191 obserwujących
2617 notek
5787k odsłon
  2438   0

Elvis. Odsłona druga

Notkę tę dedykuję mojemu wielkiemu Przyjacielowi śp. profesorowi Janowi Blajdzie, który o Elvisie Presleyu wiedział jeśli nie wszystko, to prawie - czytaj: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/751609,profesor-jan-blajda

lustracja muzyczna: https://www.youtube.com/watch?v=PShNr38e06k 

Motto: Elvis i Leon w jednym stali domu, Leon, spokojny, nie wadził nikomu, zaś Elvis najdziksze wymyślał swawole…

W odpowiedzi na liczne prośby Gości mojego blogu, - przedstawiam ciąg dalszy sagi o Elvisie.

Jak już pisałem w odsłonie pierwszej – vide: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/1007906,elvis , Julka, tak ma na imię nasza jedynaczka, urodziła się na moje pięćdziesiąte urodziny, - więc chyba Państwo rozumiecie, że dostałem na jej punkcie kompletnego hopla.

Pewnego dnia przed Bożym Narodzeniem córeczka mnie poprosiła, żebym pojechał do babci, bo zrobiła moje ulubione ruskie pierożki, - a gdy po godzinie wróciłem do domu, omal nie doznałem udaru, bo na środku salonu zoczyłem ogromną klatkę ze śnieżnobiałą papugą kakadu w środku. Na klatce zaś córeczka przywiesiła czerwoną różę i kartonik z napisem: „Love me tender! Elvis”, - bo jak się okazało rzeczony ptaszek to czteromiesięczny samczyk wielkości dorodnego sępa.

W pierwszym odruchu wpadłem w szał i ogarnięty paniką oznajmiłem córce, że ma natychmiast oddać tego ptaka, ale gdy Julka oznajmiła, że Elvis będzie żył 60 lat zdałem sobie sprawę, że z losem nie wygram.

Następnego dnia moja jedynaczka, zapalona sportsmenka, która za nartami świata nie widziała, – vide: https://m.salon24.pl/124b333d2e20eaa21562c601b0f371fd,860,0,0,0.jpg , i jak mi się zdawało chłopczyca daleka od macierzyńskich uczuć, zaprosiła swoją przyjaciółkę. Siedzieliśmy w kuchni, a córka po raz pierwszy otworzyła klatkę. I wtedy stało się coś niesamowitego. Elvis przydreptał do kuchni, na koleżankę córki i na mnie nawet nie zerknął, wskoczył Julce na kolana, wspiął pazurkami po swetrze i popiskując cichutko wtulił się w jej szyję tak, jak małe dzieci przytulają się do matki. Nigdy wcześniej nie widziałem tyle szczęścia w oczach mojej córki, która przytuliła Elvisa do serca, zaś do mnie dotarło, że właśnie rodzi się wielka miłość, a ja dotąd nie miałem bladego pojęcia, że córka ma w sobie aż tyle czułości. I wtedy poczułem, jak mięknie mi serce.

No i stało się. Bo choć nasz nowy członek rodziny zdążył już posiec na drzazgi i szczapy poręcz mojego ukochanego kuchennego krzesła, pokochałem tego czubatego "wnuczka". I stał się cud, bo w domu zagościła radość bardziej promienna niż zwykle, zaś uśmiech na twarzach domowników począł się zjawiać częściej niż kiedykolwiek wcześniej.

Tyle przypomnienia z odsłony pierwszej, kiedy jeszcze nie miałem bladego pojęcia, jaki mnie czeka Sajgon.

Bowiem moja córeczka uznała, że jej ukochany ptaszek nie może cały czas siedzieć w klatce i dla rozprostowania skrzydeł musi sobie polatać po domu, gdyż w przeciwnym razie popadnie w chorobę sierocą. Ja zaś lekkomyślnie się na to zgodziłem, a efekt był taki, że Elvis w ciągu zaledwie kilku dni zamienił moje wypieszczone mieszkanko w coś w rodzaju wielkogabarytowego kurnika, po którym, żeby w coś nie wdepnąć musiałem się poruszać, jak saper na polu minowym. Zaś ten bezczelny papug uznawał tylko Julkę, mnie zaś w najlepszym razie ignorował, a po pewnym czasie postanowił mi pokazać, kto tu rządzi. Bo jak pewnego dnia próbował mi zwędzić kotleta z talerza, a ja go ścierką przegoniłem, nazajutrz rano się zemścił, - i kiedy robiąc jajecznicę rozbijałem jajko zaszedł mnie od tyłu i tak dziobną w piętę, że w biały dzień wszystkie gwiazdy na niebie zobaczyłem, a jajko o metr od patelni wylądowało. Słowem charakterny despota znający siebie i wiedzący, czego chce o wybitnej inteligencji znamiennej dla charakterów nieokiełznanych. Słowem urodzony "na pana" dumny ptak konsekwentnie żądający by władza była dla niego - a nie on dla władzy.

Pierwszy lot z przedpokoju do kuchni Elvis zakończył twardym lądowaniem na mojej ukochanej filiżance z miśnieńskiej porcelany. Następnie posiekł na drzazgi i wióry poręcze wszystkich krzeseł, wykładziny i tapety, w dalszej kolejności wziął na warsztat kable elektryczne, które musiałem odłączyć od sieci, żeby go nie zabiło. Następnie poszły pod jego gilotynowy dziób gałki od szuflad, przyciski od pilotów, komputerowa klawiatura, oprawki od moich ulubionych okularów, po czym straciłem na kilkanaście dni płynność finansową, bo mi wydłubał z portfela kartę kredytową. Jak poobgryzał grzbiety cennych książek w mojej bibliotece jeszcze wytrzymałem. Lecz, gdy się zabrał za ramy od obrazów dostałem gorączki, - a jak w drogocennym antycznym portrecie wydziobał prababci oko poczułem, że słabnę i coraz częściej mnie ataki duszności dopadają.

Lubię to! Skomentuj65 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości