Doniesienia medialne, w których Barbara Nowacka na antenie TVP Info zapowiada, że z nowego przedmiotu – edukacji zdrowotnej – zrezygnuje ponad połowa uczniów, brzmią jak echo z głębokiej przeszłości. Nie jak diagnoza współczesnego państwa aspirującego do miana nowoczesnego społeczeństwa wiedzy, lecz jak komunikat z epoki, gdy w szkolnych gabinetach pachniało jeszcze naftaliną, a wychowanie młodzieży polegało głównie na pilnowaniu, żeby „za dużo nie wiedziała”.
Nie ukrywam, że kiedy to usłyszałem, przed oczami stanęły mi obrazy z własnej młodości. I to wcale nie jako sentymentalna pocztówka, lecz raczej jako kronika osobliwości systemu, który panicznie bał się biologii, psychologii i — nade wszystko — zdrowego rozsądku.
Bo proszę Państwa, ja już to kiedyś widziałem.
Bowiem w roku 1958 trafiłem do słynnej krakowskiej „Trójki”, gdzie słowo „koedukacja” wywoływało u kadry pedagogicznej niemal fizyczny dyskomfort. Zaś wprowadzony przez prof. Karabułową system nakazów, zakazów i notatników profesorskich był tak szczelny, jakbyśmy nie byli nastolatkami, tylko potencjalnym zagrożeniem dla porządku publicznego.
Kulminacją tej pedagogiki strachu był epizod ze śnieżną Wenus z Milo. Garstka licealistów, trochę śniegu, odrobina talentu uzdolnionego artystycznie kolegi Swałtka — i już mieliśmy na karku Milicję Obywatelską za „sianie pornografii w terenie publicznym” – patrz zdjęcie, którym zilustrowałem dzisiejszy felieton przedstawiający scenę spisywania Swautka przez Milicję Obywatelską . Dziś brzmi to jak skecz kabaretowy, wtedy było śmiertelnie poważne.
Jeszcze lepsza była inauguracja wprowadzonej przez ministra oświaty lekcji „higieny”. Legendarny profesor Pietras uczący nas wcześniej biologii rozpoczął ją od słynnego:
„Moja mama, twoja mama, moja ciocia, twoja ciocia (…) regularnie, co dwadzieścia osiem dni: OWULUJĄ. Pisz!”
Klasa beczała ze wstydu, profesor grzmiał, a system był z siebie dumny, że oto młodzież została „uświadomiona”.
I teraz, sześćdziesiąt kilka lat później, słyszę, że znaczna część rodziców zamierza wypisywać dzieci z edukacji zdrowotnej.
Naprawdę?
Nie mam wątpliwości, skąd wieje ten wiatr. Elektoraty skupione wokół Jarosława Kaczyńskego i Grzegorza Brauna od lat karmione są narracją, w której nowoczesna edukacja to zagrożenie, wiedza o zdrowiu i ciele to „ideologia”, a najlepszym wychowawcą młodzieży jest strach podszyty moralną paniką.
Efekt?
Mentalna cofka do czasów, gdy:
• rozmowa chłopca z dziewczyną była podejrzana,
• rzeźba Wenus była pornografią,
• a biologii należało się wstydzić bardziej niż niewiedzy.
To nie jest konserwatyzm. To jest intelektualna archeologia.
Współczesny świat — czy się to komuś podoba, czy nie — wymaga od młodych ludzi kompetencji zdrowotnych, psychologicznych i społecznych. Nastolatek bez rzetelnej wiedzy o własnym ciele nie staje się bardziej moralny. Staje się bardziej zagubiony. A zagubienie młodzieży nigdy w historii nie kończyło się dobrze.
Paradoks polega na tym, że im głośniej część sceny politycznej straszy „seksualizacją dzieci”, tym bardziej przypomina mi się profesor Pietras z jego owulacyjną tyradą. Tam też była mieszanina zażenowania, nerwowości i głębokiego przekonania, że młodzież trzeba trzymać krótko — najlepiej w półmroku niewiedzy.
Historia jednak ma tę złośliwą właściwość, że lubi się powtarzać — najpierw jako dramat, potem jako farsa.
Jeżeli rzeczywiście ponad połowa uczniów zrezygnuje z edukacji zdrowotnej, będzie to smutny wskaźnik nie tyle stanu szkoły, ile kondycji części polskiego społeczeństwa. Bo szkoła może zaproponować program. Państwo może stworzyć ramy. Ale jeśli w głowach dorosłych wciąż siedzi duch Karabułowej, notatnik Pietrasa i milicyjny gazik pod Parkiem Krakowskim — to żadna reforma nie zadziała.
I właśnie dlatego pozwoliłem sobie na tę osobistą dygresję.
Bo kiedy dziś słyszę o masowym wypisywaniu dzieci z edukacji zdrowotnej, mam nieodparte wrażenie, że pewna część polskiej opinii publicznej z rozrzewnieniem wraca do świata, w którym największym zagrożeniem dla młodzieży była śnieżna Wenus.
A jeśli tak — to naprawdę mamy do czynienia z mentalną cofką. I to nie byle jaką, tylko taką wprost do czasów szczytowania komuny.
Pytanie tylko, czy naprawdę chcemy tam wracać.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)


Komentarze
Pokaż komentarze (4)