193 obserwujących
2622 notki
5792k odsłony
  1383   0

Magia namiętności – odcinek (10)

Czasem moda bywa życiem i odwrotnie
Czasem moda bywa życiem i odwrotnie

 

Więcej o powieści "Magia namiętności" czytaj:

http://www.portal.arcana.pl/Te-niewiarygodna-historie-opisalem-ze-strach...

http://www.portal.arcana.pl/Wielka-milosc-w-powiesci-krzysztofa-pasierbiewicza-magia-namietnosci,1218.html

 

Wybawiciel

– Coś ty Krzysiu narobił?! – biadoliła Ewa. – Przecież on się teraz na nas zemści.

– I tak by palcem nie kiwnął – odwarknął rozwścieczony. – Nie widziałaś, że mu chodziło tylko o to, żeby nas upokorzyć i pokazać jego władzę nad nami?! Nie będę się kajał przed jakimś komuszym prostakiem! Widziałaś, co to za burak! Jedziemy do ambasady! – obwieścił.

– Jakiej ambasady? Co ty znowu wymyśliłeś?

– Jak to, do jakiej? Do Belgijskiej! – odkrzyknął przez ramię. – Może oni nam pomogą, albo, chociaż coś doradzą!

 

Ewa znała drogę, gdyż wielokrotnie składała tam wnioski o wizę przed każdą wizytą u siostry Andrzeja w Brukseli.

 

– Państwo, w jakiej sprawie? – spytała po angielsku z francuskim akcentem elegancko ubrana sekretarka.

Krzysztof po pobycie w Stanach władał wyśmienicie angielskim i w kilku zdaniach wyjaśnił, że chciałby się zobaczyć z szefem ambasady w sprawie osobistej.

– Bardzo mi przykro, ale pan ambasador wyjechał na tydzień. – Czy to bardzo pilne? – pytała z przejęciem, gdyż dostrzegła rozpacz w oczach Ewy.

– Chodzi o kidnaping!

– Proszę łaskawie poczekać w holu – poprosiła sekretarka.

Po chwili wróciła, obwieszczając:

– Pana ambasadora zastępuje dzisiaj pan Bernard Lauvert, attaché kulturalny naszej ambasady i może on będzie w stanie coś dla państwa zrobić.

– Bardzo dziękujemy! – odpowiedzieli chórem, ujęci jej życzliwością.

Po wejściu do przestronnego holu, odnieśli wrażenie, że ktoś ich przeniósł do innego świata.

Pachniało czystością, a przyjazne wnętrze urządzone z wyjątkowym smakiem dawało poczucie bezpieczeństwa. Nie wierzyli własnym oczom zwłaszcza, że przed niespełna godziną, o rzut kamieniem beretem od tego ekskluzywnego miejsca spędzili kilka godzin w obskurnym urzędzie, gdzie doświadczyli przerażająco bezdusznej wrogości, nie mówiąc o chamstwie.

– Boże! Jak ludzie sobie na świecie żyją! – westchnął Krzysztof zapadając się w miękką, skórzaną kanapę.

– Widać taki już nasz los! – burknęła Ewa i poczęstowała się wytwornie opakowaną pomadką.

Rozejrzała się wokół.

– Wiesz, jak na to wszystko patrzę, to mi się chce płakać na myśl, że Pan Bóg o nas zapomniał.

Spojrzała w stronę okna.

– Spójrz, Krzysiu, na te jedwabne zasłony! Co za cudne pastelowe kolory! – westchnęła z podziwem. – I jak gustownie upięte!

Na to wszedł do holu zniewalająco przystojny mężczyzna około czterdziestki. Szedł, a raczej spływał po schodach z dystynkcją, jaką widuje się tylko na filmach. Był wysoki i szczupły, lekko szpakowaty, ubrany w tweedowy angielski garnitur, który na nim leżał, jakby się w nim urodził. Podchodząc do gości odsłonił w zniewalającym uśmiechu śnieżnobiałe zęby, a Krzysztof przez chwilę pomyślał, że to zmartwychwstały Rett Butler z „Przeminęło z wiatrem”.

– Nazywam się Bernard Lauvert! W czym mogę państwu pomóc? – spytał przepiękną oksfordzką angielszczyzną.

– Mamy straszny problem – zaczął drżącym głosem Krzysztof. – Mąż tej pani przed trzema dniami uprowadził podstępnie ich dziecko do Belgii.

Gdy wypowiadał te słowa, zauważył w oczach dyplomaty błysk zaciekawienia.

– Może przejdźmy do mojego gabinetu? – zaproponował attachė.

Szli długim korytarzem, a Krzysztof zauważył, że dyplomata nieporadnie skrywa fascynację urodą Ewy sunącej po miękkim dywanie krokiem rasowej modelki.

Gabinet przypominał komnatę wawelską. Cały w hiszpańskich antykach, porażał wykwintem, smakiem i przepychem. Na czołowej ścianie królował portret jakiegoś szlachetnie urodzonego mężczyzny oprawny w bogato zdobioną ramę.

– To mój pradziad – wyjaśnił dyplomata. – Pochodzę ze starego flamandzkiego rodu – dorzucił niby mimochodem i sięgnął do barku po kryształową karafkę.

Przewinąwszy karafkę serwetką ze stosownym haftem oznajmił z miną konesera:

– To wyjątkowo smaczna, piętnastoletnia szkocka!

Ale super facet!, pomyślał Krzysztof. Przystojny, czarujący, dobrze urodzony i jeszcze do tego taka wspaniała kariera!

Chcąc też czymś zaimponować, niby od niechcenia spytał pewnego siebie dyplomatę:

– Czy widział pan może kolekcję siedemnastowiecznych flamandzkich portretów w Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie?

– Wstyd się przyznać, ale nie miałem pojęcia, że macie tu w Polsce taką ekspozycję – odparł zaskoczony dyplomata rozlewając wprawnie złocisty trunek po bryłkach lodu, który uprzednio skruszył specjalnym szpikulcem.

Dobrze zmrożony lód wydawał charakterystyczne trzaski.

– Uwielbiam ten dźwięk – zażartował dyplomata.  

Na to Krzysztof rzucił od niechcenia:

– Ten odgłos kojarzy się nam zawsze – wskazał oczami na Ewę – z pewnym luksusowym transatlantykiem, na którym poznaliśmy się w drodze za ocean. Był tam barman, który potrafił tak zmyślnie lać szkocką, że lód trzaskał w rytm pewnej znanej melodyjki – dobił zadziwionego Belga.

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale