I po kiego nam ten VAR?!

Haolenderski sędzia konsultuje się z VAR. fot. PAP/EPA/Andy Rain / POOL
Haolenderski sędzia konsultuje się z VAR. fot. PAP/EPA/Andy Rain / POOL
System wideo weryfikacji w założeniu miał eliminować sędziowskie pomyłki podczas meczów. Rozstrzygać sporne sytuacje – faule, rzuty karne, itd. W teorii miało to sens.

Sędzia na boisku ma sekundy na podjęcie decyzji. Wydarzenia na murawie dzieją się tak szybko, że zawodne ludzkie oko ma prawo ich nie dostrzec, lub źle zinterpretować. Dlatego w wozie siedzi trzech „fachowców” wpatrzonych w monitory jak sroka w gnat, którzy przez słuchawki mają informować arbitra o ewentualnych pomyłkach, albo wykroczeniach piłkarzy, których ten nie zobaczył.

W teorii...

Środowy półfinał mistrzostw Europy Dania – Anglia (1:2) pokazał, że cały ten VAR można o kant d... potłuc, skoro od widzimisie sędziego zależy, czy z niego skorzysta, czy nie. Najpierw w 74 minucie EWIDENTNIE w polu karnym był faulowany kapitan Anglików Harry Kane. Zasłonięty sędzia Danny Makkelie ruchem ręki nakazał grać dalej. Oczywiście Holendrowi nawet przez myśl nie przyszło, żeby skorzystać z wideo weryfikacji. To był pierwszy skandal, do jakiego doszło w tym spotkaniu. Drugi nastąpił już w dogrywce, w 102. minucie. Tu, po starciu Raheema Sterlinga z Joakimem Maehle, po którym Anglik padł jak kłoda „w szesnastce” Duńczyków, sędzia dopiero po obejrzeniu powtórki tego pojedynku na monitorze podjął decyzję o karnym dla Wyspiarzy. Ale co z tego, że Holender obejrzał całe zdarzenie, skoro błędnie je zinterpretował, bo przewinienia Maehle, a w konsekwencji „jedenastki” dla Anglii NIE BYŁO! Dostrzegłby to nawet Steve Wonder.

Czytaj też:  Anglia w finale Euro 2020 po pełnym kontrowersji meczu z Danią

Skompromitował się sędzia główny, ciała dali również arbitrzy nadzorujący VAR. A wśród ich nasz Paweł Gil. Sędzia za słaby – w ocenie UEFA – by zostać wyznaczonym do prowadzenia spotkań na Euro, na pocieszenie dostał dobrze płatną fuchę arbitra od wideo weryfikacji. I po co? Zostanie zapamiętany, jako jeden z trójki WAR- owców, którzy pozwolili na jeden z największych przekrętów w historii mistrzostw Europy. Totalna żenada. Oceny ich pracy nie zmienia fakt, że Duńczycy na tym etapie meczu oddychali już rękawami i Anglicy i bez pomocy sędziów, pewnie i tak wcisnęliby im gola. W świat poszedł przekaz, że nawet najdoskonalsza technologia obsługiwana przez niedowidzących nieudaczników na nic się nie zda. Duńczycy zostali skrzywdzeni, perfidnie okradzeni z marzeń. I już nic tego nie zmieni. Ku przestrodze dla innych „fachowców” z gwizdkiem i przy monitorach VAR, ci wszyscy, którzy doprowadzili do oszustwa w żywe oczy, powinni mieć zakaz sędziowania nie tylko na arenie międzynarodowej, ale nawet w meczach pomiędzy reprezentacjami ze sklepu mięsnego na rogu z ekipą kioskarzy z sąsiedniego osiedla.

Tak złych emocji nie było na szczęście w meczu pierwszej rundy eliminacji Ligi Mistrzów pomiędzy norweskim Bodo/Glimt, a Legią Warszawa. Dawno nie widziałem tak dobrze przygotowanej polskiej drużyny na tak wczesnym etapie rozgrywek. Piłkarze z Łazienkowskiej nie zdążyli się chyba nawet rozpakować po urlopach, a już dali lekcję futbolu, nie żadnym ogórkom, a solidnej drużynie z wyżej notowanej ligi niż Ekstraklasa. Kapitalną partię zagrali Luquinhas w duecie z Azerem Mahirem Emrelim. Napastnik sprowadzony z Qarabagu Agdam dwa razy trafił do siatki w swoim pierwszym oficjalnym meczu w barwach mistrzów Polski. Jeśli dodamy sześć goli zdobytych przez Emreliego w przedsezonowych spotkaniach towarzyskich, to można śmiało założyć, że tej klasy snajper długo w Legii miejsca nie zagrzeje.

Oczywiście w kontekście gry warszawian nie da się nie wspomnieć o prostych błędach w obronie, które skończyły się stratą dwóch goli, ale jeśli zostaną one wyeliminowane, to kibice CWKS-u mogą mieć uzasadnioną nadzieję, że po ponad czterech latach posuchy, w tym roku Legia wreszcie zagra w fazie grupowej któregoś z europejskich pucharów.

Patrząc na to, jak gracze ze stolicy radzili sobie na sztucznej trawie gdzieś na dalekiej północy Norwegii, podwójnie śmiesznie brzmią dziś słowa właściciela Legii Dariusza Mioduskiego, który powiedział, że trener Czesław Michniewicz nie ma doświadczenia w prowadzeniu drużyny w eliminacjach Ligi Mistrzów. Życzyłbym sobie i kibicom, żeby każdy trener dowodzący polskim zespołem w pucharach, radził sobie choćby w połowie tak dobrze jak Michniewicz. Dla mnie pan Czesław to w tej chwili główny kandydat do zastąpienia Paulo Sousy na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski.

Piotr Dobrowolski

Czytaj też:


Lubię to! Skomentuj34 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport