Cykl o uzbrojeniu i wyposażeniu WP w pierwszych latach Niepodległości powoli dobiega końca.Te okruszki pozbierane przy okazji próby zrozumienia, w jaki konkretnie sposób w przeciągu dosłownie dni udało się naszym przodkom sformować potężny aparat militarny, zdolny osłonić powstającą Rzeczpospolitą przed kilkoma na raz wrogami, wbudziły, jak się wydaje, Wasze zainteresowanie. I o to chodzi, wiedza i pamięć to potężne instrumenty. Żadne Nowackie ich nie przemogą.
Jest pewna historia związana z nieomawianym jeszcze sprzętem łaczności, wykraczająca poza przyjętą formułę, a ze wszech miar warta przypomnienia. Historia ludzi, której kulminacją jest jedna stacja radiowa, i jedna depesza.
Wracający z dwuletniego niemieckiego więzienia Józef Piłsudski, przejmując władzę z rąk Rady Regencyjnej stanął przed gigantycznym węzłem zadań. Który w genialny sposób potrafił rozplątać, tak w kwestiach polityki wewnętrznej, jak i zagranicznej. Przyjęcie kościuszkowskiego tytułu Naczelnika wskazało jednoczący i niekontrowersyjny kierunek, szybkie ogłoszenie wolnych wyborów - ujście dla politycznych emocji. A pod pokrywą symboliki wytężona, skuteczna praca organizacyjna, umiejętnie przyciągająca polskie środowiska podzielonego jeszcze obcymi granicami kraju. Ważnym zadaniem powstającej w Warszawie władzy centralnej było ogłoszenie światu odrodzenia państwa, i nawiązanie kontaktów. Zwłaszcza ze zwycięzcami w zakończonej właśnie wojnie. W Warszawie rezydował niemiecki poseł Harry Kessler - wobec obecnego jeszcze w kraju niemieckiego wojska rzecz konieczna, gdzieś tam, przez Czechy, Austrię i Szwajcarię przebierali się do Francji piewsi emisariusze, by za pośrednictwem Romana Dmowskiego dotrzeć do czynników rządowych Koalicji, ale pierwsze wyraźne, publiczne gesty nie mogły czekać. Wysyłanie wiadomości telegrafem za pośrednictwem linii austriackich czy niemieckich nie wchodziło w grę, mogło tylko wzbudzić dodatkową nieufność u adresatów. Pozostawało radio.
Piłsudskiemu ta ówczesna nowinka techniczna nie była obca, jeszcze w lipcu 1914 roku z jego polecenia Walery Sławek starał się zakupić w miarę mocną radiową stację nadawczą, która byłaby w stanie rozpowszechnić po świecie manifest wkraczajcych do Królestwa Strzelców. Nic z tego nie wyszło, ale w 1918 warunki były już inne. I technika się rozwinęła, i sprzęt był w zasięgu.
Na początku 1916 roku Niemcy zbudowali na warszawskiej Cytadeli potężną na owe czasy stację nadawczo-odbiorczą o kodzie WAR (Warschau), dzieło firmy Telefunken. Moc 4 kW dziś nie wydaje się imponująca, ale wtedy był to cud techniki. Dzięki rozbudowanej sieci anten sięgającej 70 metrów, stacja ta, obsługujaca dowództwo niemieckich sił zbrojnych na froncie wschodnim była w stanie utrzymywać stałą łączność (oczywiście aparatami Morse'a) z miejscami postoju Großes Hauptquartier, nawet tak odległymi jak Luksemburg, Bad Kreuznach i Spa.

Zgodnie z porozumieniem, zawartym przez Piłsudskiego z niemiecką Radą Żołnierską, w zamian za gwarancje bezpieczeństwa i transport personelu niemieckiego do granicy, broń, sprzęt i majątek wojskowy Rzeszy na terenie Królestwa miał zostać przekazany Polakom. Jednak oficerowie niemieccy, zwłaszcza w sprawie sprzętu cennego i strategicznie ważnego podporządkowywać się tym ustaleniom nie zamierzali. Ze względu na warunki porozumienia i konieczność zapewnienia sobie przejazdu do Rzeszy otwarte niszczenie nie było wskazane. Trzeba było trochę finezji. W przekazanej 16 listopada Szkole Obserwatorów Lotniczych na Mokotowie na oko wszystkie sztuki sprzętu były, ale wszystkie co do jednego elementy optyki (lornety, aparaty fotograficzne) miały potłuczone szkła. Wymontowaniem i zniszczeniem kluczowych drobnych elementów radiostacji WAR miał zająć sie po cichu zaufany członek jej personelu, feldfebel Johan Peter Pradellok, rocznik 1889, pochodzący z Königshütte. Czyli naszego Chorzowa. W ostatniej chwili, tuż przed odejściem niemieccy radiotelegrafiści nadali jeszcze depeszę: "Do wszystkich! Z tą chwilą stacja warszawska według rozkazu została wydana Polakom. Niemiecka obsada zasyła tą drogą ostatnie niemieckie pozdrowienia z Warszawy swoim kolegom. Do zobaczenia w ojczyźnie!"
Pradellok, fachowy radiowiec, od półtora roku służył w Warszawie. Brak bariery językowej ułatwił wejście w polskie środowisko. Poprzez znajomość, przeradzającą się w mocniejsze uczucia, z warszawianką z Heleną Adamkowską, nawiązał kontakt z komórką tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej kierowaną przez plut. Władysława Wilczyńskiego, legionistę. 18 listopada 1918 roku na Cytadelę wkroczył oddział z 1 pp Polskiej Siły Zbrojnej (późniejszy 7 pp leg.). A za nim przygotowana już grupa radiowców ppor. inż. Kazimierza Jackowskiego (warszawiaka, absolwenta Politechniki Lwowskiej). Sierżant Padellok wmontował z powrotem schowane przez siebie elementy, i wraz z ppor. Bronisławem Sroką (łodzianin, studia w Petersburgu i Paryżu, armia rosyjska, korpus Dowbora) przystąpił do nadawania. Czy może być coś bardziej symbolicznego niż ten trójzaborowy zestaw Polaków, notyfikujących światu, że Jeszcze Nie Umarla?
Do P. Prezydenta Stanów Zjednoczonych,
Do Królewskiego Rządu Angielskiego,
Do Rządu Rzeczypospolitej Francuskiej,
Do Królewskiego Rządu Włoskiego,
Do Cesarskiego Rządu Japońskiego,
Do Rządu Rzeczypospolitej Niemieckiej
i do Rządów wszystkich Państw wojujących i neutralnych.
Jako Wódz Naczelny Armii Polskiej pragnę notyfikować rządom i narodom wojującym i neutralnym istnienie Państwa Polskiego Niepodległego, obejmującego wszystkie ziemie zjednoczonej Polski. Sytuacja polityczna w Polsce i jarzmo okupacji nie pozwoliły dotychczas narodowi polskiemu wypowiedzieć się swobodnie o swym losie. Dzięki zmianom, które nastąpiły w skutek świetnych zwycięstw armij sprzymierzonych – wznowienie niepodległości i suwerenności Polski staje się odtąd faktem dokonanym.
Państwo Polskie powstaje z woli całego narodu i opiera się na podstawach demokratycznych. Rząd Polski zastąpi panowanie przemocy, która przez sto czterdzieści lat ciążyła nad losami Polski – przez ustrój zbudowany na porządku i sprawiedliwości. Opierając się na Armii Polskiej pod moją komendą, mam nadzieję, że odtąd żadna armia obca nie wkroczy do Polski, nim nie wyrazimy w tej sprawie formalnej woli naszej. Jestem przekonany, że potężne demokracje Zachodu udzielą swej pomocy i braterskiego poparcia Polskiej Rzeczypospolitej Odrodzonej i Niepodległej.
Wódz Naczelny
Francuzi, mimo odebrania sygnału wysyłanego otwartym tekstem, ale ze znanej im z nasłuchu niemieckiej stacji, wiadomość zignorowali. Radiowcy nawiązali za to dwustronny kontakt ze szwedzką radiostacją Karlsborg w Kråk (ówczesny kod wywoławczy SAJ). Ta przekazała wiadomość dalej. Następnego dnia podawały ją drukiem agencje informacyjne całej Europy.
Oprócz potwierdzenia odbioru od Szwedów, załoga warszawska odebrała 19 listopada jeszcze jedną, anonimową iskrówkę: "Polski Poznań pozdrawia Warszawę".
Jan Pradellok jeszcze zimą 1919 ożenił się z "piękną Heleną", ukończył kurs oficerski i został awansowany na podporucznika. Służył nadal w łączności radiowej. Tuż po zakończeniu wojny spotkało go nieszczęście - 12 listopada 1920 roku w zderzeniu dwóch tramwajów w Warszawie został ciężko ranny. W tym samym wypadku zginął jego kolega z Cytadeli - por. Sroka. Pradellok po długotrwałym leczeniu uznany za niezdolnego do służby, wrócił z rodziną do Chorzowa. Pracował jako urzędnik państwowy. We wrześniu 1939 jego nazwisko znalazło się na niemieckiej liście likwidacyjnej. Liście dziesiątków tysięcy nazwisk ze Śląska, Wielkopolski, Pomorza. Zresztą, akcji kontynuacyjnej. Prof. Leszek Kania zestawił parę lat temu listę opartą na niemieckich policyjnych archiwaliach, zawierającą spis ponad 450 Polaków z terenów Śląska Górnego i Opolskiego, (w granicach Niemiec), zamordowanych skrytobójczo w ciągu jednego tylko roku, tego po III Powstaniu Śląskim - od sierpnia 1921 po sierpień 1922. Żadnego z zabójców nie schwytano, i oczywiście nie osądzono.
Majora Jackowskiego zamordowali w Katyniu Sowieci.
Pradellok zdołał się w 1939 ukryć. Zmarł z przyczyn naturalnych w 1942. W 1940 wcielono do Wehrmachtu jego syna, urodzonego w październiku 1919 w Warszawie Jana Eugeniusza. Widać dogorywającego ojca niemieckiego żołnierza wypadało oszczędzić. Jan Eugeniusz Pradellok wrócił z frontu wschodniego jako inwalida.
Inne tematy w dziale Kultura