W mojej książce wspomnieniowej pt. „Epopeja helskiej balangi – GRUPA ” tak pisałem o mojej ukochanej Jastarni:
„Jastarnia na Półwyspie Helskim to ukochane przeze mnie i niczym niezastąpione zaczarowane miejsce na Ziemi, do którego każdego lata ciągnę skądkolwiek bym był.
Tu bowiem od dziecka spędzałem swe letnie wakacje, tutaj zbierałem siły, tu świętowałem sukcesy bądź lizałem rany, tu przywoziłem swoje kobiety, z tutejszych plaż napisałem doktorat, tu uczę moich studentów geologii morza, - i również tutaj za moje związki z tą ziemią miałem też zaszczyt otrzymać, od helskich Kaszubów niezwykle dla mnie szczytny i bardzo mi drogi honorowy medal Gminy Jastarnia, - vide: https://m.salon24.pl/jastarnia-dyplom-jpg-6b7b7362273,860,0,0,0.jpg , - wręcz wymarzone zwieńczenie mojej płomiennej miłości do helskiej mierzei (…)
Prócz fascynacji dzikim żywiołem Bałtyku i pięknem krajobrazu Półwyspu Helskiego zatrzymał mnie tutaj również, a może przede wszystkim ozdrowieńczy klimat mierzei z wszechobecnym w tutejszym powietrzu przywracającym młodość, wigor i energię jodowym aerozolem (...)
Ziemia obiecana Jastarni, prócz cudu niezwykłej natury Półwyspu ofiarowała mi również wiekuiste bogactwo boskich owoców Bałtyku, - i wtedy poznałem najbardziej sekretne tajniki starej kaszubskiej kuchni i nawet w najcięższych czasach pamiętnej „epoki octu” w Jastarni nigdy nie zbrakło sytej, posilnej strawy.
Obiady jadało się wtedy w Jastarni rytualnie u Wawrzyniaka, gdzie smażony na blasze i rozpływający się w ustach puchaty dorszowy filet smakował jak pokarm bogów, a u wrót tej legendarnej garkuchni oczekiwały w pokorze tasiemcowe kolejki najbardziej znanych person tamtych pamiętnych lat.
Gdy upał już nieco zelżał, przed rybackimi domami, na koślawych zydlach wystawiano tace mieniących się srebrem rolmopsów z gorczycą i wielkie pachnące jałowcem patery pełne przesypywanych kryształami soli świeżo wędzonych fląder połyskujących w blasku gasnącego słońca miodową barwą jantaru.
Pod wieczór zaś, zaczynał się snuć po Jastarni niezapomniany aromat „świętego dymu” starych kaszubskich wędzarni wabiący najwybredniejszych z wybrednych smakoszy do tych zaczarowanych miejsc, gdzie jak w cynamonowych sklepach, na osmalonym, kutym ręcznie ruszcie zwisały ciężko ociekające świeżym, jeszcze ciepłym sokiem szkarłatno brunatne płaty szlachetnego łososia i płaczące przekłutymi na przestrzał oczami grona opasłych węgorzy wędzonych z tajemną maestrią na czereśniowym drewnie, - owych nieziemskich cymesów o smaku, który podlany kieliszeczkiem „czystej” przywracał wątpiącym pewność, iż życie potrafi być piękne…”, koniec cytatu.
I choć z jako asystent uczelni wyższej w porównaniu do cen europejskich zarabiałem wtedy mniej niż paryski kloszard, - było mnie stać by codziennie w Jastarni zjeść sobie na obiad solidną porcję łososia z rusztu, węgorza w koperkowym sosie i panierowanego dorsza, - a do tego kieliszeczek czystej.
I co?
Ano to, że dzisiejszy FAKT, vide: https://www.fakt.pl/pieniadze/paragony-grozy-ceny-dorsza-oszalaly-wlasciciel-smazalni-tlumaczy/5b5q5h6?utm_source=fpfakt&utm_medium=social&utm_campaign=fanpage&fbclid=IwAR2sbYrJU2yBQsOKbuyFVnJvDpBxAgAJKmQeTCiwtHQzrqboypiH_4SoBjk informuje:
„Kto planuje wyjazd nad morze, musi zaopatrzyć się we własny wikt. Ceny wręcz oszalały. Nad Bałtykiem smażalnie i knajpki opanowała drożyzna. Za kilogram smażonego dorsza trzeba zapłacić grubo ponad 100 zł. Właściciele barów obawiają się, że ze sprzedaży dorsza będzie trzeba się wycofać, bo turystów nie będzie na niego stać.
– Po raz pierwszy boję się nadchodzącego sezonu – wyznaje Marek Wiśniewski, który od 16 lat prowadzi sezonowo nadmorski "Bar Viking". – Niestety inflacja spowodowała, że ceny zakupywanych przeze mnie towarów wzrosły tak bardzo,
Gdybym chciał zachować swoją dotychczasową marżę, to musiałbym podnieść ceny w moim lokalu chyba o 60 procent…”
Nie pojadę tedy tego roku do mojej ukochanej Jastarni, mości panowie: Kaczyński, Glapiński i Morawiecki, - bo na Majorce mam "all inclusive" w dobrym hotelu, - o połowę taniej. Tak żeście Panowie gospodarowali!
Niech Was piekło pochłonie z tą Waszą „dobrą” zmianą!
Resztę dopowiedzcie sobie Państwo sami, bo krew mnie zalewa i znowu coś mogę coś niepotrzebnie chlapnąć.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)
Post Scriptum
Pewien stary rybak z mojej ukochanej Jastarni powiedział mi kiedyś, że Pan Bóg sypiąc helską mierzeję ze złotego piasku musiał być w szampańskim humorze. I wiedział, co mówi, gdyż ta od wieków zmagająca się z morzem piaszczysta kosa ulepiona z uśpionych bałtyckich wydm to dla mnie najpiękniejsze miejsce na ziemi.
Genialny architekt tego osobliwego pomnika natury był, jak na Stwórcę przystało nieśpieszny, bowiem gęsim piórem wykreślane średniowieczne mapy pokazują, że dzisiejszy Półwysep Helski był niegdyś archipelagiem podłużnych wysepek, które na przestrzeni wieków morskie prądy złączyły ze sobą w dziewiczą mierzeję, gdzie osiedli helscy Kaszubi Błotni żyjący od wieków w idealnej harmonii z tamtejszą naturą.
Nielekko się żyło na tej bałtyckiej riwierze Północy, a antenaci tubylczych rodów wypływając w karmiące ich morze nigdy nie wiedzieli, czy powrócą szczęśliwie do domu. Ukochali jednak nad życie ów wykradziony Neptunowi, jak pajęcze nitka cienki i wdzierający się hen na otwarte morze skrawek lądu, którego odwiecznie bronili przed naporem sztormowych fal. Niestrudzeni tubylcy całymi latami umacniali wiklinową faszyną brzeg od strony otwartego morza, nasadzali krzewy chroniące martwe wydmy od sztormowych wichrów, z dębowych pali budowali przybrzeżne ostrogi, a ostatnimi laty przesypywali piach z zatoki na od-morską stronę.
Więc, żeby im ten znojny żywot choć trochę umilić, mieszkająca u nasady mierzei Matka Boska Swarzewska utkała im na rybackich krosnach ciągnące się kilometrami wzdłuż Półwyspu bajecznie kolorowe kobierce z dzikich róż od wiatru „pomarszczonych”, a owe „helskie arrasy” przydały mierzei niepowtarzalnego piękna, którego słowami opisać nie sposób.
I co?
Po tym, jak PiS przejął władzę, szeregowego Polaka nie stać, by spędzić wakacje na Półwyspie Helskim i przy okazji odwiedzić Matkę Boską Swarzewską, której obraz wisi w kaszubskiej Częstochowie, jaką jest Bazylika Matki Boskiej Swarzewskiej.
To jak cholera boli Polaków.
Ale władza PiS ma to w ..., - sami sobie państwo dokończcie.


Komentarze
Pokaż komentarze (48)