Wczoraj opublikowałem na FaceBooku taki tekst, - cytuję:
„Późno już i moje ukochane miasto skute lodowatą zimą układa się do snu. Przed chwilą znalazłem w Internecie to pstryknięte dzisiaj zdjęcie krakowskiego Teatru Słowackiego (patrz zdjęcie pod tekstem) - tego samego, do którego mnie po raz pierwszy, jako pięcioletniego chłopca - przyprowadziła za rękę Mama w roku 1949.
I raptem, mimo arktycznych chłodów, zrobiło mi się gorąco, gdyż powróciło wspomnienie elektryzującego wrażenia, które na mnie wtenczas wywarła kurtyna Siemiradzkiego, a szczególnie widok półnagich kobiet, które zobaczyłem po raz pierwszy w życiu. Starałem się wstydliwie ukryć swój zachwyt przed siedzącą obok Matką i do dziś czuję żar rozpalonych z emocji policzków.
Byłem oszołomiony złoconymi lożami i kryształowymi kandelabrami. Onieśmielał mnie dyskretny szmer widowni. Nigdy też nie zapomnę ogarniającej mnie rozkoszy, gdy zapadłem się po uszy w pluszowy fotel, miękki jak puch z gęsiej szyi.
Do dziś mam przed oczami piękne suknie pań w wymyślnych kapeluszach będących arcydziełami sztuki krakowskich modniarek, a także szyte na miarę garnitury panów. Wciąż słyszę półszepty dystyngowanego towarzystwa i szelest celofanowych papierków, z których panie wyłuskiwały pomadki. Nadal też czuję zapach damskich perfum złamany papierosowym dymem w palarni, do której towarzystwo udawało się w antrakcie.
W tamtych czasach wyjście do teatru było starannie wycyzelowaną celebrą. I tylko żal, że ten uświęcony rytuał teatralnej konfraterni sczezł - jak niegdysiejsze śniegi…” – koniec cytatu.
Dziś jednak zakończenie wczorajszego tekstu zdało mi się zbyt surowe.
To prawda, że wracające do mnie obrazy sprzed lat – pluszowy fotel w Teatrze Słowackiego, złocone loże, dyskretny szmer widowni i zapach perfum zmieszany z dymem papierosowym – mają w sobie coś więcej niż tylko urok nostalgii. Są świadectwem świata, w którym wyjście do teatru było rytuałem: starannie przygotowaną celebrą spotkania ze sztuką i z innymi ludźmi. Nic dziwnego, że wielu komentatorów pod moim wczorajszym wspomnieniem orzekło z goryczą: ten świat przepadł, a jego zanik jest dowodem kulturowego schamienia naszych czasów.
Rozumiem ten gniew i tę nostalgię, które mnie również ogarniają. Bo trudno nie odczuwać żalu, gdy w teatralnym foyer widzi się dziś dżinsy, kurtki puchowe i ekrany telefonów, gdzie niegdyś królowały kapelusze, suknie i półszepty. Faktycznie zanikła wspólnota obyczaju, a wraz z nią pewien rodzaj wzajemnego szacunku – dla miejsca, dla chwili, dla drugiego człowieka. Ten argument „za” tezą o upadku obyczajów jest poważny i nie sposób go zbyć machnięciem ręki.
A jednak coś mnie przed takim jednoznacznym wyrokiem powstrzymuje. Pamiętam bowiem bardzo dobrze, jak moja ukochana Mama patrzyła z niechęcią na Beatlesów, widząc w nich jedynie hałaśliwych, nieuczesanych wyjców. Dla niej prawdziwa muzyka miała twarz Jana Kiepury i formę ułańskiej pieśni. Dla mojego pokolenia – albo przynajmniej jego części – „Yesterday” było już innym językiem wrażliwości, którego Chopin wcale nie musiałby się wstydzić – posłuchajcie Państwo w wolnej chwili: https://www.youtube.com/watch?v=wXTJBr9tt8Q .
Bo, czyż nie jest tak, że każde pokolenie ma skłonność uznawać własne formy przeżywania kultury za jedynie słuszne, a następne – za gorsze, płytsze, zdziczałe? To, co dla jednych jest schamieniem, dla innych bywa po prostu zmianą kodów: mniejszą wagą przywiązywaną do stroju, większą do samego przeżycia; mniejszym dystansem, większą bezpośredniością. Teatr przestał być świątynią w sensie obyczajowym, ale dla wielu wciąż pozostaje miejscem autentycznego spotkania ze sztuką.
Dlatego waham się między dwoma diagnozami. Tak – coś bezpowrotnie utraciliśmy: elegancję rytuału, poczucie wyjątkowości chwili, pewną formę kulturowej dyscypliny. Ale jednocześnie nie potrafię uwierzyć, że mamy do czynienia wyłącznie z moralnym czy obyczajowym upadkiem. Widzę tu raczej odwieczny konflikt pokoleń, w którym każde nowe rozdanie kultury budzi sprzeciw tych, którzy pamiętają poprzednie.
Sam już nie wiem, gdzie przebiega granica między zmianą a degradacją. Wiem jednak jedno: warto o tym rozmawiać bez łatwych potępień. Bo jeśli kultura ma trwać, to nie jako muzealny eksponat, lecz jako żywa rozmowa – nawet wtedy, gdy jej ton i strój bardzo różnią się od tych, które pamiętam z dzieciństwa.
Powiem więcej. Muzyka, którą zachwyca się moja córka mnie delikatnie mówiąc drażni. Ona zaś, gdy z łezką w oku słucham „Love Me Tender” Elvisa Presleya – vide: https://www.youtube.com/watch?v=qwlrUUyxg9c błaga mnie, żebym to natychmiast wyłączył.
Ale tak to już jest, że jak pisał Tadeusz Śliwiak, nasza młodość zawsze się zdaje najlepszą - ta nasza młodość z kości i krwi, ta nasza młodość, co z czasu kpi, co nie ustoi w miejscu zbyt długo, co pierwszą jest potem drugą, ta nasza młodość, ten szczęsny czas, ta para skrzydeł zwiniętych w nas.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny Gloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)



Komentarze
Pokaż komentarze (11)