Niedawno napisałem przyznaję kontrowersyjną notkę pt. „Etos solidarności sczezł, jak niegdysiejsze śniegi” – vide: http://salonowcy.salon24.pl/738184,etos-solidarnosci-sczezl-jak-niegdysiejsze-sniegi, która sprowokowała nad wyraz ożywioną dyskusję (blisko 400 komentarzy).
Po jej opublikowaniu zostałem z nieprzystojną nienawiścią zaatakowany przez rój rozwścieczonych ortodoksyjnych pisowców, a szczególnie dwójkę stałych komentatorów mojego blogu, z których pierwszy zarzucił mi, że jestem kretem Platformy Obywatelskiej, a drugi posunął się nawet do tego, że chcąc mi dowalić zaczął na mnie pluć wespół z kochającym Polskę drugim po Michniku najbardziej nienawidzącym Polski prawicowej - wielokrotnie dawał dowody rzeczonej wrogości na łamach Gazety Wyborczej i wielu innych miejscach – nazwiska nie wymieniam, bo się brzydzę. Ale najgorsze było to, że z komentarzy tych pisowców promieniowała jakaś obłąkańcza nienawiść bez większej przesady przypominająca czasy palenia czarownic. Wytknięto mi także z oburzeniem, że podjąłem dyskusję z komentatorami reprezentującymi inne poglądy polityczne, niż „Prawo i Spawiedliwość”.
Ale Pan Bóg nade mną widać czuwa, bo kupiłem dziś przypadkowo w kiosku wydanie specjalne tygodnika „Do rzeczy” zatytułowane „FELIETONY” (4/2016), gdzie we wstępie redaktor Paweł Lisicki pisze, cytuję:
„Tacy sami przed jak po
Przed dobrą zmianą i po niej – taki tytuł nosi wybór felietonów przygotowanych przez naszą redakcję. Pokazujemy, w jaki sposób felietoniści „Do Rzeczy” opisywali Polskę pod rządami Platformy Obywatelskiej i PSL oraz czego spodziewali się po politycznej zmianie w październiku 2015, kiedy do władzy doszło prawo i Sprawiedliwość.
Jedno nie ulega wątpliwości – po ujawnieniu afery taśmowej poprzednia władza była skazana na przegraną. Można się tylko dziwić, dlaczego stało się to tak późno.
Niejasne interesy, lekceważenie wyborców, postępujący etatyzm, wreszcie na końcu ostry zwrot w lewo – wszystko to bardzo obciąża tak Donalda Tuska, jak później Ewę Kopacz.
O ile jednak ten pierwszy zdążył uciec przed odpowiedzialnością do Brukseli o tyle druga musiała wypić kielich goryczy i zasmakować klęski. Przez lata mogło się wydawać, że kolejne wpadki, niewyjaśnione afery, zaniedbania i błędy nigdy się na Platformie nie zewszczą. A jednak okazało się, że cierpliwość wyborców ma granice, i to, co jeszcze przed laty wydawało się niemożliwe – utrata władzy – stało się prawdziwe. W pewien sposób to też zwycięstwo naszych publicystów – myślę, że niewielu tak stanowczo i rzeczowo potrafiło krytykować poprzednią władzę. Niewielu równie dobitnie i przenikliwie wskazywało na słabości, głupotę i koniunkturalizm rządzącej przed rokiem 2015 formacji.
Jednak nasi publicyści nie stracili ostrości widzenia też po zmianie. Mimo sympatii do ważnej części programu prawicy- wartości narodowych, potrzeby silnego państwa, tradycji chrześcijańskiej – publicyści „Do rzeczy” pozostali sobą. Pozostali obserwatorami życzliwymi, ale krytycznymi zachodzącej zmiany.
Nie udajemy bezstronnych i obiektywnych, raczej śmiało ujawniamy nasze poglądy. Często zresztą są one różne, co uważny czytelnik na pewno zauważy. Tak w sprawie sporu o Trybunał konstytucyjny, jak w wyjaśnianiu tragedii smoleńskiej można na łamach naszego tygodnika spotkać różne głosy. Nie każdy musi się zgadzać reprezentowanymi tu opiniami, ważne jednak, że za każdą stoi stanowisko autora i jego przekonanie. Jedni będą do obecnie rządzących nastawieni bardziej entuzjastycznie, inni wykażą więcej sceptycyzmu.O to przecież ostatecznie w publicystyce chodzi: wyważony sąd, wyważony na własny rachunek. Na tym polega prawdziwa i uczciwa publicystyka.
I to pozwala nam, komentatorom i publicystom „Do rzeczy”, cieszyć się przez tyle już lat Państwa zaufaniem.
Paweł Lisicki…”, koniec cytatu.
Mam tedy gorącą prośbę by Komentatorzy mojego blogu, którzy wylali mi przedwczoraj na głowę parę kubłów pomyj za to, co uprzednio pisałem, a szczególnie, za opublikowanie w ostatnio serii notek konstruktywnie krytycznych pod adresem nowej władzy - przeczytali tekst redaktora Pawła Lisickiego, bo według mnie jest to jakby na zamówienie pisany i pasujący jak ulał opis tego, co oczywiście w miarę skromnych publicystycznych możliwości na moim czteroletnim blogu czyniłem. A może lektura tekstu pana Lisickiego pomoże im zrozumieć, że można, a nawet trzeba czasem krytykować nową "władzę dobrej zmiany". Bo przecież blogerzy to też publicyści, tyle, że społecznościowi.
Krzysztof Pasierbiewicz (Akademicki Klub Obywatelski (AKO) im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Krakowie)


Komentarze
Pokaż komentarze (76)