167 obserwujących
2080 notek
4942k odsłony
1092 odsłony

Przyjazny ludziom filozof prawdy, harcerz, żarliwy katolik i gorący patriota

Wszystko jest wypisane na twarzy
Wszystko jest wypisane na twarzy
Wykop Skomentuj60

UWAGA! Żeby zrozumieć przekaz niniejszej notki, trzeba ją przeczytać do końca

Ku mojemu radosnemu zdziwieniu na pozór ascetyczny patriota i harcerz opublikował dziś na Salonie24 notkę pod tytułem (Sic!) „Łykniem, bo odwykniem” – vide: https://www.salon24.pl/u/bukojer/1050600,lykniem-bo-odwykniem , której teść zacytuję, bo jest bardzo krótka:

Zaczynamy alkobalangę. Proszę się zgłaszać i raportować, co kto pije. Ja oczywiście żubrówkę z trawką i Dubeltowe, a do deseru po kolacji Porto…”, koniec cytatu.

W najlepszej wierze, iż bloger Sowiniec wreszcie znormalniał i odrobinę się wyluzował, dodałem do jego notki następujący żartobliwy komentarz, cytuję:

„Coś Panu opowiem. Jestem z rocznika „niezniszczalnych i wiecznie pięknych dwudziestoletnich”, czego dowodem niech będzie ta oto opowieść.

Od zawsze marzyłem o humanistyce, lecz owe pragnienia rozwiała bezlitośnie Mama, która po śmierci Taty kategorycznie orzekła, iż jako mężczyzna i głowa przyszłej rodziny nie mogę być jakimś „srakotłuką” i
muszę mieć zawód konkretny, czyli, tak jak Tata, mam być inżynierem. A jakim? Wszystko jedno!

By jej nie robić przykrości, wybrałem Akademię Górniczo Hutniczą, bowiem mieszkałem o rzut beretem od tej szacownej uczelni, a na geologię poszedłem dlatego, że było tam mało matmy, której nie znosiłem.
Szczęśliwym trafem, na tych jak się okazało przeuroczych studiach trafiłem na rocznik ze wszech miar wyjątkowy, gdzie rej wodziły dwie grupy urodzonych birbantów. Pierwszą z nich była krakowska kompania
zwana bankietową składająca z wybitnych sztabowców, czyli pociech krakowskich notabli, drugą zaś, znacznie liczniejszą stanowiła niestrudzona ferajna gorących miłośników wód wyskokowych uformowana w
całości z kolegów ze Śląska - vide: https://m.salon24.pl/fd23e90a639c08c2e634799481990d1b,860,0,0,0.jpg . Tym zawodowcom, jako amator z Galicji, choć
robiłem, co mogłem, nie dorównałem ni razu przez dziesięć semestrów. A w tajemnicy wam powiem, że z tego wydawać by się mogło straconego roku, zostało na uczelni aż trzynaście osób, z których wyrosło grono całkiem niezłych profesorów, z któerych jeden został prorektorem mojej Almae Matris.

No i jak z bata strzelił minęło 55 lat i niedawno odbył się w Zakopanem nasz odlotowy trzech dniowy koleżeński zjazd jubileuszowy… - vide fotka autora notki zrobiona w recepcji obsługiwanej na zasadzie wolontariatu przez brać żakowską: https://m.salon24.pl/zjazd-kolezenski-student-c64b857,860,0,0,0.jpg .

Jeden z naszych kolegów z roku, któremu nad wyraz dobrze poszło w sprawach biznesowych
przy budowie słynnego rurociągu Jamalskiego sponsorował tę ekstrawagancką imprezę.

Spod uczelni zabrał nas luksusowy autokar, za którym podążał mikrobus z wódeczką bodaj wszystkich marek świata. Zakwaterowano nas w jakimś bajeranckim pensjonacie, ale rozochoceni już w czasie podróży nawet żeśmy nie spojrzeli na nazwę  owego gościńca.

Zjazd rozpoczął się uroczystą kolacją koleżanek i kolegów z rocznika.., nie powiem którego przez wzgląd na panie, zdradzę jednak, Sic! że, jak żeśmy się rodzili to Adolf Hitler jeszcze wierzył, że wygra drugą wojnę
światową.

W upalny czerwcowy wieczór zjazd rozpoczął się uroczystą kolacją suto podlewaną wyszukanymi trunkami. No i poszły konie po betonie. O dwudziestej pierwszej odpadli hipochondrycy i nudziarze. Przed północą
musieli udać się na przymusowy spoczynek koledzy, którzy nierozważnie przyjechali na zjazd ze swoimi małżonkami. A o czwartej nad ranem ostała się już tylko starannie oddestylowana czteroosobowa czołówka najwybitniejszych birbantów z naszego rocznika, łącznie ze sponsorem.

Wtedy nasz dobroczyńca, który ma w Zakopanem panderosę o jakiej Caringtonowie z serialu Dynastia mogliby jedynie pomarzyć zaproponował, że nam tę posiadłość pokaże. Zamówiliśmy tedy taksówkę, która nas zawiozła do rzeczonej rezydencji. Faktycznie bajery na cztery fajery, basen podświetlone fontanny, tarasowe klomby i Giewont tak blisko, że się go dało pogłaskać.

Sponsor orzekł, że ma na pięterku czterdziestoletnią whiskey i ruszył w górę stromymi schodami. Mniej więcej w połowie drogi zaskowyczał i wywinąwszy potrójnego aksla wylądował na tarasie. Przerażeni rzuciliśmy się sprawdzić, czy żyje. Szczęśliwym trafem sponsor rozmiękczony napojami wylądował miękko, mruknął coś pod nosem i zapadł w głęboki sen nocy letniej.

I wtenczas pozostała trójka uświadomiła sobie, że wiemy tylko, iż jesteśmy w Zakopanem, ale nie wiemy gdzie, a na domiar złego nie mamy pojęcia, jak się nazywał pensjonat, gdzie nas zakwaterowano. Ponieważ podług planu o dziewiątej mieliśmy się udać grupowo do kościoła, gzie zamówiliśmy Mszę za nasze koleżanki i kolegów, którym nie było dane wziąć udziału w naszym zjeździe zaczęliśmy kombinować, jak wrócić do naszego gościńca.

Wykop Skomentuj60
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale