„TO MY OGRYWAMY PREZYDENTA”
Waldemar Żurek sam dostarczył zdanie, które mogłoby być mottem całego tego spektaklu.
10 sierpnia w rozmowie z „Rzeczpospolitą” powiedział:
„To my ogrywamy prezydenta, tylko metodami zgodnymi z prawem”.
Zatrzymajmy się na chwilę.
Nie powiedział:
„szukamy konstytucyjnego kompromisu”.
Nie powiedział:
„współpracujemy z prezydentem w granicach kompetencji”.
Nie powiedział:
„różnimy się w ocenie prawa”.
Powiedział: ogrywamy.
To słowo pasuje do pokera, piłki albo partyjnej rozgrywki.
Gorzej brzmi w ustach człowieka będącego jednocześnie ministrem sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym, gdy opisuje relacje z urzędującym Prezydentem Rzeczypospolitej.
Ale przynajmniej jest szczerze.
To nie jest już nawet maskowana wojna kompetencyjna.
Minister sam określił ją jako grę, w której jedna strona ma ograć drugą.
Pytanie brzmi tylko: gdzie w tej grze kończy się polityka, a zaczynają instytucje państwa?
„NASI SĘDZIOWIE”
Odpowiedź częściowo dał Donald Tusk.
28 sierpnia podczas Campusu Polska premier powiedział o Trybunale Konstytucyjnym:
„We wrześniu muszę mieć pewność, że nasi sędziowie wejdą do tego gmachu”.
Nasi.
Jedno małe słowo.
A ile wyjaśnia.
Przez lata słuchaliśmy opowieści o upartyjnieniu Trybunału. O „sędziach PiS”. O konieczności odzyskania niezależności sądownictwa. O oddzieleniu polityki od togi.
Aż nagle okazuje się, że problemem nie jest samo istnienie „czyichś” sędziów.
Problem polega najwyraźniej na tym, czy są właściwie „nasi”.
Sędzia Trybunału Konstytucyjnego nie powinien być ani nasz, ani wasz.
Powinien być sędzią Rzeczypospolitej.
Ma kontrolować również tych, którzy wybrali go głosami swojej większości parlamentarnej.
Jeżeli premier mówi o „naszych sędziach”, trudno później z kamienną twarzą tłumaczyć obywatelom, że chodzi wyłącznie o odpolitycznienie Trybunału.
Zwłaszcza gdy za chwilę do drzwi TK puka Maciej Berek.
Z RZĄDU PROSTO DO TRYBUNAŁU
Maciej Berek nie jest anonimowym prawnikiem wyciągniętym z uniwersyteckiej biblioteki.
Jeszcze w sierpniu był ministrem do spraw nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu.
Donald Tusk określał go jako jednego ze swoich najbliższych współpracowników, swoją „prawą rękę”.
11 sierpnia odchodzi z rządu.
14 sierpnia datowany jest dokument zgłaszający jego kandydaturę do Trybunału Konstytucyjnego.
4 września Sejm wybiera go sędzią TK.
226 głosów.
Siedem ponad wymagane minimum.
Tempo godne ekspresu.
I wszystko byłoby może mniej groteskowe, gdybyśmy przez ostatnie lata nie słyszeli wykładów o tym, jak zgubne jest przenoszenie ludzi bezpośrednio ze świata polityki do instytucji, które mają tę politykę kontrolować.
Co więcej, kandydatura Berka nie wywołała entuzjazmu nawet w całej koalicji.
Przeciw głosowali między innymi Włodzimierz Czarzasty, Klaudia Jachira, Paweł Śliz i Rafał Komarewicz.
Najwyraźniej nawet po stronie rządzącej nie wszyscy uznali, że najlepszym symbolem odpolitycznienia Trybunału będzie były minister Donalda Tuska.
Ale większość wystarczyła.
„Nasi sędziowie” muszą przecież wejść do gmachu.
PREZYDENT MÓWI „NIE”
I tutaj pojawia się Karol Nawrocki.
Prezydent nie ukrywa zastrzeżeń wobec Berka i wszystko wskazuje na to, że spór o odebranie od niego ślubowania dopiero się zaczyna.
Warto przy okazji zniszczyć jedną wygodną narrację.
Nawrocki nie przyjął zasady:
„nikogo wybranego przez tę większość nie zaprzysięgnę”.
Przyjmował już ślubowania od innych osób wybranych do TK, między innymi Sławomira Patyry, Magdaleny Bentkowskiej i Dariusza Szostka.
Spór dotyczy konkretnych kandydatur i konkretnego sposobu obsadzenia Trybunału.
Można decyzje prezydenta krytykować.
Można uważać jego interpretację Konstytucji za błędną.
Można wejść z nim w spór kompetencyjny.
Ale coraz trudniej przedstawiać sytuację tak, jakby po jednej stronie znajdowali się wyłącznie bezstronni obrońcy prawa, a po drugiej samotny polityczny sabotażysta.
Zwłaszcza kiedy premier sam mówi o „naszych sędziach”.
ŚLUBOWANIE POCZTĄ?
Sam Berek podczas posiedzenia komisji sejmowej wskazał jeszcze ciekawszą możliwość.
Przypomniał rozwiązanie zapisane w ustawie, która ostatecznie nie weszła w życie.
Według tamtej konstrukcji, jeżeli prezydent nie umożliwi sędziemu TK złożenia ślubowania w ciągu czternastu dni, między piętnastym a trzydziestym dniem możliwe byłoby złożenie go na piśmie z podpisem notarialnie poświadczonym.
Berek nie powiedział, że na pewno tak zrobi.
Wyraźnie jednak przypomniał, że taki mechanizm został kiedyś zapisany i argumentował, że skoro przeciwnicy jego kandydatury powołują się na standardy z tamtej nieobowiązującej ustawy, powinni przyjąć je wszystkie.
I oto państwo polskie wchodzi na kolejny poziom ustrojowej groteski.
Możemy dojść do sytuacji, w której Sejm powie: sędzia.
Prezydent powie: nie przyjąłem ślubowania.
Kandydat odpowie: podpisałem u notariusza.
Jedna część państwa uzna, że mamy sędziego.
Druga, że go nie mamy.
Każdy będzie miał swoją Konstytucję, swoich ekspertów i — jak powiedział premier — swoich sędziów.
A obywatel będzie miał popcorn.
PREZYDENT DO PROKURATORA
W tym samym czasie Prokuratura Krajowa zwraca się do Karola Nawrockiego o wskazanie terminu i miejsca przesłuchania.
Jeszcze raz: jako świadka.
Nie podejrzanego.
Śledztwo wszczęto 21 kwietnia po zawiadomieniu dotyczącym niedopuszczenia do orzekania czworga sędziów TK wybranych przez Sejm 13 marca.
To ważne rozróżnienie.
Nie będziemy robić tego, co robi polityczny internet, gdzie samo słowo „prokuratura” wystarcza, żeby człowieka skazać przed pierwszym pytaniem.
Ale równie ważny jest polityczny kontekst.
Minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny mówi wcześniej, że „ogrywa prezydenta”.
Premier mówi o „naszych sędziach”.
Trwa otwarty konflikt o skład Trybunału.
A następnie prokuratura chce przesłuchać prezydenta właśnie w sprawie jego działań dotyczących obsady TK.
Każde z tych zdarzeń można osobno wyjaśnić.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy położy się je obok siebie.
NAWROCKI NIE UCIEKA
I tu następuje fragment, który trochę psuje przygotowywaną opowieść o prezydencie chowającym się za Pałacem i immunitetem.
Nawrocki mówi:
przyjdę.
Odpowiem.
„Jestem obywatelem jak każdy inny obywatel Rzeczypospolitej”.
Nie zasłania się urzędem.
Nie ogłasza, że prokuratura dla niego nie istnieje.
Nie mówi, że nie odpowie na pytania.
Można więc było tę część historii zakończyć całkiem państwowo.
Prokuratura chce przesłuchać świadka.
Świadek deklaruje gotowość.
Koniec.
Ale wtedy do gry ponownie wchodzi Waldemar Żurek.
SASZETKI MINISTRA SPRAWIEDLIWOŚCI
Nawrocki krytycznie komentuje wypowiedzi Żurka.
Żurek odpowiada.
I minister sprawiedliwości, Prokurator Generalny Rzeczypospolitej Polskiej, człowiek stojący na czele resortu, który ma odbudowywać powagę wymiaru sprawiedliwości, znajduje odpowiedni poziom debaty.
Saszetki nikotynowe.
Publicznie sugeruje, że być może ktoś nie dostarczył ich prezydentowi.
Brawo.
Państwo prawa zostało uratowane.
Trybunał odpolityczniony.
Autorytet prokuratury odbudowany.
Jeszcze tylko mem i można wracać do pracy.
Nie chodzi nawet o to, że polityk nie może żartować.
Może.
Problem polega na tym, że kiedy minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny komentuje sprawę, w której prokuratura chce przesłuchać prezydenta, dobrze byłoby pamiętać, który kapelusz ma akurat na głowie.
Politycznego zawodnika?
Czy człowieka stojącego na straży bezstronności państwowych instytucji?
Po słowach o „ogrywaniu prezydenta” odpowiedź robi się coraz mniej oczywista.
ICH POLITYK ZŁY. NASZ POLITYK DOBRY
Cała historia zaczyna przypominać bardzo prosty mechanizm.
Kiedy poprzednicy wysyłali polityków do instytucji wymiaru sprawiedliwości — upartyjniali państwo.
Kiedy obecna większość wysyła do TK człowieka, który kilka tygodni wcześniej siedział przy stole Rady Ministrów — naprawia praworządność.
Kiedy poprzednia większość mówiła o swoich reformach sądów — zamach na niezależność.
Kiedy Donald Tusk mówi „nasi sędziowie” — zapewne tylko niefortunny skrót myślowy.
Kiedy prezydent nie chce zaakceptować określonej kandydatury — blokuje państwo.
Kiedy rząd szuka sposobu obejścia jego decyzji — „ogrywa prezydenta metodami zgodnymi z prawem”.
Słownik zmienia się razem z właścicielem władzy.
Mechanizm pozostaje ten sam.
PREZYDENT DO PROKURATORA, MINISTER DO TRYBUNAŁU
I właśnie dlatego nie interesuje mnie opowieść, że jedna strona tej wojny jest krystalicznie czysta, a druga składa się wyłącznie z zamachowców na Konstytucję.
Widzę coś znacznie prostszego.
Walkę o kontrolę nad instytucjami.
Walkę o Trybunał.
Walkę o to, kto będzie interpretował prawo.
Walkę o to, kto będzie mógł powiedzieć:
to my jesteśmy państwem.
Żurek mówi, że ogrywa prezydenta.
Tusk mówi o naszych sędziach.
Berek wychodzi z rządu i chwilę później zostaje wybrany do Trybunału.
Prezydent nie chce bezwarunkowo przyjmować wszystkich kandydatur.
Prokuratura chce go przesłuchać.
On odpowiada: dobrze, przesłuchajcie.
A minister sprawiedliwości dorzuca żarcik o saszetkach.
I być może każde pojedyncze zdarzenie da się obronić.
Można znaleźć paragraf.
Można znaleźć profesora.
Można znaleźć konstytucjonalistę z odpowiednią interpretacją.
Można znaleźć drugiego profesora, który powie dokładnie odwrotnie.
Ale obywatel nie musi być profesorem prawa konstytucyjnego, żeby zauważyć pewien obraz.
Ci, którzy obiecywali wyrzucić politykę z sądów, sami zaczynają mówić o „naszych sędziach”.
Ci, którzy mieli odbudowywać powagę instytucji, mówią o „ogrywaniu prezydenta”.
A były minister trafia do Trybunału dokładnie wtedy, kiedy trwa walka o przejęcie nad nim faktycznej kontroli.
To już nie wygląda jak beznamiętne porządkowanie prawa.
To wygląda jak wojna o to, kto będzie trzymał klucze.
A Waldemar Żurek coraz częściej zachowuje się nie jak arbiter pilnujący reguł.
Tylko jak zawodnik, który sam powiedział, jaki ma cel:
ograć prezydenta.
Żurkowa nagonka?
Każdy może nazwać to po swojemu.
Ja tylko układam wydarzenia w kolejności.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)