Republikaniec Republikaniec
573
BLOG

Dlaczego Rosja fascynuje, mami i rozczarowuje?

Republikaniec Republikaniec Kultura Obserwuj notkę 42

Od mniej więcej 300 lat Rosja urzeka wielu Europejczyków. Trudno się dziwić, ogromny kraj obiecujący wielkie możliwości, od epoki Piotra I pozornie dostępny. Dzięki przyjęciu pewnych form zachodniego poloru wydający się jakoś tam do ogarnięcia, a jednocześnie tak bardzo egzotyczny. Zauroczenie wielkim i potężnym państwem prowadzi nawet do formułowania daleko idących koncepcji politycznych nowego, niestandardowego ułożenia świata, czy choćby miejsca w nim swojego kraju lub narodu. Zwykle z opłakanymi skutkami, a macierzystą przyczyną jest kompletny brak rozumienia tego z kim, i o czym pragnie się rozmawiać.

Przy dogłębnym poznaniu poblematyki, ile powierzchownych wrażeń, tyle błędów. Dlaczego? Rosja i Rosjanie to zjawisko z zakresu zupełnie innej cywilizacji i mentalności, innego rozumienia podstawowych pojęć. Jeśli ze słownikiem w ręku Europejczykowi wydaje się, że przetłumaczył sobie i pojął o czym mówi Moskal, to zwykle jest to tylko i wyłącznie złudzenie.

Państwo i naród Księstwa Moskiewskiego, przezwanego w XVIII wieku bardziej światowo na Rosję ukszałtowały wieki traumatycznego jarzma Ordy, które narzuciły stepowo-azjatycki system pojęć, zbarbaryzowany jeszcze bardziej  dla celów zrozumiałej samoobrony przez uciśnionych wschodnich Rusinów.

Gdy u nas, od Pirenejów po wschodnie granice związanego z Polską i przyjmującego zdobycze naszej cywilizacji Wielkiego Księstwa Litewskiego w mentalność wdrukowywały się i kształtowały ją nieodwracalnie (co skutkuje i dziś, mimo ofensywy antykulturowej tak zwanej lewicy) idee wolności, prawa i własności, na wschód od tej rubieży był tylko los-sud'ba-kismet i wola brutalnej, nieograniczonej żadnym prawem czy społeczną umową władzy.

Korzystając tylko z kart słownika, nie jesteśmy w stanie pojąć że Rosjanin, produkt innej cywilizacji pod tymi pozornie samymi w mechanicznym tłumaczeniu wyrażeniami ma w głowie wpisane zupełnie inne treści.

Nasza wolność, podstawowe pojęcie któremu w filozofii, socjologii i politologii nasi myśliciele poświęcili całe tomy rozważań, to nie to samo co rosyjska "swaboda", oznaczająca bardziej zerwanie się z łańcucha narzuconych ograniczeń i niekontrolowaną przed nikogo i nic ekspresję własnych instynktów i chęci.

Nasze prawo, wypracowany przez wieków system powszechnie akceptowanych norm umowy społecznej to nie "zakon", obowiązujacy pod przymusem tylko stronę słabszą i dowolnie zmieniany przez władzę.

Nasza własność, czyli prawo do posiadania, używania, pobierania pożytków i przekazywania w dziedzictwie to nie to samo co rosyjska sobstwiennost', od wieków będąca bardziej formą bieżącego użytkowania, zawsze zagrożoną zaborem czy konfiskatą przez silniejszego czy władzę. Nieważne czy carską, bolszewicką, prezydencką czy reketierską. Zawsze niepewną. Zastanawialiście się kiedyś, skąd tak ogromne prywatne środki, które przecież z takim pożytkiem można by włożyć w przeróżne przedsięwzięcia w niedoinwestowanym ogromnym kraju, leżą w bankach poza jego granicami,  dziś w jakiejś części zamrożone i zablokowane? Symbolem używania tu i teraz, póki można, pozostają "jachty" rosyjskich oligarchów, większe i droższe niż okręty wojenne rosyjskiej marynarki wojennej. 

Uczciwość i zasada dotrzymywania umów są dla Moskala dziwolągami, umowa to przecież tylko gra pozorów w nieustannej walce o wpływy i zasoby. Dotrzymuje się jej wyłacznie do czasu, dopóki to jest dla strony silniejszej wygodne.

Nasz honor to nie brzmiący tak samo rosyjski "gonor", który oznacza tam nieprzypadkowo fanfaronadę, ani nawet bliższa pojęciowo czest'.

Państwo rosyjskie tkwi korzeniami nie w Rzymie, jak my, ale w Złotej Ordzie, z jej logiką istnienia poprzez podboje i eksploatację podbitych terytoriów, oraz zagrożenie rozpadem, gdy podboje przestają karmić filary państwa - dwór i armię. Umysłowe zderzenie się z tą straszliwą prawdą bywa najbardziej bolesne dla samych myślących Rosjan. Jeden z największych ich umysłów XIX stulecia Piotr Czaadajew w swoich "Listach filozoficznych" (1829) stwierdził, że  jego kraj nic światu nie dał, ani niczego się od świata nie nauczył. Nikt by go nie zauważył, gdyby nie terytorialny ogrom. Sama Rosja istnieje według niego w boskim planie tylko po to, aby być przestrogą dla innych ludów. Za przyczyny cywilizacyjnego ubóstwa Rosji uznawał wtórność wschodniego chrześcijaństwa wobec rzymskiego katolicyzmu oraz rosyjską izolację od świata, racjonalizowaną jako podstawa jej wielkości. Nie doczekał się polemiki, a  zakazu publikacji i leczenia psychiatrycznego.

Nawet bliski językiem, kulturą i formą religii, 200 lat przymusowo moskalizowany Ukrainiec i Białorusin nie jest mentalnie Moskalem. Nieprzypadkowo Rosję Stalin do kołchozów zapędził przy stosunkowo niewielkim oporze, gdy na Ukrainie i Białorusi trzeba było wywołać w tym samym celu ludobójczą klęskę głodową z milionami ofiar.

Nawet ta wspomniana wyżej religia, prawosławie, odcięta na klikaset lat od źródeł nasiąkła azjatyckimi i pogańskimi naleciałościami. Gdy w wiekach XVI i XVII, po przełamaniu tatarskiej bariery do Moskwy przybywali po wsparcie prawosławni duchowni z Grecji, Syrii i Palestyny, byli przerażeni tym co zastali. Jednak wątpliwości leczyły hojnie rozdawane carskie ruble. Car Aleksy Michajłowicz zaczął religię upaństwawiać, co dokończył "impierator" Piotr. Od 1721 roku w Moskwie nie było już patriarchy, głowy cerkwii prawosławnej, ale kolegium o nazwie Świątobliwy Synod Rządzący, któremu przewodniczył świecki urzędnik w randze oberprokuratora.  Daleko stąd do przywróconego w 1917 patriarchatu, i patriarchy Sergiusza, który od ołtarza nazywał Stalina danym przez Boga?

Rusofilia i "idee wszechsłowiańskie" u ludzi uczciwych i poszukujących w oparciu o nie rozwiązań  były i są efektem tego niezrozumienia. A dla drugiej strony korzystnym wehikułem werbunku. Zawsze werbunku, nigdy współpracy.

Poczet polskich zawiedzionych jest wyjątkowo długi, od Targowiczan, którzy przecież występowali pod hasłami patriotyzmu polskiego i obrony wolności, poprzez działaczy epoki kongesowego Królestwa z Adamem Czartoryskim i Stanisławem Staszicem, którym talentów i szczerej polskości nikt nie odmówi, pół wieku później margrabiego Wiepolskiego, po jeszcze kolejnym półwieczu Romana Dmowskiego z towarzyszami i jeszcze późniejszego Stanisława Mikołajczyka. 

Niemniej jednak chętni nadal bywają wśród nas.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (42)

Inne tematy w dziale Kultura