Jutro będziemy uroczyście celebrować 231. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja, będącej jednym z najważniejszych symboli niepodległości Polski, więc postanowiłem Państwu przypomnieć fragment opublikowanej przed kilkoma laty na Salonie24 patriotycznej książki mojego autorstwa zatytułowanej „Magia namiętności ”, vide: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/675911,magia-namietnosci-odcinek-18
Tę autobiograficzną powieść wydała krakowska witryna wydawnicza ARCANA, jako głos pokolenia, którego młodość przypadała na lata 60. i 70. – więcej tutaj: http://www.portal.arcana.pl/Te-niewiarygodna-historie-opisalem-ze-strachu-ze-swiat-moglby-sie-o-niej-nigdy-nie-dowiedziec-rozmowa-z-krzysztofem-pasierbiewiczem-autorem-powiesci-magia-namietnosci,1455.html .
Warszawiankę Ewę, pierwszą miłość krakowskiego studenta Krzysztofa, - los rzuca do Ameryki Południowej, gdzie zostaje żoną Bernarda, Ambasadora Królestwa Belgii w Brazylii.
Akcja przytoczonego w notce fragmentu toczy się w ambasadorskiej rezydencji Bernarda w stołecznej Brasilii, - cytuję:
„Nazajutrz rozpoczynał się weekend. Ewa ocknęła się obok córki, która jeszcze spała wtulona kurczowo w matkę. Rozległo się dyskretne stukanie do drzwi.
– Proszę – szepnęła.
W drzwiach stała służąca:
– Dzień dobry pani! Mam na imię Mercedes! Pan prosił, żeby pani zjadła z nim dzisiaj śniadanie w ogrodowym patio. Jak pani będzie gotowa, proszę mnie zawołać, to pokażę drogę.
Ewa przeciągnęła się po źle przespanej nocy. Rozsunęła zasłony sypialni. Oślepiło ją tropikalne słońce. Matko! Ledwie dzień się zbudził, a już taki upał! zdumiała się nie przyzwyczajona do takiego klimatu. Wyjdę trochę na powietrze, póki słońce jest jeszcze nisko – pomyślała i nie wiedzieć, czemu przypomniała sobie pewien słoneczny, marcowy poranek, jak byli z Krzysztofem na nartach w Zakopanem. Wróciło wspomnienie, jak szczęśliwi sobą lenili się na tarasie góralskiej chałupy wystawiając twarze do słońca. Zdało jej się, że czuje orzeźwiający zapach tatrzańskiego powietrza i smak lodowego sopla, który jej Krzysztof odłupał od dziurawej rynny. Boże! Byłam wtedy szczęśliwa, jak już nigdy potem!
Nie, nie mogę się zbytnio rozklejać! Muszę takie wspomnienia od siebie odganiać! – pomyślała, wychodząc na taras. Po przekroczeniu progu zasyczała z bólu. Ceramiczne płyty parzyły jak rozpalona blacha kuchennego pieca. Z nieba lał się niemiłosierny żar. W jednej chwili oblała się potem. Po tarasie chodziły jakieś wielkie mrówki, więc pośpiesznie zawróciła do sypialni. Marynka otworzyła oczy.
– Gdzie jest Xavier? – zapytało rozespane dziecko.
– Zobaczysz się z nim na śniadaniu! A teraz biegnij do łazienki i ubierz się szybko!
– Śniadanie gotowe! – wołała zza drzwi Mercedes.
Służąca prowadziła je krętymi ogrodowymi alejkami.
– Strasznie mi gorąco! – uskarżała się Marynka. – Musisz się przyzwyczaić, kochanie, bo tu słoneczko świeci dużo mocniej niż w Polsce – tłumaczyła matka. Rozglądały się wokół oniemiałe z zachwytu. W ogrodzie wysłanym angielskim trawnikiem puszyły się kępy egzotycznych traw i klomby tropikalnych krzewów obsypanych wielobarwnym kwieciem. Tu i tam sterczały kamieniste wysepki, z których strzelały ku niebu ogromne kaktusy o dziwacznych kształtach. Gdzieniegdzie połyskiwały w słońcu oczka wodne zasnute liśćmi łopianów, z których wyciągały ku niebu szyje wielkie nenufary. Cień dawały palmowe oazy. W to wszystko jakiś baśniowy architekt wkomponował dyskretnie portale, kolumny i łuki z białego wapienia zdobionego kolorową mozaiką z kamieni szlachetnych. Czuć było zapach tropikalnych kwiatów, a ich uszy pieścił śpiew orientalnych ptaków. W końcu dotarli do ocienionego patio schowanego przed słońcem za strzelistą palisadą wysmukłych cyprysów.
Na ich widok Bernard poderwał się rozradowany od stołu:
– Witam moje kochane kobietki! Jak się spało?
– Świetnie – odparła Ewa nieswoim głosem.
Xavier!!! – ucieszyła się Marynka na widok przyszywanego brata. Na pierwszy rzut oka było widać, że dzieci się bardzo lubią.
– No! Siadajmy do śniadania! – zatarł ręce dyplomata.
Dzieciaki gaworzyły ze sobą na wpół po angielsku, na wpół po polsku, o dziwo, rozumiejąc się świetnie.
– Spróbuj tych kawiorowych tartinek, kochanie! – zachęcał Bernard. – Smakują wybornie z szampanem.
Ja się tutaj objadam tymi frykasami, a moja biedna mama może sobie w Polsce od wielkiego dzwonu posłodzić herbatę, jak rzucą na rynek cukier – przeleciało jej przez myśl.
– O czym myślisz kochanie? – spytał dyplomata delektując się truflową sałatką.
– Nie mogę się wyzbyć myśli, jaką biedę klepią ludzie w Polsce! Nie ma sprawiedliwości na świecie!
– Nie ma, nie było i nigdy nie będzie – skwitował krótko.
Marynka, jak zwykle, prawie nic nie zjadła.
– Mary!! Mam dla ciebie niespodziankę! – Bernard uśmiechał się do niej tajemniczo.
– Jaką? Jaką? – dopytywało niecierpliwie dziecko.
– Zaraz się przekonasz. Skinął na kucharza, smażącego coś na patelni.
– Something special for you! – obwieścił śmiesznie kalecząc angielski Mario i nałożył Marynce na talerz kilka grzanek przyrządzonych z namoczonej w mleku francuskiej bagietki.
Marynka ugryzła kawałek, skrzywiła się i wypaliła:
– W Polsce były lepsze!
– Co mówiła panienka? – spytał Mario.
– It doesn’t matter! Zrób mi proszę jajka na bekonie! – warknął dyplomata.
Chcąc podratować niezręczną sytuację, Ewa zmieniła temat:
– Skąd się tu wziął fortepian?
– Kazałem przynieść specjalnie dla ciebie, kochanie. Bo pamiętam, jak u mnie w Warszawie lubiłaś sobie czasami pobrzdąkać.
– Zadziwiasz mnie!
– Zagrasz? – spojrzał na nią prosząco.
– Daj spokój!
– Zagraj! Proszę! Pamiętam, że często grywałaś taką waszą polską piosenkę – skinął porozumiewawczo na lokaja, który podał Ewie kieliszek.
– Ach! Wiem! Mama mnie jej nauczyła, kiedy byłam mała. Pamiętam jak... Nie dokończyła zdania, gdyż doszła do wniosku, że i tak by nie zrozumiał.
I raptem przypominała sobie, jak jeszcze w podstawówce, w czasach, kiedy w kraju szalał stalinowski terror mama wytłumiła ściany kilimami i uczyła ją po kryjomu pewnej patriotycznej piosenki. A potem, każdego roku na trzeciego maja przychodziła do nich prawie cała klasa, a ona siadała do fortepianu, poddawała ton i wszyscy śpiewali tę pieśń w uniesieniu przy śliwkowym placku. A jak już była dorosła, przy każdej okazji, jeśli tylko był pod ręką fortepian wracała do tego utworu, który wrósł jej w duszę.
– Nad czym się znowu zamyśliłaś, kochanie? – spytał dyplomata.
– Ech, myślałam o mojej mamie.
– Wypijmy jej zdrowie!
Ewa wychyliła ochoczo kieliszek.
– No to jak! Zagrasz?
– A mogę jeszcze jeden kieliszeczek?
– Wiesz, że w tym klimacie trzeba bardzo uważać z alkoholem?
– Mogę? – skarciła go wzrokiem.
Bernard ponownie skinął na lokaja. Z rumieńcem na policzkach usiadła do fortepianu. Zapanowała cisza i tylko było słychać szmer przepływającego przez patio strumyczka. – No to jeszcze jeden! – zakrzyknęła z ułańską fantazją. Bernard mrugnął na lokaja. Wypiła, wzniosła w górę dłonie, rozcapierzyła palce i z całą mocą uderzyła w klawiaturę. Ku niebu wleciała chmara przepłoszonych ptaków i na amazońskiej ziemi rozległy się słowa nadwiślańskiej pieśni.
Witaj, majowa jutrzenko,
Świeć naszej polskiej krainie.
Uczcimy ciebie piosenką,
Przy hulance i przy winie.
Witaj Maj! Trzeci Maj!
U Polaków błogi raj!
Witaj Maj! Trzeci Maj!
U Polaków błogi raj!
Gdy powtarzała refren, głos jej się załamał.
– Trochę za dużo wypiłaś! – upomniał ją Bernard.
– Co ty możesz wiedzieć o naszej polskiej duszy! – mruknęła pod nosem ocierając łezkę…
(…)
– Nalej mi jeszcze! Proszę!
Gdy spełnił jej życzenie zebrała się w sobie i oświadczyła kategorycznym tonem:
– Bernard! Już zdecydowałam! Proszę cię, żebyś kupił dla mnie i Marynki bilety na samolot do Polski.
Po raz pierwszy, odkąd go poznała nie zapanował nad sobą i wybuchnął:
– Tyle mi masz do powiedzenia po tym wszystkim, co dla was zrobiłem?!
– Chcę wracać do Polski! – powtórzyła.
– Wybij to sobie z głowy! – wrzasnął.
– Radzę ci, byś mnie posłuchał! – zagroziła lodowatym tonem.
Bernard zmienił się na twarzy i zasypał ją gradem pytań:
– Ale dlaczego chcesz wracać, do jasnej cholery! Za Boga nie mogę pojąć, co właściwie cię tam ciągnie?! Wytłumacz mi! Po co chcesz tam jechać? Do tego brudnego, przygnębiającego kraju, gdzie zima jest dwa razy dłuższa od lata! Gdzie nie ma żadnej nadziei na przyszłość, a ludzie się nienawidzą, cały czas narzekają i prawie nigdy się nie śmieją! Możesz mi to wyjaśnić?!
Ewa szukała słów.
– Wiem, że mnie wyśmiejesz i od razu wytoczysz setkę argumentów, ale ja tę Polskę kocham! Taką, jaka jest.
– Ale za co?! Na litość boską! – uniósł brwi.
Czy wszystko musi być za coś? – spojrzała na niego z pogardą.
– No – żachnął się. – Myślę, że to oczywiste!
– A ja wręcz przeciwnie! – odparowała czupurnie. – I to jest właśnie to coś, czego nigdy nie zrozumiesz!
– No to mi wytłumacz! – jęknął piskliwie dyplomata.
– Bo tam mieszkają bociany, które zawsze wracają do swojego gniazda. Czy ty wiesz, o czym ja w ogóle mówię? – spojrzała mu buńczucznie w oczy.
– Nie bardzo – bąknął. – Możesz się wyrażać jaśniej?
– Co ja ci będę wyjaśniać biedaku, skoro ty tego nigdy nie pojmiesz, - odparła po polsku, bo język już zaczął się jej plątać. – Może to zapach bzów? Czy ty masz pojęcie, jak pachnie polski chleb?
– Chyba za dużo wypiłaś!
– No widzisz! A jednak nic nie rozumiesz!
Popatrzyła na niego z pogardą:
– Bo dla ciebie Chopin to tylko kompozytor, a dla mnie to polska muzyka. Ale ty tego gamoniu nigdy nie zrozumiesz – powiedziała zdziwiona słowami, których nigdy dotąd nie używała.
– Nie pij już, kochanie, proszę! – chciał ją pogłaskać po ramieniu, ale odsunęła się od niego, nie kryjąc niechęci.
– Nigdy nie zrozumiem Polaków! – burknął rozdrażniony dyplomata…”, koniec cytatu.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)
Post Scriptum
Napisałem patriotyczną notkę o zderzeniu dwóch światów, PRLu i Zachodu lat 60/70 ubiegłego wieku. Zgrzebnego socjalizmu i zdystansowanego stosunku do wartości materialnych - ze światem zachodniego liberalizmu, w którym odminuje luksus materialny i płytkość duchowa, - co prowadzi do konkluzji: biednie znaczy bogato; cierpienie i niewola wzbogacają ludzkie dusze, wolność i dostatek kaleczą wrażliwość.
A jednak, w dniu 3 maja, kiedy Polacy powinni się cieszyć wolnością, być radośni i mili dla siebie, znakomita większość dodanych do notki komentarzy to złośliwe, nieprzyjemne i nienawistne ataki na autora notki, których jedynym powodem jest to, że ci nienawistnicy chcieli się zemścić i odegrać na autorzenotki, który ośmiela się na swoim blogu krytykować aktualnie rządzącą partię PiS.
Najgorsze jest jednak to, że to nie są jakieś przypadki odosobnione, lecz takich nienawistników mających się za wzorcowych patriotów i godnych naśladowania katolików pośród sympatyków PiS-u są tysiące, jeśli nie setki tysięcy.
I trzeba powiedzieć otwarcie, iż są to są obłąkani z nienawiści w stosunku do każdego, kto ośmieli się powiedzieć coś krytycznego o partii Jarosława Kaczyńskiego, - zakłamani członkowie polskiego Kościoła Katolickiego mieniący się obrońcami hasła BÓG HONOR OJCZYZNA, (sic!), - mającymi rzekomo uratować Polskę. Ludzie, którym pojęcie miłości bliźniego jest całkowicie obce, gdyż prawda jest taka, że ci niepanujący nad emocjami mściwi „fundamentaliści” są gotowi inaczej od nich myślących utopić w przysłowiowej łyżce wody.
Nasuwa się tedy pytanie, czy naprawdę Polską nadal powinna rządzić dzieląca społeczeństwo partia zbudowana na takich właśnie nieprzyjaznych ludziom dobrej woli nienawistnikach?
Myślę tedy, że dzisiejsze Święto Narodowe Polaków jest najlepszym dniem do zastanowienia się nad tym, czy nienawidzący Unii Europejskiej ludzie Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro, którzy nigdy się nie zintegrują z resztą polskiego społeczeństwa, - powinni nadal rządzić Rzeczpospolitą.
Post Post Scriptum
Aż się boję myśleć, dlaczego Admini Salonu24 zamietli pod dywan tę ze wszech miar patriotyczną notkę napisaną w przeddzień 231. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, będącej jednym z najważniejszych symboli niepodległości Polski.
Czy ktoś potrafi mi to wytłumaczyć?


Komentarze
Pokaż komentarze (31)