Na kanwie własnych przemyśleń, które od pewnego czasu powracają do mnie z uporem godnym lepszej sprawy, próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czy przypadkiem nie znaleźliśmy się w punkcie zwrotnym historii. Takim, który współcześni zwykle przeżywają nieświadomie, a który potomni nazywają później początkiem końca.
Nie da się zaprzeczyć, że w ostatnich dekadach nastąpiło przyspieszenie rozwoju cywilizacji, jakiego świat wcześniej nie widział. Prof. Ryszard Tadeusiewicz trafnie zauważył w książce „Społeczność Internetu”, że wiek XXI stał się wiekiem elektroniki, komputeryzacji i telekomunikacji, a Internet jest zjawiskiem bez precedensu w historii. W istocie – niemal z dnia na dzień pojawiła się globalna sieć informacyjna, która przeniknęła do wszystkiego: pracy, nauki, handlu, relacji międzyludzkich, a nawet do naszej samotności.
Patrząc na to pół żartem można powiedzieć: ludzkość dostała do ręki zabawkę, o której jeszcze niedawno nie śniła. Problem polega na tym, że nie bardzo wiemy, jak się nią bawić, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Technologiczny rozwój wydaje się dobrodziejstwem – i nim jest. Ale życie pokazuje coś jeszcze: ludzie nie nadążają za tempem zmian, które sami wywołali. A kiedy tempo zmian przekracza zdolność adaptacji społeczeństw, zaczynają chwiać się rzeczy dotąd uznawane za trwałe.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że dotychczasowy porządek świata nie tyle się zmienia, ile rozpada. W pogoni za pieniędzmi, karierą i sukcesem ludzie gubią coś, co przez stulecia stanowiło o ich człowieczeństwie. Następuje proces – nazwijmy rzecz po imieniu – odczłowieczania. Nie chodzi o to, że ludzie przestali być zdolni do uczuć. Raczej o to, że przestali uważać je za potrzebne. Wrażliwość przestaje być wartością, refleksja – nawykiem, a obcowanie z kulturą wysoką – potrzebą. Zanikają naturalne reakcje na dobro i zło, piękno i brzydotę, miłość i nienawiść. Wszystko staje się względne, umowne, negocjowalne. Liczy się ponad wszystko złoty bożek - im większy tym "lepszy".
Prawo przestaje być prawem, konstytucja konstytucją – zależnie od interpretacji. Autorytet instytucji słabnie. Wyroki sądów dla jednych są ostateczne, dla innych – nieważne. Prezydent dla jednych jest prezydentem, dla innych nie. Premier – podobnie. Każdy żyje we własnej rzeczywistości, informacyjnej bańce, moralnej prywatności. Przywódcy mocarstw chcą zmieniać mapę świata bez pytania zainteresowanych. To zjawisko wcale nie jest nowe – historia zna je aż za dobrze – ale dziś jego skala i tempo są niepokojące.
Zasady moralne, które przez wieki spajały społeczeństwa, stają się powodem do żartów. A żart – jak wiadomo – bywa pierwszym etapem zobojętnienia.
Powiedzmy sobie szczerze: coraz więcej ludzi żyje tak, jakby liczył się wyłącznie pieniądz, łóżko i bufet. Reszta jest dodatkiem. Miliarderzy rosną w siłę, ale wraz z ich potęgą maleje poczucie odpowiedzialności. Rozwiązłość – nie tylko obyczajowa, lecz także intelektualna – staje się normą. A ci, którzy próbują zachować wrażliwość, uchodzą za dziwaków.
Do tego dochodzi zjawisko, które można by nazwać epidemią schamienia. Rozlewa się ono po świecie szybciej niż jakakolwiek choroba. W języku, w zachowaniach, w sporach publicznych. I – co najgorsze – coraz mniej ludzi to razi.
I tu właśnie zaczyna się część „na serio”. Bo historia pokazuje, że podobne stany poprzedzały wielkie upadki cywilizacji.
Upadek Cesarstwa Rzymskiego nie nastąpił z dnia na dzień. Przez stulecia Rzym był potęgą nie do ruszenia. A jednak już historycy starożytni, jak Tacyt czy Swetoniusz, opisywali proces moralnego rozkładu elit, pogoń za luksusem, korupcję, osłabienie autorytetu państwa i prawa. Zaś Arnold Toynbee, jeden z największych historyków XX wieku, pisał, że cywilizacje nie są zabijane z zewnątrz – one umierają od środka. Najpierw tracą wiarę w siebie, potem zdolność do samoograniczenia, a na końcu poczucie sensu wspólnoty.
Czy to znaczy, że wszystko już przesądzone?
Tu wracam do tonu pół żartem.
Każde pokolenie miało wrażenie, że żyje w czasach schyłku. Już starożytni narzekali na młodzież, upadek obyczajów i brak autorytetów. A jednak świat trwał.
Ale jest coś, co wyróżnia nasz moment w historii.
Nigdy wcześniej człowiek nie miał takiej władzy nad światem i jednocześnie tak małej kontroli nad sobą na wszelki wypadek nie podam kogo mam na myśli. Nigdy wcześniej postęp technologiczny nie był tak szybki, a rozwój moralny tak powolny. Nigdy wcześniej informacja nie była tak wszechobecna, a mądrość tak rzadka.
I dlatego nie mogę się oprzeć myśli, że być może wkroczyliśmy już w fazę inicjacji procesu, który w historii wielokrotnie prowadził do przełomów – czasem do odrodzenia, a czasem do upadku. Mam na myśli szaleńców, którzy bawią się losami świata.
Czy to już początek końca? Nie wiem. Ale wiem jedno: cywilizacje nie rozpadają się dlatego, że brakuje im technologii. Rozpadają się wtedy, gdy przestają dbać o człowieczeństwo.
I jeszcze jedna istotna przestroga: nie zapominajmy, że opętani swoją misyjnością przywódcy mocarstw znają kody do uruchomienia nuklearnego guzika.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki AGH oraz niezależny bloger)



Komentarze
Pokaż komentarze (18)