Portal internetowy Onet.WIADOMOŚCI, - vide: https://wiadomosci.onet.pl/kraj/szczatki-rosyjskiej-rakiety-w-lesie-pod-bydgoszcza-nowe-informacje/smchc9c informuje:
„Polska zwróciła się do USA o pomoc w wyjaśnieniu wątpliwości dotyczących odnalezienia rosyjskiego pocisku w miejscowości Zamość. Służby obu krajów już współpracują w tej sprawie — ustaliło RMF FM. Według informacji Onetu pod Bydgoszczą została odnaleziona rosyjska rakieta Ch-55 wystrzelona 16 grudnia ub.r. z rosyjskiego samolotu lecącego nad terytorium Białorusi.
Jak podaje stacja, Polska liczy na otrzymanie materiałów, które wskażą, skąd przyleciała rakieta i pozwolą dokładniej ustalić, jaką przebyła trasę i kiedy doszło do zdarzenia.
W rozmowie z Onetem gen. Jan Rajchel przypomniał, że w połowie grudnia ub.r. Władimir Putin bardzo poważnie groził światu użyciem broni jądrowej. — W tym czasie rakieta, która jest przeznaczona do przenoszenia takiej broni, ginie gdzieś na terytorium naszego kraju i nikt jej nie szuka. Dla mnie jest to sytuacja wręcz niewyobrażalna — mówił były rektor-komendant Szkoły Orląt w Dęblinie…”
Mój komentarz:
Najpierw przypomnę Państwu opublikowane przeze mnie niegdyś na Salonie24 opowiadanie okolicznościowe.
Studia mnie uchroniły przed poborem do regularnej armii, lecz raz w tygodniu mieliśmy na uczelni studenckie szkolenie wojskowe, w ramach którego wcielono mnie do artylerii przeciwpancernej, gdzie ledwie mówiący po polsku politrucy uczyli nas miłości do Związku Radzieckiego, zaś pułkownik Winek szkolił nas w strzelaniu z armaty, przepraszam haubicy 76 mm. Do dziś śni mi się po nocach obliczanie poprawki na wiatr i widły boczne.
Pan pułkownik Winek uczył nas mozolnie kunsztu artyleryjskiego przez osiem semestrów, a ja co semestr pisałem odręczne oświadczenie: "Ja, niżej podpisany kanonier Krzysztof Pasierbiewicz zobowiązuję się, że w przyszłym semestrze będę uczęszczał na wszystkie zajęcia i nadrobię wszystkie zaległości ".
Na zajęciach uczelnianych była makieta poligonu. Pułkownik Winek wskazywał cel i trzeba było obliczyć nastawy. Za nami był otwór w ścianie, z którego wystawała lufa wiatrówki, do której były przymocowane urządzenia celownicze prawdziwej armaty. Studenci obliczali nastawy, które pułkownik winek przekazywał laborantowi panu Józefowi, który je wprowadzał do armatnich urządzeń celowniczych i oddawał strzał z wiatrówki. Pewnego razu ja miałem obliczyć nastawy. Kiedy pokazałem obliczone przeze mnie nastawy pułkownikowi Winkowi, on je przekazał panu Józefowi wydając komendę; "Ognia! " Ale strzał nie padł. Zirytowany pułkownik powtórzył: "Panie Józefie! Ognia! ". I wtedy rozległ głos pana Józefa: "Obywatelu pułkowniku! Nimoge szczelić bo jest wycylowane w okno! ".
Tak mniej więcej wyglądały zajęcia uczelniane, na których studenci zajmowali się przemiennie grą w zechcyka albo w kółko i krzyżyk.
W roku 1966, na zakończenie naszego wojskowego szkolenia wywieziono nas na poligon do prawdziwej jednostki wojskowej w Morągu, gdzie za murami koszar zamknięto na sześć tygodni kilkuset studentów z krakowskich uczelni.
Od pierwszego dnia tej katorżniczej służby poddano nas brutalnej wojskowej obróbce pod okiem liniowego kaprala, a ten toporny prawdziwek podbudowany władzą nad inteligencją nie zdając sobie sprawy, iż podjął się niewykonalnego zadania, chciał za wszelką cenę zrobić ze studentów rasowych żołnierzy. W tym celu stosował całkowicie obcą studenckiej naturze metodę żelaznej dyscypliny opartej o kodeks nakazów, rozkazów, kar oraz restrykcji zgodnie z regulaminem, który traktował jak Biblię.
Na koniec poligonu mieliśmy odbyć strzelanie ostrymi pociskami z prawdziwej armaty, kiedy to oddałem pierwszy, i jak się okazało ostatni w moim życiu strzał.
Sądnego dnia, gdy na horyzoncie pojawiło się ciągnięte na linach tekturowe pudło w kształcie czołgu, pan pułkownik Winek z marsową miną wydał rozkaz:
„Żołnierze! Zza zalesionego wzgórza - koduję 'ogórek' - naciera na nas pluton czołgów piątej kolumny Stanów Zjednoczonych! Ogłaszam gotowość bojową działonu pierwszego! Załoga! Odłamkowym! Przeciwpancernym! Cel! Pal!! ”.
I wtedy nastąpiła prawdziwa masakra. Bo choć nam mówiono, że to działo głośno strzela nie mieliśmy pojęcia, że do tego stopnia, - i jak ta armata huknęła byłem święcie przekonany, że mi wybuchł w rękach odbezpieczony zapasowy pocisk, który jako amunicyjny drugi, zgodnie z regulaminem trzymałem oburącz w pozycji klęczącej. Bałem się otworzyć oczu, a jak się w końcu odważyłem, zobaczyłem coś, czego do grobowej deski nie zapomnę.
Podmuch wystrzału porozrzucał załogę naszego działonu w promieniu kilku metrów. Celowniczy leżał w trawie z rozkwaszonym łukiem brwiowym, z którego sikała krew jak z fontanny, gdyż z wrażenia zapomniał o odrzucie. Parę metrów dalej kiwał się w pozycji kucznej przypominający żydowskiego płaczka kompletnie oszołomiony zamkowy. Zaś amunicyjny pierwszy, któremu krew ciekła z ucha, bo zapomniał o otwartych ustach, biegał w pokracznych podskokach wokół działa wydając z siebie jakieś dziwne dźwięki. Natomiast spanikowany dowódca działonu wczołgał się pod stojący opodal gąsienicowy wóz bojowy.
A niczym niezrażony pan pułkownik Winek z ukontentowaną miną obwieścił tubalnym barytonem:
„Zadanie wykonane! Nieprzyjacielski czołg trafiony i zniszczony! Gratuluję wam żołnierze! Od tej chwili jesteście podoficerami artylerii przeciwpancernej!...”, - koniec opowieści.
A teraz wnioski płynące z mojej opowieści skonfrontowanej z obecną rzeczywistością.
Dzisiejszą notkę zilustrowałem moim zdjęciem z wojska (ten leżący to ja). Przyznacie Państwo, że ta fotka budzi pełne zaufanie do dwóch żołnierzy obsługujących widoczny na zdjęciu moździerz, - i postronny obserwator zapewne pomyślałby, że to świetnie wyszkoleni i rasowi artylerzyści. Jednakże o tym, jak byliśmy wyszkoleni naprawdę, - dowiedzieliście się Państwo z mojej opowieści.
Mając tedy na uwadze skandaliczne wydarzenie w Bydgoszczy z rosyjską rakietą przeznaczoną (Sic!) do przenoszenia ładunków jądrowych, która ginie gdzieś na terytorium naszego kraju i nikt jej nie szuka, - pozwala mi postawić tezę, że poziom wyszkolenia dzisiejszej artylerii przeciwlotniczej stosunkowo niewiele się różni od umiejętności absolwentów mojego szkolenia wojskowego, które odbywałem w roku 1966, a więc przed ponad półwieczem.
Tak. Tak. Kochani! Jak chodzi o nasze bezpieczeństwo i wyszkolenie poszczególnych formacji wojskowych niewiele się zmieniło od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Wszystko działa po staremu, - tylko nazwy formacji zmienione, broń nowocześniejsza i nowy sojusznik, od którego, podobnie jak onegdaj bywało, tę broń kupujemy jak leci za ciężkie pieniądze.
Dlaczego tak sądzę? Bo urodziłem się pod sam koniec wojny i Mama mi często powtarzała, że w roku 1939, choć wojna wisiała na włosku, Polacy byli święcie przekonani, że mamy jedną z najlepszych armii w Europie i stuprocentowo wiarygodnych sojuszników. A wszyscy wiemy, jak to się skończyło.
Ta rosyjska rakieta przeleciała niezauważona przez naszą obronę powietrzną kilkaset kilometrów mijając Warszawę i nasza armia jej nie zauważyła!
To jest wołający o natychmiastową dymisję winnych tej ignorancji i niewyobrażalny skandal, bo gdyby ta rakieta była uzbrojona w głowicę jądrową zginęłyby tysiące Polaków.
Mówicie Państwo, że przesadzam?
No, to popatrzcie proszę na fotkę pod notką przedstawiającą strategiczną naradę między naczelnikiem państwa, niedawnym ministrem obrony i jego adiutantem.
Jakieś pytania?
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)



Komentarze
Pokaż komentarze (54)