależności od sezonu, produkujemy trochę mniej niż 10 milionów ton pszenicy , z czego ok. 3 milionów możemy eksportować. Wydajność mamy bardzo przyzwoitą , powyżej 40 kwintali z hektara, a 255 kg na mieszkańca, to też niezły wynik, nieco lepszy niż Niemcy. Tyle tylko, że osiągamy takie współczynniki posiadając słabe gleby i dość niestabilne warunki pogodowe. "Mokry maj, bogaty kraj" nie zawsze nam się sprawdza, a kłopotem są też bezśnieżne zimy. A zatem sukces naszego rolnictwa, bo tak należy nazwać utrzymywanie się w drugiej dziesiątce światowych producentów pszenicy, oparty jest na dobrym planie nawozowym. Podobnie zresztą sytuacja wygląda w innych krajach Europy, w tym u wiodących prym w uprawach - Francji i Niemczech. 

Jak wiadomo drastyczny skok cen gazu , wywołał ogromny wzrost cen nawozów. Rolnicy stanęli zatem przed poważnym wyborem co siać. I to już jesienią ubiegłego roku, gdy trzeba było wysiewać zboża ozime. Teraz jest jeszcze gorzej. A zatem rezerw na zwiększenie produkcji nie ma. Chyba nie tylko u nas, bo niesłychana wręcz wydajność francuskich i niemieckich  pól, zbliżająca się do 70 kwintali z hektara, raczej już nie wzrośnie. Pewne symptomy kryzysu już są widoczne. W sezonie 2020/21 wyeksportowaliśmy 3 181 mln ton pszenicy, to trzeci wynik w historii, ale właśnie eksport się załamał i póki co w sezonie 2021/22 wynosi 50% tego, co w analogicznym okresie roku ubiegłego. O czym to świadczy? Zbiory były porównywalne, nawet nieco lepsze, a zatem rolnicy czekają ze sprzedażą, licząc na duży wzrost cen, a ten rzeczywiście następuje i to skokowo.

Jeśli Rosja, jak grozi, wstrzyma eksport, Ukraina nie wyprodukuje tyle co zwykle, a przy tym nie będzie mogła zgromadzonego zboża wywieść, to staniemy w obliczu kryzysu żywnościowego o nie znanej od dawna skali. Chiny musiały coś wiedzieć o potencjalnym ataku Putina na Ukrainę, bo we wrześniu ubiegłego roku były bardzo aktywne na rynku i skupiły w zasadzie wszystkie oferowane w obrocie rezerwy pszenicy.

Wiele wskazuje na to, że żaden z wielkich producentów, czyli Kanada, Australia, Stany, czy Pakistan, nie będzie w stanie wypełnić luki po wojennych ubytkach. Przeciwnie - wewnętrzny popyt w wielu z tych krajów jeszcze ograniczy ich możliwości eksportowe. Słynny onegdaj "spichlerz świata", czyli Egipt, wciąż jest ogromnym producentem, tyle, że przy eksplozji populacji, daje to ledwie 90 kg na mieszkańca.

Co na to UE? Generalnie ratuje klimat i walczy o bioróżnorodność. Wprawdzie między armatami milknie nawet Greta, ale huk dział w niczym nie mąci spokoju brukselskich gabinetów. Właśnie wdrażany jest program rolnictwa węglowego, o którym już napisałem jedną notkę, redefiniujący pojęcie rolnictwa w ogóle. Otóż kulturę agrarną osiągamy nie po to , aby produkować żywność ( ewentualnie rośliny przemysłowe ), tylko po to, aby pochłaniać dwutlenek węgla i inne "gazy cieplarniane". Od niedawna , w ramach dyrektywy bioróżnorodności, UE realizuje program "botanika" , zmierzający do wyeliminowania dużych połaci gruntów ornych z produkcji. Schemat jest prosty - rolnik dostaje dużo większe dopłaty bezpośrednie, o ile przestanie użytkować swoje pole, a przy tym do programu może się włączyć nie wcześniej niż po upływie pięciu lat od zebrania ostatniego plonu zbóż. Za ten czas przygotowawczy dostaje dopłatę jak za pole odłogowane. Po objęciu gruntu ową "botaniką" nie ma możliwości zmiany przeznaczenia działki, chyba, że po zapłaceniu stosownej kary.

Podsumujmy. Nadchodzi światowy kryzys w podaży zbóż, a w tym czasie UE, będąca ich drugim po Rosji eksporterem, zmienia doktrynę swojej polityki rolnej , stawiając na "rolnictwo węglowe", a więc drastyczne ograniczenie areału upraw. Witajcie w ciekawych czasach.

Lubię to! Skomentuj158 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka