195 obserwujących
2458 notek
5564k odsłony
  1907   1

O Grażce, która pokazała Szwedom, jak buraki plewić. Słowo do notki red. Wosia

Buraczane łany na północy Szwecji
Buraczane łany na północy Szwecji

Dzisiaj, w dniu meczu Polski ze Szwecją o wszystko, na portalu internetowym Salon24 – vide: https://www.salon24.pl/newsroom/1144982,tej-sprawiedliwej-szwecji-juz-nie-ma , pan redaktor Rafał Woś opublikował notkę o gospodarce szwedzkiej pt. „Tej sprawiedliwej Szwecji już nie ma

Mój komentarz:

Co prawda na sprawach gospodarczych się kompletnie nie znam, lecz z własnego doświadczenia wiem, że sprawiedliwej Szwecji nie tylko już nie ma, ale nigdy nie było.

A teraz postaram się uzasadnić moją tezę.

Otóż w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku moja pensja adiunkta starczała mi na czynsz i benzynę, gdyż na pohybel siermiężnej komunie, celem poprawy psychicznego komfortu, wiodłem wartki żywot z lekka odbiegający od standardu peerelowskiego. Chcąc tedy zachować płynność finansową, - w okresach posesyjnych musiałem dorabiać na saksach.

Szczęśliwym trafem mój kolega, również człowiek nauki, obecnie szacowny profesor Jagiellońskiej Wszechnicy i honorowy członek wszystkich możliwych klubów rotariańskich w podwawelskim Krakówku, miał dalekiego kuzyna na północy Szwecji, który załatwił nam pracę przy zbiorze truskawek.

Po wystawieniu studentom zaliczeń, pod koniec czerwca wsiedliśmy tedy z kolegą w malucha wypchanego po samą podsufitkę torebkami zupy w proszku, puszkami mielonki turystycznej oraz workami z ryżem, - i ruszyliśmy w drogę do naszej skandynawskiej ziemi obiecanej. Na miejsce dotarliśmy ledwie żywi po dwu dobach.

Nazajutrz, bladym świtem, posileni kubkiem grochówki z torebki, stawiliśmy się do pracy w gospodarstwie zwalistego Szweda, ożenionego z Polką spod Białegostoku, która miała kurduplowatego brata o imieniu Zenek, - wrednego prawdziwka pracującego u siostry w roli ekonoma. O czwartej trzydzieści nad ranem, przed rozpoczęciem dniówki, Zenek zwołał odprawę przybyłych na saksy Polaków. Była to egzotyczna grupa licząca trzydzieści pięć osób, w tym ponad piętnastu docentów, w znakomitej większości habilitowanych, około dziesięciu doktorów, paru asystentów i kilku wychudłych wieśniaków z kresów Ściany Wschodniej. Zenek ustawił bractwo na baczność i zerwał wzorcową truskawkę tłumacząc z miną mędrca, że jedna trzecia ma być biaława, a pozostałe dwie bladoróżowe. W przenikającym do szpiku kości ziąbie polarnego poranka ciemnego od chmur deszczowych sunących brzuchami po ziemi, Zenek nas zaprowadził na przepastne pole truskawkowe, po czym przydzielił każdemu rządek i stertę koszyczków. Gotowi do startu, prężyliśmy się do skoku, jak olimpijscy sprinterzy w blokach startowych. Zenek dał sygnał i polska ekipa ruszyła. Jeśli chcecie wiedzieć, co czułem, gdy zanurzyłem dłonie w pokrytych rannym szronem truskawkowych chaszczach, to otwórzcie lodówkę i włóżcie na kwadrans ręce do zamrażalnika.

Pełznąc na czworaka w rozmarzającym błocie wszyscy starali się możliwie najszybciej napełniać koszyczki, od czego ma się rozumieć zależało tempo posuwu do przodu. Lecz restrykcyjny regulamin zawodów przewidywał, że jeśli ktoś opuścił, choć jedną truskawkę, - czujny Zenek natychmiast go cofał zmuszając tym samym do zdwojonego tempa celem odrobienia utraty dystansu.

I tu się zaczęła prawdziwa tragedia uczonych zbierających truskawki po raz pierwszy w życiu, w przeciwieństwie do grupy kolegów ze Ściany Wschodniej, dla których ta robota była dniem powszednim. W efekcie, po godzinie czołówka zręcznych wieśniaków wyprzedzała peleton dupowatych naukowców o pół kilometra z minuty na minutę powiększając dystans, a ja dopiero wtedy w pełni zrozumiałem ciemną stronę mocy marksistowskich podziałów klasowych.

Kiedy pod koniec dniówki zesztywniałymi palcami kończyłem napełniać ostatni koszyczek, Zenek zauważył zieloną truskawkę i kapralskim tonem kazał mi zawrócić grożąc, że jak odmówię wykonania rozkazu to mi nie zapłaci. Trzymając ostatkiem sił nerwy na wodzy, by mu nie dać w mordę tej gnidzie pomyślałem sobie, że ja taką robotę po prostu pierdolę i bardzo proszę Pana Boga o pomoc. No i dobry Bóg mnie wysłuchał, bo następnego dnia zesłał z nieba gradobicie, które wytłukło truskawki, co do jednej sztuki.

Zaczęliśmy tedy główkować z kuzynem kolegi, co dalej począć w tej tragicznej sytuacji, gdyż powrót do kraju na tarczy byłby straszliwą obsuwą. I Bóg nam znowu dopomógł, albowiem nadeszła radosna wiadomość, że jest robota u innego Szweda przy plewieniu buraków.

Następnego ranka, nowy pracodawca zabrał nas do pracy rozklekotanym volvem i wiózł przez dwie godziny przez jakieś ponure pustkowie, po czym wysadził na skraju bezkresnej plantacji. Jedynie ktoś, kto kiedyś płynął transatlantykiem jest w stanie ogarnąć ogrom tych buraczanych łanów. Gdyśmy stali oniemiali u brzegu oceanu buraków cukrowych rosnących w rzędach niemających końca, Szwed nam pokazał, jakie chwasty wyrywać, po czym obiecał, że po nas wróci jak się zacznie ściemniać.

Lubię to! Skomentuj53 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości