Koniec brazylijskiego serialu. Szymon Hołownia na własne życzenie ląduje na aucie
Pamiętają Państwo jeszcze ten cały show z końca 2023 roku? Płacz nad Konstytucją, transmisje z Sejmu w kinach, popcorn i mentorski ton człowieka, który wmawiał milionom Polaków, że oto nadchodzi jakaś „nowa jakość”. Dzisiaj, jesienią 2026 roku, z tamtej atmosfery nie zostało już absolutnie nic. Został polityczny bankrut, który przez własną chorobliwą ambicję zapragnął być najważniejszy w państwie, a skończył jako postać kompletnie bez znaczenia.
Ten upadek to nie jest żaden przypadek ani wina niesprzyjających mediów. To logiczny rezultat politycznej naiwności i zwykłego oszustwa, jakiego Hołownia dopuścił się wobec wszystkich wokół: od wyborców, przez koalicjantów, aż po własnych ludzi z partii.
Rozegrany jak dziecko. Jak PiS przejrzał narcyza
Strategia Hołowni posypała się w momencie, gdy na Nowogrodzkiej błyskawicznie zdiagnozowano jego największą słabość – potworne parcie na władzę. PiS od razu zorientował się, że dla stanowisk i taniego poklasku ten człowiek dogada się z każdym, i po prostu rozegrał go jak dziecko.
Najlepszym dowodem była sprawa z Karolem Nawrockim. PiS-owi piekielnie zależało na czasie, liczył się dosłownie każdy dzień, żeby jak najszybciej doprowadzić do zaprzysiężenia. A Hołownia? Zamiast twardej polityki koalicyjnej zrobił dokładnie to, czego Nowogrodzka od niego oczekiwała. Wykonał zadanie potulnie, szybko i bez zająknięcia. Kiedy jemu wydawało się, że uprawia wielką dyplomację ponad podziałami, Jarosław Kaczyński po prostu przesuwał go na szachownicy jak pionka.
Finał tych gierek, z nocnymi schadzkami u Adama Bielana na czele, okazał się wizerunkową katastrofą. Człowiek, który wszedł do polityki na haśle walki z systemem i PiS-em, w ciemnościach handlował z prezesem. Wyborcy natychmiast wystawili mu rachunek. Sondaże pokazujące nieufność na poziomie 60, a w momentach kryzysowych nawet 80 procent, nie wzięły się znikąd. Ludzie po prostu zrozumieli, że byli dla niego tylko paliwem do realizacji prywatnego marzenia o prezydenturze.
Koalicjant na poziomie zero i plan prawicy
Jako partner w obecnym układzie rządzącym Hołownia stracił resztki wiarygodności. W tym kontekście jego niedawne, rozpaczliwe próby wciśnięcia się do rządu Donalda Tuska wyglądają wyjątkowo ciekawie. I trudno uwierzyć, że to był do końca jego własny pomysł.
Patrząc na jego zachowanie i nieustanne, nieformalne kontakty z opozycją, można postawić bardzo realną diagnozę. Prawicy, a szczególnie PiS-owi, wyjątkowo zależy na tym, żeby przed zbliżającymi się wyborami mieć wewnątrz rządu Tuska swojego człowieka. Kogoś sfrustrowanego, łasego na komplementy, kto da się łatwo sterować. Kogoś, kto miałby dostęp do spraw niejawnych, ważnych dokumentów i strategicznych decyzji. Taki człowiek wewnątrz Rady Ministrów to idealny informator, zdolny wynosić haki i poufną wiedzę przydatną w brutalnej kampanii wyborczej.
Czy to zbyt daleki scenariusz? Moim zdaniem absolutnie nie. Biorąc pod uwagę polityczną naiwność Hołowni i to, jak łatwo ulegał wcześniej sugestiom z Nowogrodzkiej, to niestety bardzo realny układ.
Oszukał własnych ludzi i rozbił partię
Hołownia zdradził jednak nie tylko wyborców i premiera. Zostawił na lodzie tych, którzy zaufali mu najbardziej – swoich kompanów z partii, którzy własnymi rękami budowali struktury Polski 2050. Za fasadą uśmiechniętego, nowoczesnego lidera krył się człowiek ogarnięty obsesją bycia w centrum uwagi, traktujący współpracowników jak mięso armatnie.
To on jest jednoosobowo winien rozpadowi i kompletnej marginalizacji Polski 2050. Czerwcowa ucieczka z funkcji wiceprzewodniczącego partii była zwykłym tchórzostwem i próbą zrzucenia odpowiedzialności za tonący okręt. A kiedy we wrześniu spróbował rozpaczliwie chwycić się brzytwy i narzucić partii jako szef klubu parlamentarnego, jego własne zaplecze pokazało mu czerwone światło. Posłowie mieli już po prostu dość lidera, który dla własnych gierek podpala cały projekt. Brak zgody na jego przywództwo w klubie to ostateczny dowód, że w Polsce 2050 nikt mu już nie wierzy. Został sam z grupką potakiwaczy, a partia dogorywa na marginesie.
Zamiast wicepremiera – drwiny w KPRM
Donald Tusk, jako stary wyjadacz, doskonale wyczuł to zagrożenie i intencje stojące za Hołownią. Spekulacje o wejściu lidera Polski 2050 do rządu zostały brutalnie ucięte. Premier nie potrzebuje w gabinecie człowieka, który rano deklaruje lojalność, a w nocy realizuje scenariusze pisane przez opozycję. Zamiast wielkiego powrotu, w kuluarach KPRM słychać dziś tylko drwiny z tego politycznego serialu.
Hołownia chciał być wszystkim – prezydentem, premierem, zbawcą narodu. Przez brak kręgosłupa i potężny narcyzm stał się nikim. Spalony u wyborców, odrzucony przez własnych posłów, zneutralizowany przez premiera, a przez PiS potraktowany jak przydatne narzędzie. Z wielkich planów o nowej jakości w Polsce zostało mu już tylko administrowanie własnym upadkiem.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)