Gdyby mój mentor Stefan Kisielewski żył i zaglądał do Internetu, zapewne westchnąłby ciężko i powiedział, że idioci już nie tylko rządzą, ale także komentują. Mój ulubiony felietonista Daniel Passent dodałby coś o upadku obyczajów dyskusji publicznej, a mój krakowski krajan Jerzy Pilch — że wszystko to dzieje się w Polsce, więc w gruncie rzeczy nie ma się czemu dziwić, tylko wypada nalać sobie herbaty (albo czegoś mocniejszego) i patrzeć.
Salon24 bowiem coraz częściej przypomina nie salon, lecz zapuszczony pensjonat, w którym od lat nikt nie wietrzył, za to wszyscy się przekrzykują. Na ścianach wykwity pleśni — nie tyle biologicznej, co ideologicznej. W kątach buszują mole narracyjne, przegryzające się przez te same slogany od dekady. A po podłodze pełzają — trolle. Obłe, ruchliwe, hałaśliwe i święcie przekonane o własnej głębi intelektualnej.
Nie wymieniam nicków tych trolli, gdyż piszący na Salonie24 przyzwoici blogerzy i komentatorzy doskonale wiedzą kogo mam na myśli.
One nie przychodzą tu czytać. Nie przychodzą dyskutować. One tu żerują. Żywią się cudzym zdaniem, najlepiej odmiennym, i natychmiast wydalają komentarz — lepki, agresywny i całkowicie niestrawny. Pełen zaś wulgarnych inwektyw, hejterskich insynuacji i kłamliwych pomówień autora notki. Treść? Zbędna. Argumenty? A po co. Wystarczy wyzwisko i obowiązkowe „wiesz, kto ci płaci”. Trolle te nie czytają tekstów. One je obwąchują. A jeśli zapach jest niezgodny z linią partyjną — rzucają się do ataku. Argument? Niepotrzebny. Wystarczy epitet. Najlepiej taki, który sam w sobie jest przyznaniem się do bezradności umysłowej, ale brzmi bojowo. Dyskusja? Broń Boże. Dyskusja zakłada myśl, a myśl bywa niebezpieczna, bo może prowadzić do wątpliwości. A wątpliwości to pierwszy krok do herezji. Dlatego reagują stadnie, chóralnie tworząc grupy zawsze tych samych oszołomów trollujących z entuzjazmem godnym lepszej sprawy — jak mole, które odkryły nowy płaszcz.
Na Salonie24 higiena dyskusji jest jeszcze możliwa. Wymaga tylko konsekwencji, której od dawna się trzymam, odporności na bitą pianę, którą z biegiem lat nabyłem i regularnego sprzątania blogu, czego bardzo starannie pilnuję.
Na szczęście Administracja portalu wyposażyła nas w środki ochrony osobistej: maseczkę „Usuń” i odświeżacz powietrza „Zablokuj autora”. Te środki stosowane regularnie czynią cuda. Troll traci tlen, grzyb wysycha, a mól ideologiczny odlatuje szukać innej szafy z cudzymi poglądami.
W przypadku mojego blogu, ta prosta metoda powoduje zwykle dywanowe bombardowanie moich notek komentarzami autorstwa pisowskich oszołomów rozjuszonych krytyką partii Jarosława Kaczyńskiego, a także surową oceną europejskich i światowych polityków prawicowych. Lecz konsekwencja, o której wspomniałem wielu z nich już zniechęciła i przestali mój blog nawiedzać, za co każdego ranka Panu Bogu dziękuję.
Oczywiście na Salonie24 są wciąż blogerzy i komentatorzy, którzy twierdzą, że im więcej robactwa, tym żywsza dyskusja. To tak, jakby uznać, że im więcej karaluchów w kuchni, tym lepsza restauracja. Jałowość myli się tam z „dynamiką”, a pyskówki z pluralizmem. Bo blogerska notka nie jest od tego, by taplać się w błocie z każdym, kto ma klawiaturę i kompleksy. Ona jest od myślenia, ironii i niezależnych ocen. A liczba komentarzy nie jest miarą sensu — podobnie jak liczba much nie świadczy o jakości obiadu.
Salon24 można jeszcze wywietrzyć. Ale tylko pod warunkiem, że przestaniemy udawać, iż pleśń to nowa forma dialogu, a trolle to „zaangażowani czytelnicy”.
Grzyby, jak wiadomo, najlepiej rosną tam, gdzie panuje wilgoć, mrok i brak sprzeciwu.
Dlatego pamiętajcie! Sprzeciw — nawet wyrażony przyciskami „Zablokuj autora” oraz „Usuń” — może być ratunkiem dla portalu.
A grzyby? Cóż. Grzyby zawsze najlepiej rosną po ciemnej stronie mocy blogosfery.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)
Inne tematy w dziale Kultura