Gdyby Kaligula miał czerwony krawat, konto na X i wiece w hangarach lotniczych, historia Imperium Rzymskiego potoczyłaby się dokładnie tak samo, tylko szybciej i z lepszym oświetleniem. Listopad 37 roku – cesarz zapada na tajemniczą chorobę głowy. Listopad współczesności – Ameryka zapada na kampanię wyborczą. Zbieg okoliczności? Historycy od fixum dyrdum powiedzą: absolutnie nie.
Kaligula po chorobie zrozumiał jedno: rzeczywistość jest sugestią, a zdrowy rozsądek – opcjonalny. Jeśli na równinie brakuje gór, należy je usypać. Jeśli góry przeszkadzają – zrównać. Morze zbyt burzliwe? Tama. Technicznie niemożliwe? Tym lepiej. Koszty? Cesarz nie pyta o koszty – cesarz dekretuje.
Brzmi znajomo? Bo to dokładnie ten sam podręcznik, z którego później korzystał pewien nowojorski deweloper, czytając go do góry nogami zaznaczając markerem tylko słowo JA.
Kaligula kazał zbudować gigantyczny, drewniany pomost z Palatynu przez Forum aż do Kapitolu, bo uważał się za ziemskiego przedstawiciela Jowisza i nie zamierzał chodzić pieszo jak zwykły bóg. Trump też nie chodzi – Trump zjeżdża złotą windą, bo skoro jesteś bogiem rynku nieruchomości, to schody są dla pogan.
W 39 roku Kaligula ruszył na Germanię. Samo przejście przez Ren uznał za olśniewające zwycięstwo militarne, po czym natychmiast zawrócił. Wojny dalej prowadził Galba, czyli – jakbyśmy dziś powiedzieli – „ktoś z administracji, nieważne kto”. To jak ogłoszenie zwycięstwa w wojnie handlowej, bo wysłało się tweeta z wielkimi literami.
Rok później cesarz zajął Mauretanię podstępem, jej władca popełnił samobójstwo, a Rzym zyskał kolejną prowincję. Wiosną 40 roku Kaligula poprowadził legiony nad północne wybrzeża Galii, udając przygotowania do inwazji na Brytanię. Gdy w obozie zjawił się zbiegły książę z wyspy – mistyfikację uznano za wielkie zwycięstwo, po czym Kaligula wrócił do Rzymu w glorii chwały i zorganizował triumfalny wjazd przy owacji tłumu.
Tak. Tak. To dokładnie ta sama logika, według której aneksja Grenlandii jest kwestią negocjacji, Kanada „sama by chciała”, a jeśli nikt się nie zgadza, to znaczy, że zwycięstwo było jeszcze większe, tylko niezrozumiane przez media.
Ale fixum dyrdum Kaliguli sięgało dalej.
– Kazał zbierać muszle na plaży jako „łupy wojenne” po zwycięstwie nad Neptunem. (Przedsmak wojny z klimatem, oceanem i wiatrakami).
– Mianował swojego konia Incitatusa senatorem, bo uznał, że koń i tak ma więcej rozsądku niż Senat. (Tu akurat wyprzedził epokę).
– Ogłosił się bogiem za życia i wymagał, by posągi bogów miały jego oblicze. (Branding osobisty level: Olimp).
– Rozkazywał legionom maszerować tam i z powrotem tylko po to, by wyglądało, że coś się dzieje. (Infrastruktura kampanijna).
– Planował przekopać przesmyki, osuszać zatoki i przesuwać granice natury, bo lubił się bawić mapą świata.
Trump mówi: Make America Great Again.
Kaligula powiedziałby: Make Reality Obedient Again.
Obaj wierzyli, że opinia publiczna istnieje po to, by ją zignorować, technika po to, by „jakoś się udało”, a historia po to, by zapamiętała wielkość, nie szczegóły. Jeden chciał mostów nad morzem, drugi murów przez pustynię. Jeden walczył z Neptunem, drugi z ekologami. Jeden zbierał muszle, drugi wykresy z Sharpie.
Różnica jest tylko taka, że Kaligula nie znał telewizji kablowej. Bo gdyby znał – panowałby dłużej.
A hasło?
Make American Fixum Dyrdum Great Again – bo kiedy szaleństwo staje się wystarczająco głośne, zaczyna brzmieć jak polityczny program…
I jeszcze ta obsesja Nagrody Nobla.
Ktoś zaprzeczy? Pytam szczególnie tych, którzy kiedy Trump po raz wtóry powrócił do władzy w USA - w Sejmie (Sic!) Rzeczpospolitej Polskiej, z wypiekami na policzkach skandowali: DONALD TRUMP! DONALD TRUMP! DONALD TRUMP!
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)


Komentarze
Pokaż komentarze (30)