SquareWrestler SquareWrestler
164
BLOG

Zakute łby #11. „Radek-Zdradek”? No to otwieramy papiery

SquareWrestler SquareWrestler Polityka Obserwuj notkę 2
Grzegorz Braun mówi „Radek-Zdradek”. Radosław Sikorski od lat odpowiada swoim przeciwnikom równie ostrym językiem. Zamiast jednak rozstrzygać polityczny spór przezwiskami, otwieramy dokumenty. Berlin, Moskwa, Bruksela, Abu Zabi, uran, Nord Stream i Ukraina. Część zarzutów odpada. Inne po sprawdzeniu wyglądają znacznie poważniej. Bo w tej historii nie chodzi o to, czy Sikorski jest „zdrajcą”. Chodzi o znacznie ciekawsze pytanie: jak Radosław Sikorski rozumie polski interes — i gdzie stawia jego granicę?


Grzegorz Braun mówi:


„Radek-Zdradek”.


Nośne.


Brutalne.


I samo w sobie niczego nie dowodzi.


Zdrada jest bardzo ciężkim słowem. Jeśli ma się pojawić w poważnym tekście, trzeba przynieść coś więcej niż rym.


Pokaż dokument.


Pokaż podpis.


Pokaż głosowanie.


Więc pokazujemy.


Bez agentów.


Bez spisków.


Bez dopisywania zdrady tam, gdzie nie ma na nią papieru.


Berlin.


Moskwa.


Bruksela.


Abu Zabi.


Przemówienia.


Głosowania.


Oświadczenia majątkowe.


Dokumenty rządowe.


Niektóre zarzuty po otwarciu teczki odpadają.


Inne wyglądają znacznie gorzej, kiedy zamiast krzyczeć — zaczyna się czytać.


I zaczynamy od rzeczy, których w tej teczce nie znaleźliśmy.


Nie znaleźliśmy dowodu, że Zjednoczone Emiraty Arabskie kupowały jego głosy.


Nie znaleźliśmy dowodu, że Sikorski popiera kult Bandery.


Nie znaleźliśmy podstaw do twierdzenia, że jako minister zamiata Wołyń pod dywan.


Nie znaleźliśmy także podstaw do tezy, że każda jego decyzja dotycząca Niemiec była podejmowana w interesie Berlina.


Przeciwnie.


W sprawie Nord Stream Sikorski przez lata należał do przeciwników rosyjsko-niemieckiego gazociągu.


Audyt to nie akt oskarżenia.


Jeżeli papier broni ministra, papier dostaje głos.


Problem zaczyna się tam, gdzie papier przestaje go bronić.


Berlin. „Prowadźcie”


28 listopada 2011 roku.


Berlin.


Polski minister spraw zagranicznych występuje przed Deutsche Gesellschaft für Auswärtige Politik.


I mówi Niemcom coś, czego polski minister wcześniej raczej nie zwykł mówić.


Mniej obawia się niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności.


Niemcy stały się — w jego słowach — „niezbędnym narodem Europy”.


Nie powinny dominować.


Ale powinny przewodzić reformom.


To nie jest tajna depesza.


Nie przeciek.


Nie interpretacja Brauna.


To treść wystąpienia Sikorskiego z 28 listopada 2011 roku.


Można oczywiście bronić jego kalkulacji.


Europa przeżywała kryzys strefy euro. Polska była silnie związana gospodarczo z Unią. Rozpad wspólnej waluty mógł uderzyć także w nas.


Sikorski uważał więc, że polski interes wymaga nie słabych Niemiec, lecz Niemiec biorących odpowiedzialność za Europę w ramach silniejszych instytucji wspólnotowych.


Można byłoby uznać, że to stary Sikorski.


Tyle że 17 czerwca 2026 roku znów stoi w Berlinie.


Mówi o znaczeniu polsko-niemieckiej współpracy, bezpieczeństwie, Ukrainie, NATO i wzmacnianiu Unii. Tego samego dnia Polska i Niemcy podpisują nową umowę o współpracy w dziedzinie obronności, obejmującą między innymi cyberbezpieczeństwo, mobilność wojskową, nowe technologie i współpracę na Bałtyku.


Jest jednak różnica.


Dzisiejszy Sikorski nie występuje już wobec Berlina wyłącznie jako polityk oczekujący przywództwa.


Potrafi publicznie punktować Niemców za stan połączeń kolejowych, niedostatki infrastruktury transgranicznej czy kontrole na granicy.


To ważne.


Bo dokumenty nie pokazują bezwarunkowego podporządkowania Berlinowi.


Pokazują coś subtelniejszego.


Konsekwentne przekonanie, że strategicznym interesem Polski jest coraz ciaśniejsze związanie jej bezpieczeństwa, gospodarki i polityki z europejskim centrum, w którym Niemcy pozostają jednym z najważniejszych graczy.


I właśnie tu zaczyna się prawdziwy spór.


Nie o to, czy Sikorski „lubi Niemcy”.


To pytanie dla tabloidu.


Pytanie dla państwa brzmi:


czy interes Polski rzeczywiście najlepiej realizuje się poprzez wzmacnianie europejskiego centrum?


Sikorski odpowiada: tak.


I odpowiada tak od lat.


Bruksela. Już nie musimy zgadywać, co uważa za rację stanu


26 lutego 2026 roku Sikorski przedstawia w Sejmie informację o zadaniach polskiej polityki zagranicznej.


I właściwie zamyka dyskusję o tym, jaka jest jego europejska busola.


Mówi wprost:


„Polska racja stanu to obecność w Unii Europejskiej i jej współkształtowanie”.


Na zakończenie powtarza jeszcze mocniej, że nie ma — według niego — wolnej, zasobnej i bezpiecznej Polski bez silnej Unii Europejskiej.


A później dochodzi do zdania jeszcze ciekawszego.


Sikorski przyznaje, że Polska nie popiera każdej decyzji Unii.


I że czasami musi uznać wolę większości.


Po czym stwierdza:


przegrana w głosowaniu nie oznacza utraty suwerenności.


To jest właściwie cała jego filozofia polityczna zamknięta w kilku zdaniach.


Nie:


„zlikwidujmy Polskę”.


Tego dokumenty nie pokazują.


Nie:


„oddajmy wszystko Brukseli”.


To również byłoby naciąganiem.


Sikorski mówi coś innego:


wspólne podejmowanie decyzji — także takie, w którym Polska czasami zostaje przegłosowana — może według niego zwiększać realną zdolność państwa do realizowania swoich interesów.


Jego przeciwnik odpowie:


jeżeli kiedyś mogłeś powiedzieć „nie”, a po zmianie reguł większość może cię przegłosować, to oddałeś część własnej zdolności decyzyjnej, niezależnie od tego, jak ją nazwiesz.


I to jest już prawdziwy spór o suwerenność.


Bez krzyku.


Bez memów.


Bez dopisywania Sikorskiemu poglądów, których nie wyraził.


Bo jego własne wystąpienie wystarcza.


Moskwa. Reset, który nie zresetował Rosji


Potem była Rosja.


Nie będziemy nazywać Sikorskiego samotnym „architektem resetu”.


Polityka poprawy stosunków z Rosją była polityką całego rządu PO-PSL i wpisywała się w szersze zachodnie próby angażowania Moskwy we współpracę.


Sikorski jako szef MSZ był jednym z ludzi tę politykę realizujących.


Założenie było takie, że poprzez współpracę gospodarczą, europejskie mechanizmy i dialog można uczynić relacje z Rosją bardziej przewidywalnymi.


Historia wystawiła tej kalkulacji ocenę.


Krym.


Donbas.


24 lutego 2022 roku.


Nie oznacza to, że Sikorski był „prorosyjski” w prostym sensie.


Ten sam Sikorski konsekwentnie sprzeciwiał się Nord Stream i podkreślał znaczenie NATO.


Oznacza natomiast coś innego:


jedno z podstawowych założeń ówczesnej polityki Zachodu wobec Rosji — że współpraca i gospodarcze powiązania pomogą ją ucywilizować lub przynajmniej uczynić bardziej przewidywalną — poniosło klęskę.


I minister powinien być rozliczany także z błędnych założeń.


Nie tylko ze złych intencji.


Dzisiejszy Sikorski jest już po drugiej stronie wahadła.


W lutym 2026 roku przedstawia Rosję jako bezpośrednie zagrożenie i argumentuje, że przegrana Ukrainy nie zmniejszyłaby, lecz zwiększyłaby koszty polskiego bezpieczeństwa.


Podaje własny rachunek.


W latach 2022–2025 Unia Europejska i jej państwa członkowskie wsparły Ukrainę kwotą prawie 200 miliardów euro.


Według przedstawionej przez niego kalkulacji obrona państw wschodniej flanki NATO w przypadku rosyjskiej agresji kosztowałaby co najmniej 1,2 biliona euro.


Dlatego dla Sikorskiego pomoc Ukrainie nie jest dobroczynnością.


Jest inwestycją w bezpieczeństwo Polski.


Można dyskutować z tym rachunkiem.


Ale przynajmniej znamy jego logikę.


Uran. Tu wchodzą papiery


Luty 2026 roku.


Sikorski uderza w PiS.


Pisze o oddaniu Rosji w 2016 roku „całego zasobu wytworzonego w Polsce wzbogacanego uranu”.


Brzmi potężnie.


PiS.


Rosja.


Uran.


Tylko że potem przychodzą dokumenty.


I cała scenografia zaczyna się rozpadać.


Oficjalna informacja rządowa z września 2016 roku mówi jasno:


wywóz zużytego wysoko wzbogaconego paliwa odbywał się zgodnie z porozumieniem między rządem Polski a Departamentem Energii USA, w ramach międzynarodowego programu redukcji zagrożeń.


Transport z września 2016 roku był ósmym i ostatnim transportem przeprowadzonym w latach 2009–2016.


Operację finansował rząd Stanów Zjednoczonych.


Paliwo rosyjskiego pochodzenia wracało do kraju producenta — Rosji.


Czyli:


nie była to operacja wymyślona przez PiS w 2016 roku.


Proces trwał od lat.


Realizowano go również wtedy, gdy ministrem spraw zagranicznych był Radosław Sikorski.


PiS wykonał jego ostatni etap.


A dziesięć lat później Sikorski zrobił z finału wieloletniej międzynarodowej operacji polityczny zarzut wobec przeciwnika.


Tu nie potrzeba komentarza Brauna.


Wystarczy kalendarz.


Najpierw strzał. Potem pytania


I tutaj pojawia się wzorzec.


Nie diagnoza psychologiczna.


Nie opowieść o charakterze człowieka.


Po prostu seria publicznych zdarzeń.


26 września 2022 roku dochodzi do eksplozji, które uszkadzają gazociągi Nord Stream.


Śledztwo dopiero się zaczyna.


A były minister spraw zagranicznych Polski publikuje fotografię wycieku i dwa słowa:


„Thank you, USA.”


Błyskawiczne.


Nośne.


Globalne.


I bez przedstawionego dowodu na amerykańskie sprawstwo.


Wpis zostaje później usunięty.


Rosyjska propaganda dostaje prezent.


Tyle wiedzieliśmy wtedy.


Dziś wiemy więcej.


30 czerwca 2026 roku niemiecka prokuratura federalna skierowała do sądu akt oskarżenia przeciw obywatelowi Ukrainy Serhiiemu K.


Według aktu oskarżenia był on w 2022 roku oficerem ukraińskiej armii i wraz z innymi wojskowymi miał przygotować plan zniszczenia Nord Stream na zlecenie ukraińskich instytucji państwowych.


Serhii K. zaprzecza udziałowi.


Ukraina odrzuca twierdzenia o zaangażowaniu państwa.


Nie ma jeszcze prawomocnego wyroku.


A więc nadal nie piszemy:


„sprawa została ostatecznie rozstrzygnięta”.


Piszemy coś znacznie prostszego.


Niemiecka prokuratura federalna nie oskarżyła Stanów Zjednoczonych.


Oskarżyła byłego oficera ukraińskiej armii i przedstawiła zupełnie inną wersję wydarzeń niż ta, którą Sikorski zasugerował światu dwoma słowami we wrześniu 2022 roku.


I właśnie dlatego pytanie pozostaje aktualne:


czy były szef polskiej dyplomacji powinien publicznie sugerować odpowiedzialność najważniejszego sojusznika Polski za akt sabotażu, zanim dysponuje dowodem?


To nie jest problem jednego tweeta.


To jest problem odpowiedzialności za słowo człowieka, którego nazwisko świat kojarzy z polską dyplomacją.


Ukraina. Kolejny strzał


23 stycznia 2023 roku Radio ZET pyta Sikorskiego, czy wierzy, że rząd PiS myślał przez chwilę o rozbiorze Ukrainy.


Sikorski odpowiada, że jego zdaniem rząd miał „moment zawahania” w pierwszych dziesięciu dniach wojny.


Wypowiedź eksploduje.


Nawet politycy jego własnego obozu dystansują się od tych słów.


Potem przychodzi tłumaczenie.


Chodziło o „moment zawahania” w polityce wobec Ukrainy, nie o wiedzę o konkretnym planie rozbioru.


Znów ten sam problem.


Najpierw zdanie, które obiega media.


Potem ustalanie, co właściwie miało znaczyć.


W polityce krajowej można na tym wygrać kilka godzin internetu.


W dyplomacji cytat zaczyna żyć własnym życiem.


I przeciwnik nie ma obowiązku czytać późniejszego sprostowania.


Ale Wołynia Sikorskiemu nie dopiszemy


Tutaj dokument działa w drugą stronę.


26 listopada 2024 roku Sikorski i minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha podpisali wspólne oświadczenie.


Strona ukraińska potwierdziła w nim brak przeszkód dla prowadzenia przez polskie instytucje prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych zgodnie z ukraińskim prawem oraz zadeklarowała gotowość pozytywnego rozpatrywania wniosków.


I nie zostało to wyłącznie na papierze.


13 lipca 2026 roku IPN rozpoczął — po uzyskaniu wymaganych zgód strony ukraińskiej — prace ekshumacyjne w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej na Wołyniu.


Można krytykować tempo.


Można żądać więcej.


Można pytać o kult UPA i Bandery na Ukrainie.


Ale nie można uczciwie napisać, że w sprawie ekshumacji za obecnego kierownictwa MSZ nic się nie wydarzyło.


Papiery mówią inaczej.


I właśnie tutaj pojawia się nowa granica


30 lipca 2026 roku podczas zmasowanego rosyjskiego ataku na zachodnią Ukrainę pocisk narusza polską przestrzeń powietrzną i spada w pobliżu Tarnawy-Kolonii w województwie lubelskim.


Wstępna identyfikacja wskazuje na rosyjski pocisk manewrujący Ch-101.


Premier Donald Tusk mówi tego dnia, że nie ma powodów sądzić, aby Polska była zamierzonym celem ataku.


Kilka dni później Sikorski stawia pytanie:


czy nie lepiej byłoby strącać rosyjskie rakiety jeszcze nad Ukrainą, zamiast czekać, aż ewentualnie znajdą się nad Polską?


Nie przedstawia tego jako podjętej decyzji.


Nazywa temat przedmiotem „poważnej dyskusji”.


I tutaj nie ma łatwej odpowiedzi.


Z punktu widzenia obrony Polski logika jest oczywista:


lepiej zniszczyć pocisk sto kilometrów wcześniej niż dziesięć kilometrów za późno.


Ale pojawia się drugie pytanie.


Jeżeli polskie lub sojusznicze systemy zaczynają niszczyć rosyjskie pociski nad terytorium państwa prowadzącego wojnę z Rosją, gdzie przebiega granica między obroną własnego terytorium a bezpośrednim udziałem w działaniach wojennych?


Sikorski przesuwa więc dyskusję o bezpieczeństwie o krok dalej.


Nie tylko:


pomagajmy Ukrainie, bo walczy również o nasze bezpieczeństwo.


Ale:


rozważmy działanie, zanim rosyjska broń przekroczy polską granicę.


Można uznać to za rozsądną obronę wysuniętą.


Można uznać za zwiększenie ryzyka eskalacji.


Na dziś uczciwa ocena brzmi:


niejednoznaczne.


Ale jest to dokładnie ten rodzaj decyzji, przy którym polski minister powinien wyjątkowo precyzyjnie odpowiedzieć na dwa pytania:


co Polska może zyskać?


I jakie ryzyko bierze na siebie?


Abu Zabi. Tu nie potrzeba teorii spiskowej


Radosław Sikorski zostaje europosłem.


Zajmuje się między innymi polityką zagraniczną i bezpieczeństwem.


Równocześnie prowadzi odpłatną działalność zewnętrzną.


W dokumentach Parlamentu Europejskiego pojawiają się jego kontakty z Sir Bani Yas Forum, organizowanym przez władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Parlamentarny rejestr spotkań wskazuje między innymi spotkania z forum i rządem ZEA.


Według ustaleń holenderskiego „NRC Handelsblad” i OKO.press Sikorski od 2017 roku otrzymywał za działalność przy Sir Bani Yas Forum około 100 tysięcy dolarów rocznie.


Sikorski nie ukrywał tej działalności i argumentował, że rozpoczął współpracę z forum jeszcze przed uzyskaniem mandatu europosła.


Twierdził również, że w głosowaniach postępował zgodnie z linią Europejskiej Partii Ludowej.


I teraz bardzo ważne:


nie znaleźliśmy dowodu, że Emiraty kupiły głosy Sikorskiego.


Nie mamy papieru na korupcję.


Nie mamy papieru na sprzedane głosy.


Co więcej, Centralne Biuro Antykorupcyjne przeprowadziło kontrolę jego oświadczeń majątkowych dotyczącą okresu sprawowania mandatu europosła.


Po jej zakończeniu rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych poinformował, że nie stwierdzono nieprawidłowości skutkujących skierowaniem zawiadomienia, wystąpienia, wniosku lub informacji do właściwych organów.


Ten fakt również należy Sikorskiemu zapisać.


Ale standard państwa nie kończy się w miejscu, w którym zaczyna się kodeks karny.


Pozostaje pytanie o konflikt interesów albo choćby jego pozór.


Europoseł zajmujący się polityką zagraniczną równocześnie otrzymywał wysokie wynagrodzenie za działalność przy forum organizowanym przez władze państwa, którego polityka mogła być przedmiotem działań Parlamentu Europejskiego.


To mogło być legalne.


Było ujawnione.


Nie znaleźliśmy dowodu, że wpływało na głosowania.


Ale pytanie pozostaje:


czy członek Parlamentu Europejskiego zajmujący się polityką zagraniczną powinien w ogóle stawiać się w sytuacji, w której takie pytanie trzeba zadawać?


No więc: „Radek-Zdradek”?


Po przejrzeniu dokumentów?


Nie.


Nie mamy papieru na zdradę.


I nie będziemy jej dopisywać.


Mamy za to polityka znacznie ciekawszego niż jego karykatura.


Polityka, który w 2011 roku wzywał Niemcy do przywództwa w Europie, a w 2026 nadal uważa polsko-niemiecką współpracę za jeden z fundamentów silniejszej Unii.


Który uczestniczył w polityce zbliżenia z Rosją, a dziś uważa klęskę rosyjskiej agresji na Ukrainę za element bezpieczeństwa Polski.


Który mówi wprost, że Polska czasami musi zaakceptować przegrane głosowanie w Unii i nie uważa tego za utratę suwerenności.


Który jako europoseł zajmujący się polityką zagraniczną otrzymywał wysokie honoraria za działalność przy forum związanym z władzami Zjednoczonych Emiratów Arabskich — ale którego oświadczenia majątkowe zostały później skontrolowane przez CBA bez stwierdzenia nieprawidłowości skutkujących skierowaniem sprawy do właściwych organów.


Który po rosyjskim pocisku na Lubelszczyźnie chce poważnej dyskusji o przechwytywaniu rosyjskich rakiet jeszcze nad terytorium Ukrainy.


I polityka, który ma niezwykły talent do zdań wygrywających dzień.


„Thank you, USA”.


„Moment zawahania”.


„Oddali Rosji cały uran”.


Tyle że dyplomacja nie kończy się wraz z liczbą polubień.


Po tweecie przychodzi ambasador.


Po ripostach przychodzą archiwa.


Po polityku zostają dokumenty.


Braun mówi:


„Radek-Zdradek”.


Papiery tego nie potwierdziły.


Ale potwierdziły coś, co dla ministra spraw zagranicznych wcale nie musi być wygodniejsze.


Poważne pytania o osąd.


Poważne pytania o granice konfliktu ról.


Poważne pytanie o to, ile decyzji państwo może podejmować wspólnie z innymi, zanim przestaje podejmować je samodzielnie.


I pytanie najważniejsze:


gdzie w koncepcji Radosława Sikorskiego kończy się współpraca z partnerami, a gdzie zaczyna się moment, w którym polski interes staje się tylko jednym z kilku interesów leżących na stole?


Bo minister spraw zagranicznych może być Europejczykiem.


Może być atlantystą.


Może budować dobre relacje z Berlinem.


Może wspierać Kijów.


Może rozmawiać z Abu Zabi.


Ale etat ma jeden.


Rzeczpospolita Polska.

Głos obywatela, który ma dość politycznego teatru i duopolu. Zadaję pytania o dokumenty, podpisy i interes publiczny tam, gdzie władza woli rzucać etykiety. Nie bronię polityków, sprawdzam ich.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka