192 obserwujących
2722 notki
5922k odsłony
  2392   0

Magia namiętności – odcinek (2)

Ewa i Krzysztof
Ewa i Krzysztof

Wniebowzięcie

Drugiego dnia pod wieczór, „Batory” zbliżał się do portu w Kopenhadze. W oddali widać było migoczące światła portowego miasta. Wsparty o burtę czuł podmuch wiatru od lądu, który mu się zdawały tchnieniem wolnego świata. Z zazdrością rozmyślał, że żyją tam wolni ludzie, którzy trzymają paszporty w szufladach nie musząc o nie żebrać przy każdym wyjeździe za granicę, a potem, całymi tygodniami czekać na łaskawą decyzję stosownych urzędów. Ludzie wolni jak ptaki, mogący się udać w każde miejsce świata, kiedykolwiek zechcą. Stał wpatrzony w majaczący na horyzoncie „lepszy świat”.

Ech! Wrednie się z nami obeszła historia w tej Jałcie, pomyślał z goryczą. Zrobiło mu się chłodno. W chwili, kiedy odchodził zziębnięty od burty poczuł na plecach czyjś wzrok. Obejrzał się instynktownie i spostrzegł przycupniętą na ławce z podkurczonymi pod brodę nogami drżącą od chłodu dziewczynę. Gdy wymienili spojrzenia rozpoznał tę samą piękną brunetkę, która mu się wczoraj przyglądała ukradkiem w loży kapitana.

– Widzę, że pani przemarzła – zagadnął. – Zaraz znajdę coś do okrycia.

Na sąsiedniej ławce dostrzegł porzucony spacerowy pled. Kiedy się pochylił, by okryć nogi zmarzniętej dziewczyny poczuł coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył. Jakby przeskok iskry w sercu. Zakręciło mu się w głowie i prawie stracił oddech. 

– Mam na imię Ewa, usiądzie pan na chwilę? – spytała. Robi się coraz chłodniej, niech się pan też okryje.

Osłonięci wielbłądzim suknem wsłuchiwali się w milczeniu w odgłos zawodzących w oddali syren okrętowych. Fale uderzały  miarowo o burtę.

– Brrr! Zimno! – poskarżyła się, przysuwając się bliżej. Gdy ujmował w dłonie jej przemarznięte stopy wyczuł pod palcami wibrujące drżenie, a jak otulał ją pledem przyśpieszyła oddech. Poczuł, jak jej spięte ciało wiotczeje.

Pokład opustoszał. Wiatr smagał im twarze słoną bryzą. Zapomnieli o chłodzie. Oszołomieni afektem, jakiego dotąd nie znali. Gwiazdy przygasły przysłonięte ciężką chmurą. Zerwał się wicher. Wtuliła się w niego, jakby go chciała przeniknąć na wylot.   

– Chcę być z tobą! – zaskowyczał. – Chodź! – zakwiliła.

Wokół huczał żywioł, a oni zapadli się w czeluść szczęścia absolutnego w najczystszej postaci.

Błogosławieństwo

Obudził się w swojej kajucie. Starał się zebrać myśli. Zdumiony nieznaną mu dotąd tęsknotą. Pomyślał o matce i Danucie, lecz szybko dotarło do niego, że to nie do nich go ciągnie. Uświadomił sobie, że tęskni za Ewą.

Nie mógł się doczekać śniadania. Łażąc od ściany do ściany liczył dłużące się minuty. W końcu ją zobaczył. Stała zajęta rozmową z jakimś przystojnym mężczyzną. Jezu! Toż to Lucjan Kydryński! – pomyślał rozpoznawszy znanego z „Rewii piosenek” prezentera. O kurczę! Ona zna takich facetów! Patrzył na Ewę urzeczony. Boże! Cóż to za przepiękna dziewczyna, pomyślał.  

Pierwszym, co przykuło jego uwagę były niewiarygodnie długie nogi zdające się sięgać szyi. Potem dostrzegł jedwabiste, ciemnobrązowe włosy opadające na wąskie biodra. Kiedy podszedł bliżej, pod ciasno opiętą bluzką dostrzegł nieduże, lecz zmysłowo wykrojone piersi. Nie wiedział wtedy jeszcze, że to jedna z najpiękniejszych kobiet Warszawy końca lat sześćdziesiątych, crème de la crème świata ówczesnej Mody Polskiej.

Ewa zdawała się znać sławnego prezentera od lat. Wyglądają jak z zachodniego żurnalu, pomyślał i poczuł piekący ból w dołku. Czyżbym był o nią zazdrosny? – zdumiał się. Jak dotąd nigdy niczego takiego nie czułem. Nie miał śmiałości podejść i przestępując z nogi na nogę udawał, że ich nie widzi. Aż wreszcie go dostrzegła i nie przerywając rozmowy skinęła przyjaźnie. Serce podeszło mu do gardła. Nie miał odwagi się ruszyć. Szczęśliwym trafem słynnego prezentera ktoś odwołał, a Ewa podbiegła i wtuliła się w niego. Znowu się zdumiał, bo mu się wydało jakby się znali od zawsze.

– Już myślałam, że się od niego nie uwolnię.

Nie wierzył, że to wszystko się dzieje naprawdę. Wiedział, że się podoba dziewczynom, ale… Oszalały ze szczęścia tulił ją nie bacząc na zgorszone spojrzenia pasażerów.

– W końcu wydusił z siebie: – Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale nie potrafię się bez ciebie obyć! Jak cię nie ma, nie mogę sobie znaleźć miejsca! Kochana! Kochana! Kochana! – powtarzał całując jej przymknięte powieki.  

Wtuleni w siebie nie zwracali uwagi na pasażerów zmierzających na śniadanie. Opuszkami palców dotknął wytęsknionych brwi, powiek, koniuszka nosa i nabrzmiałych ust. Przywarła do niego biodrami. Czuł coraz silniejsze drżenie jej kruchego ciała. 

– Jezuuu! jęknęła, a po jej rozpalonym policzku spłynęła łza. Stali rozdygotani i w siebie wpełznięci. Spostrzegli ze wstydem, że im się ludzie przyglądają. I wówczas do nich podeszła elegancka, wciąż piękna staruszka i z pogodnym uśmiechem, za którym krył się cień smutku, powiedziała: – Kochani! Bardzo was przepraszam, lecz muszę wam coś powiedzieć. Stremowani, uśmiechali się nieśmiało. – Posłuchajcie proszę! – zaczęła, nie pytając o zgodę. – Widziałam, jak się kochacie. Nie wiem, czy macie świadomość, że to, co podarował wam Pan Bóg zdarza się niezwykle rzadko, a wielu ludziom nie przytrafia się nigdy! – powiedziała, kładąc akcent na ostatnie słowo. A po krótkim namyśle, dorzuciła ze smutkiem: – Mnie też Bóg kiedyś wyróżnił. Ale nie umiałam sprostać prozie życia. Dlatego posłuchajcie, proszę! – głos jej się załamał i przez sekundę jakby się zawahała. – Proszę mówić! – powiedzieli jednocześnie. Starsza pani wyciągnęła ku nim rękę, jakby ich chciała pobłogosławić: – Kochani! Zapamiętajcie to sobie! Choćby było nie wiem jak trudno, pielęgnujcie tę miłość! Nie pozwólcie jej zniszczyć, bo wam los takiej szansy więcej nie da.

Lubię to! Skomentuj84 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale