Poniżej krótka relacja z mojej podróży do Japonii - wreszcie zrealizowanego, wieloletniego marzenia.

W listopadzie odbyłem moją - zbyt krótką - siedemnasto dniową podróż po Japonii. Podróż planowałem od ponad roku i chciałbym podzielić się z Wami moimi wrażeniami i przemyśleniami. Powyżej zaznaczyłem - orientacyjnie - odwiedzone miejsca, skala mapy nie pozwala na dokładne odzwierciedlenie listy odwiedzonych miejsc.
Moje wnioski:
1. Podróż do Japonii obecnie jest - biorąc pod uwagę odległość - dość tania. Bilet w dwie strony, przy odpowiednio wczesnym "polowaniu" można kupić już za około 2000 - 3000 zł. Ja przepłaciłem, gdyż niepotrzebnie dokupiłem bagaż rejestrowany. Zabrałem niepotrzebnie dużo rzeczy, które potem ze sobą targałem. Błąd początkującego podróżnika, równie dobrze mogłem udać się tam tylko zapakowany w duży plecak. W każdym niemal hotelu czy hostelu jest możliwość wyprania swoich rzeczy za symboliczną opłatę. Ja zabrałem rzeczy na trzy tygodnie (między innymi trzy pary spodni...), tymczasem korzystając z opcji prania na miejscu w hotelach z powodzeniem można zabrać rzeczy tylko na tydzień i prać swoje rzeczy co siedem dni.
Bagaż rejestrowany, który mocno podraża bilet jest wieć w praktyce niepotrzebny. Za błędy się płaci, nauczka na przyszłość. U mnie na ostateczną cenę bilety wpłynęło też dokupione ubezpieczenie - tu kwestia jest dyskusyjna, każdy musi samodzielnie przemyśleć koszty i ryzyka. Z jednej strony bowiem Japonia jest krajem niebywale wręcz bezpiecznym, z doskonałym i perfekcyjnie działającym systemem transportu, z drugiej zaś strony koszty leczenia są tu kosmicznie wysokie. Jeśli więc podejmujesz ryzyko można lecieć bez ubezpieczenia, dużo taniej, ale ewentualny wypadek lub choroba to bardzo duży koszt dla kieszeni.
Podsumowując więc koszty biletu: planując podróż mniej więcej rok wcześniej i polując na bilety lotnicze można polecieć już tam za około 2000 zł a bagaż rejestrowany jest w praktyce niepotrzebny.
2. Koszty życia - pobytu - w Japonii są zaskakująco niskie, jest nawet taniej niż w Polsce!
Oczywiście z pewnymi zastrzeżeniami. Ja korzystałem z najtańszych opcji noclegowych, hoteli kapsułowych lub hosteli. Z tym, że jakość hosteli i kapsuł w Japonii jest bardzo wysoka. Jest czysto, tanio, schludnie i bezpiecznie. Ale też musisz się pogodzić z wadami kapsuł. To nie jest rozwiązanie choćby dla osób bojących się ciasnych pomieszczeń, są różne typy i rodzaje kapsuł, ale na ogół można to porównać do... trumny. Nie każdy będzie w stanie zaakceptować tak małą przestrzeń. W dodatku używanie kapsuł niesie wiele niedogodności: nie możesz mieć w kapsule swoich bagaży, ba, w praktyce często nie możesz mieć w niej... niczego. Dostajesz papierowe papcie, zamykasz swoje rzeczy w tzw. lockersach, przebierasz się na noc w szatni, idziesz pod prysznic (w praktyce, choć nikt tego nie sprawdza, jest to wręcz obowiązkowe) i w piżamie idziesz do kapsuły. Zapomniałeś czegoś z bagażu? Trudno! Albo darujesz sobie przyniesienie tej rzeczy, albo wykonujesz skomplikowaną i czasochłonną procedurę wyjscia z kapsuły, ubrania papierowych kapci, pójścia do przestrzeni wspólnej, otwarcia szafki (malutkiej), grzebania na podłodze w walizce, zamknięcia szafki, powrotu do "jaskini". Bardzo szybko uczy to dokładnego planowania i odpowiedniego rozplanowania bagażu.
Jednak jeśli powyższe Cię nie odstrasza i jesteś mistrzem samoorganizacji i planowania - kapsuły są super tanim, wygodnym i bardzo czystym rozwiązaniem na nocleg. Pod wieloma względami są lepsze od nocowania w "zwyczajnych" hotelach. Och, zapomniałbym o jeszcze jednej wadzie kapsuł: od 10 rano do 15 po południu mają tam czas sprzątania i nie możesz tam wtedy przebywać. W niektórych kapsułach możesz powiedzieć, że w danym dniu nie chcesz sprzątania, ale i tak zazwyczaj nie pozwolą Ci zostać na miejscu. Dla mnie nie był to problem, zwykle już od godziny 8-10 aż do wieczora zwiedzałem miasto czy też byłem w terenie.
Ogólnie za wszystkie noclegi, za 17 nocy zapłaciłem ok. 1700 zł. Wychodzi ok. 100 zł. za noclego, co uważam za bardzo, bardzo niski koszt noclegów. A im wcześniej szukasz i im wcześniej rezerwujesz, tym mniej płacisz. Co jeszcze istotne: wiele hosteli i hoteli w Japonii pozwala - za darmo - anulować rezerwację aż do dnia rezerwacji! Jest to niezwykle wygodne i korzystne, dwa razy musiałem zmienić plan i odwoływać rezerwację. W Europie były za to opłaty, nawet 100% ceny pobytu w przypadku rezygnacji ostatniego dnia.
Niezwykle niskie są też obecnie w Japonii koszty wyżywienia a nam dodatkowo sprzyja bardzo korzystny stosunek juana do złotego. Na prawdę, jedzenie jest tam bardzo tanie (i wysokiej jakości!), za 1000 jenów, czyli około 25 zł można już kupić bardzo dobry i smaczny obiad, który spokojnie nasyci na pół dnia. Rano, na śniadanie, najczęściej w sieci sklepów konbini kupowałem sobie gorącą kawę w puszcze (100-150 jenów), kanapki (200 jenów) lub kulki ryżowe z nadzieniem, np. z tuńczykiem (200-300 jenów). Śniadanie można więc mieć już za około 500 jenów (ok. 12 zł.), obiad za 25 zł a kolację nawet za mniej - wieczorem w sklepach jest akcja przeceniania rzeczy, które "nie zeszły". Jeśli o to chodzi, to Japończycy mają dosłownie fioła na punkcie świeżości - nie trafiłem tam na produkty nieświeże a wieczorem rzeczy nadal świeże mają mocno obniżone ceny.
Trudno mi obecnie dokładnie ocenić całościowy koszt wyżywienia podczas pobytu (17 dni), ale bazując na powyższym sądzę, że było to ok. 1000 - 1500 zł. (Nie cały pobyt to opcje super oszczędnościowe, czasem "pozwalałem sobie".
Bardzo tanie jest tam też podróżowanie. Oczywiście poza najszybszymi pociągami: limited express oraz, oczywiście, shinkansen. Ale nawet super szybki pociąg, czyli shinkansen, to jest poziom akceptowalny. Ja przemieszczałem się bardzo dużo, mój plan był bardzo bogaty w miejsca i wymagał wielu połączeń kolejowych i autobusowych, siłą rzeczy więc dwa (albo trzy?) razy skorzystałem z shinkansena. Raz było to z Kanazawy do Kioto a drugi i trzeci raz z Tokio do Nikko i z Nikko do Tokio. Bilet na shinkansen - z pamięci - z Kanazawy do Kioto (z przesiądką) wyniósł mnie ok. 200 zł, ale jest to cena biorąc pod uwagę szybkość i wygodę w pełni uzasadniona a bilety na pociągi lokalne i międzymiastowe są dużo tańsze, rzędu najwyżej kilkudziesięciu złotych. Metro i pociągi podmiejskie to już dosłownie grosze.
Stety niestety Japonia jest nadal krajem gotówkowym. Owszem, w komunikacji miejskiej, sklepach konbini, automatach można płacić elektronicznie. Ale w zaskakująco dużej ilości miejsc (świątynie, muzea, lokalne autobusy) często można płacić tylko i wyłącznie gotówką. Co nie byłoby może problemem, gdyby nie to, że popełniłem tu kolejny błąd: założyłem sobie konto Revolut, które sprawdzało się świetnie i pozwoliło mi dużo zaoszczędzić na kosztach przewalutowania, ale zapomniełem wyrobić sobie fizyczną kartę Revoluta. Co później miało duże dla mnie konsekwencje: nie możesz w Japonii wypłacić gotówki bez fizycznej karty kredytowej, czyli w tym przypadku karty Revoluta. Ogólnie przez ten błąd za (możliwe do uniknięcia!) przewalutowania musiałem dopłacić ok. 200 zł... (płacz).
A jeśli już mowa o moich popełnionych błędach: hostele i kapsuły NIE mają usługi przesyłania bagażu. Piszę to dla tych, którzy zainteresowani są wyprawą do Japonii w najbliższym czasie. Jest to szczegół bardzo ważny i istotny, ja musiałem kilka razy wysyłać swoją walizkę pocztą, co może nie było jakoś specjalnie drogie, ale było czasochłonne i stresujące.
W tym miejscu musze napisać, wyjaśnić, dlaczego wysyłania bagażu przez japońską pocztę jest czasochłonne i strsujące. Otóż znajomość języka angielskiego wśród Japończyków jest... oględnie mówiąc, słaba. A już wśród urzędników pracująchc choćby na poczcie, dramatycznie wręcz słaba. W Kioto, ogromnym przecież mieście, które co roku odwiedzają miliony turystów udałem się na pocztę tuż obok dworca głównego, by nadać bagaż z Kioto do Tokio (by mieć swobodę podróżowania tylko z plecakiem).
Przyjęła mnie "w okienku" starsza pani. Znajomość angielskiego? Zerowa! Nawet nie znała "zachodniego" alfabetu, każdą zachodnią literę, za pomocą specjalnej tabeli, przepisywała na znaki Kanji (te ich "krzaczki" których jest ponad 2000...). Dobrze, że w komórce miałem translator... To przepisywanie trwało wieki, w tym czasie odjechały mi dwa pociągi i na miejscu byłem z półdniową stratą...
I tu warto wspomnieć o zjawisku, które u mnie na zmianę wywoływało podziw i... wkur...ienie. Szacunek dla starszych/wyżej postawionych. Na tejże poczcie było też wielu innych pracowników, również młodych. Mam przeświadczenie, graniczące z pewnością, że przynajmniej jeden pracownik tejże poczty rozumiał po angielsku. Ale z szacunku do osoby starszej/wyżej w hierarchi nie chciał/nie mógł wtrącić się w czynności tej starszej pani! Japonia to kraj kontrastów, sprzecznosci, paradoksów a nawet absurdów - musicie być tego świadomi i być na to przygotowani.
U nas, w dużych miastach lub w miejscach turystycznych nikt bez znajomości języka angielskiego, przynajmniej na poziomie średnio - wyższym, pracy nie dostanie. W Japonii przynajmniej raz trafiłem na sytuację gdzie w centrum informacji turystycznej dużego miasta nikt po angielsku nie mówił...
Jest to dziwne, gdyż nawet wielu Chińczyków - a w Japonii są ich setki tysięcy - woli posługiwać się jezykiem angielksim, niż chińskim. Nie mówiąc już o setkach tysięcy, milionach turystów z całego świata mówiących w podróży po angielsku i przyzwyczajonych do posługiwania się tym międzynarodowym językiem.
Kończąc więc wątek organizacyjno - kosztowy: całość mojego budżetu zamknęła się kwotą poniżej 10 000 zł. Co, jak na tak daleki, egzotyczny i piekny kraj nie jest kwotą dużą. Uważam, że jest to wręcz koszt bardzo niski, a odpowiednio planując, z duzym wyprzedzeniem można te koszty jeszcze obniżyć. Realny jest nawet wyjazd do Japonii na dwa tygodnie za 5-7 tys. zł. Oczywiście wtedy polujesz na tani bilet (gros kosztów) z conajmniej rocznym wyprzedzenie, tylko z bagażem podręcznym, bez ubezpieczenia, nocujesz w najtańszych kapsułach lub hostelach i jak najwięcej korzystasz z wieczornych przecen w sklepach. Nie są to jednak, w mojej opinii, jakieś duże wyrzeczenia.
Teraz wspomnę o tym, co zwiedziłem i dlaczego akurat to. Moim założeniem od początku było to, by w możliwe największym stopniu uniknąć sztampy, zobaczyć miejsca, które nie są turystycznie oblegane i mieć mieszankę wrażeń przyrodniczych, kulturowych, społecznych. I to się udało, dzięki starannemu i długiemu planowaniu.
Lista miejsc z planu, wraz z uzasadnieniem:
1. Tokio: Stolica i miasto - brama, z międzynarodowym lotniskiem. Wygodna baza do dalszego zwiedzania, trochę miejsc dla mnie atrakcyjnych: Tokio Skytree (wieża z punktem obserwacyjnym na 450 m, polecam... choć ja trafiłem na koszmarne tłumy (serio, koszmarne), to widok wynagradza niewygody i uciążliwości.), dzielnica Asakusa, świątynie Senso - ji... Byłem "tylko" dwa dni i ten czas wystarczył, by Tokio uznać za "odhaczone" Są turyści, którzy na Tokio poświęcą dużo więcej czasu - co kto lubi.


2. Matsumoto: Piękny i co ważne oryginalny (nie odbudowany) zamek, farma wasabi oraz baza wypadowa do: Kamikochi (byłem, przepiękne i dzikie miejsce z makakami i... niedźwiedziami...), blisko Shirakawa - Go.

3. Kamikochi: Jak wyżej pisałem, piekny i w dużej części dziki górski park narodowy (góry japonii... wróć, góry na całym świecie są piękne a te w Japonii mają dodatkowo warstwę egzotyki: świątynki, bramy Torii, kapliczki...). Plus niemal pewne spotkanie, bardzo, bardzo bliskie z makakami. Małpy te, choć oswojone z człowiekiem, pozostają dzikie. Nie kradną, nie zaczepiają turystów, nie żebrzą o jedzenie. I Japończycy robią co mogą, by tak zostało.

4. Shirakawa - Go: Obiekt Dziedzictwa UNESCO chroniący tradycyjne drewniane chaty kryte spadzistymi, słomianymi dachami. Miejsce to, na pocztówkach, wygląda bajecznie. Mnie, w "realu" mocno zawiodło. Co nie znaczy, że nie jest warte odwiedzenia, daję tu 6 punktów na 10.

5. Szlak pocztowy Nakasendo: Historyczny szlak łączący Tokio z Kioto, liczący około 300 km. Obecnie pofragmentowany przez autostrady i linie kolejowe, odrestaurowano ogółem około 10-15 km szlaku. Początek trasy pieszej to przepiękna, z pietyzmem odrestaurowana choć niestety przesiąknięta komercją miejscowość Magome - Juku, koniec to nieco bardziej... hm, autentyczna?, miejscowość Tsumago - juku. Można przedłużyć wędrówkę i iść z Nakatsugawy do Nagiso, gdzie jest malutka stacja kolejowa z której odchodzą pociągi lokalne do Nagoi. Ja przeszedłem trasę od Magome do Nagiso (13 km?). Szlak łatwy, dla początkujących piechurów, małe przewyższenia. Przepiękne widoki, krajobrazy, po drodze stare gościńce (autentyczne!) z epoki samurajów... Warto! Im dalej od Magome - Juku, tym mniej komercji, a od Tsumago do Nagiso na szlaku zostaje może 0,1% początkowych turystów i robi się dziko... i trochę strasznie.



6. Kanazawa. Miasto złotników, ogromny i piekny zamek oraz ogród Kenrokuen, uznawany za jeden z trzech najpiekniejszych ogrodów Japonii. Zamek warty odwiedzenia, niestety od roku - po silnym trzęsieniu ziemi - w remoncie, ogród też bardzo ładny, ale zaskakująco mały. Moja subiektywna ocena Kanazawy to 8/10.

7. Kioto i Nara: Tego miasta nie da się skrótowo opisać. To turystyczny potwór, który JEDNOCZEŚNIE ma wiele przepięknych dzielnic i świątyń w których praktycznie nikogo nie ma. Ot, "logika" turystyki. Przy okazji małe ostrzeżenie: jeśli będziecie w Japonii w lesie bambusowym to zupełnie nie warto odwiedzać Arashiyamy. A nawet jak nie będziecie wcześniej widzieli lasu bambusowego, to i tak nie warto. Miejsce reklamowane, opanowane przez tłumy, w realu bardzo małe. Nie, nie i jeszcze raz nie. Ja o tym wiedziałem dużo wcześniej i zamiast tego turystycznego hotspotu więcej czasu spędziłem w innych miejscach. Plus malutka porada: miejsca oblegane przez tłumy da się odwiedzić bez tłumów: albo wstajesz bardzo wcześnie rano, albo zwiedzasz - tam, gdzie można - wieczorem a nawet nocą. Ja tak zrobiłem i wcześnie rano odwiedziłem niezwykle zatłoczone Kinkaku-ji oraz Ginkaku-ji oraz nocą wspiąłem się (88 pięter pokazał mój telefon) na szczyt góry z świątynią Fushimi - Inarii. Nocny klimat swoje robi a panorama rozświetlonego Kioto z dużej wysokości to dodatkowy, bardzo duży plus. Co jednak warto tu wspomnieć: nawet zwiedzając przed 7 rano i nawet zwiedzając po 22 w nocy i tak osób w tych miejscach było sporo. Cóż, Japonia przeżywa obecnie swój boom turystyczny, i nawet konflikt z Chinami nie zmieni tego odczuwalnie.




8.Kamakura: oceaniczne miasteczko, kurort bardzo blisko Tokio. Ogromna ilość surferów (połowa listopada!), widziałem nawet jedną osobę pływającą... brrr... Miasteczko słynne jest też z widoków na górę Fuji. Plus lokalne świątynie oraz wyspa Enoshima. Sama ta wyspa warta jest poświęcenia jednego dnia, na niewielkiej w sumie wysepce jest dość duża świątynia, wioska, ogród botaniczny z rosarium, wieża widokowa na szczycie góry oraz jaskinie. Moja szczera opinia: sama wyspa zdecydowanie warta jest odiwedzenia, ale część w której jest "wioska" to przeogromna komercja bijąca nasze Zakopane o głowę oraz darować można sobie jaskinie: małe, zatłoczone i obudowane betonem (ze względu na trzęsienia ziemii). Ocena tego miejsca to 7/10.


9. Nikko: Nikko słynie przede wszystkim z ogromnego kompleksu świątynnego pod opieką UNESCO. I pisząc ogromnego naprawdę nie przesadzam, są tam ze dwie już ogromne świątynie, kilka dużych, kilkanaście powiedzmy średnich i od cholery małych. Na sam kompleks świątynny jeden dzień to mało, jeśli ktoś chce wchłonąć nieco autentycznej kultury i architektury Japonii to polecam dwa-trzy dni na sam kompleks świątynny, plus dwa dni na przyrodę woków Nikko: jezioro Chuzenji, wodospady, park narodowy oraz liczne gorące źródła, onseny, w których można się relaksować. Nikko ma niesamoity klimat łączący leśną, górską przyrodę ze starymi świątyniami. Plusem jest też to, że choć turystów jest sporo, to tłumów nie ma. Przynajmniej obecnie, to wszystko zmienia się bardzo dynamicznie.




10. Kawaguchiko, Góra Fudżi, Region Pięciu Jezior: Cóż... Fuji, Fuji, Fuji... ta góra, ten nadal aktywny wulkan ma w sobie jakąś niewytłumaczalną magię. Na żywo robi ogromne wrażenie, wydaje się momentami być czymś nienaturalnym, to niemal idealny trójkąt (stożek?), a poktyty śniegiem wygląda bajecznie.

Dodatkowo polecam przejażdzkę rowerową wokół jeziora Kawaguchi (lub innego, jest ich tam w okolicy pięć). 25 km (w przypadku Kawaguchi), niewielkie wzniesienia - w dwie, trzy godziny bardzo wolnej, relaksacyjnej jazdy, z widokiem na górę Fuji - bardzo przyjemna, aktywna forma turystyki.

Co do terminów: są dwa najlepsze okienka czasowe na Japonię: wiosna (koniec marca, koniec kwietnia) oraz jesień (listopad - grudzień). Z tym, że wiosną kwitną wiśnie (sakury). Widoki są nieziemskie, ale mają cenę: tłumy turystów i wysokie ceny. Dla mnie lepszą opcją jest właśnie listopad: okres wybarwiania się klonów japońskich (momiji, przepiękna, intensywna czerwień), nie ma (dużych) tłumów, ceny są niższe, niż wiosną. Oczywiście do Japonii można lecieć przez cały rok, ale okres letni jest przez wszystkich odradzany: to czas wysokich upałów, nawet ponad 35oC, przy znacznie wyższej niż u nas wilgotności. To tak, jakby u nas przez całe lato panowała upalna, parna i burzowa aura. Uważam, że my nie jesteśmy do tego przygotowani. Można też lecieć tam zimą... jeśli lubicie narty i góry. Ryzykowny jest wrzesień i pażdziernik - częste tajfuny i ryzyko odwołanych lotów. A listopad jest tam bardzo słoneczny (choć na moje 17 dni trafiły się 3 dni deszczowe) i ciepły, nawet w cieniu bywało ponad 15oC. (Oczywiście poza górami - to wszędzie na świecie jest inna pogodowa bajka).
Teraz moje ogólne spostrzeżenia z prawie trzytygodniowego pobytu: Japonia jest krajem wysokorozwinietym, ale ma swoje problemy, które widać i z każdym rokiem narastają. Największe problemy to spadająca demografia (nawet w bogatych, turystycznych miejscach widziałem porzucone budynki i zarośnięte wraki aut) oraz stagnacja gospodarcza. Infrastruktura kolejowa drogowa i metro jest na bardzo wysokim poziomie, ale znowu, widać coraz wyraźniej rysy na tym obrazie. Legendarny shinkansen juz dawno stracił miano najszybszego pociągu świata a podczas jednej mojej przejażdzki tym pociągiem byłem zaskoczony - na minus - stanem taboru. Nie to, że był brudny czy zniszczony - był po prostu stary. Czysty, dobrze utrzymany, ale stary. Poza tym im dalej od wielkich miast, tym gorzej. W Tokio jest idealnie wręcz, możnaby powiedzieć, że idylla. Metro, pociągi - i w wielomilionowym Tokio nie ma korków, nie ma smogu, nie ma samochodonozy. Powietrze jest czyste, ulice niezwykle wręcz ciche i spokojne, jest zielono, jest sporo parków. Chodniki są szerokie, gładkie jak pupa niemowlaka, czyste, dobrze oświetlone. Podobnie jest w Kioto, gorzej było w Kanazawie, średnio w Matsumoto a w Nikko główna ulica mocno turystycznego miasta nocą była i nieoświetlona i pełna "pułapek"! Najgorzej zas wspominam miejscowość Kawaguchiko - nierówne, fragmentaryczne chodniki, w większości nocą nieoświetlone (sic!). To u nas, nawet na najgłębszej wsi obecnie chodniki są gładkie i dobrze oswietlone...

A wspominając moją rowerową wyprawę wokół jeziora Kawaguchi (ok. 25 km.): Większość trasy "rowerowej" wokół jeziora to wąski, oznaczony kolorem zielonym pas jezdni z namalowanymi strzałkami kierunku. I choć kierowcy są spokojni i ostrożni, to jednak u mnie jazda tym wąskim pasem asfaltu wywoływała mocny dyskomfort. Widać, że coś robią, że próbują rozwijać infrastrukturę dla turystów, ale obecnie masz np. kilometr świetnej trasy rowerowej, potem pięć kilometrów wąskiego paska jezdni i potem znowu maks. trzy kilometry nowej trasy rowerowej. Jak dla mnie, w mojej subiektywnej ocenie, na tym polu już dawno przegoniliśmy Japonię, nawet jeśli chodzi o kolej, to poza Shinkansenami nie mamy im obecnie czego zazdrościć.
Część wrażeń ciężko mi opisać czy też uzasadnić, ogólnie jednak subiektywnie oceniam, że Polska w ostatnich trzydziestu latach wykonała potężny skok w górę a Japonia od tych trzech dekad stoi w miejscu - choć uwzględnić też należy, że stała wtedy niemal na samym szczycie i nawet obecnie nie straciła całkiem przewagi wobec Polski.
Przy czym niezwykle istotna uwaga: większość Japończyków żyje w giga miastach: w samym Tokio i aglomeracji mieszka więcej osób niż w całej Polsce. I w tych dużych miastach poziom dobrobytu jest też najwyższy. Prowincja natomiast umiera, powoli, bezgłośnie, ale umiera. I to widać.
Uwzględnić też należy to, z czym radzić sobie muszą Japończycy. Trzęsienia ziemi, tsunami, erupcje wulkanów, tajfuny, powodzie górskie, osuwiska - to ich chleb powszedni. Codziennie muszą walczyć z żywiołami, stale naprawiać drogi i koleje, umacniać nasypy, brzegi rzek, skarpy stoków w miastach. To kosztuje i pieniądze i czas i nawet życie ludzi. To aż cud, że pomimi tego wszystkiego udaje im się utrzymywać infrastrukturę drogową i kolejową na tak wysokim poziomie. My nie mamy tego typu problemów - lub mamy je na skalę nieporównywalnie mniejszą. U nas nowo zbudowanej autostrady nie zniszczy trzęsienie ziemi czy osuwisko lub tsunami. Można by więc stwierdzić, że nasz rozwój wcale nie jest znowu aż tak szybki...
Na koniec: pewnie wielu zarzuci mi hipokryzję: gardłuje o ekologii a poleciał samolotem do Japonii... I... tak, z pokorą przyjmuję tą krytykę. Nie usprawiedliwia mnie też to, że Japonia od wielu, wielu lat była moim marzeniem. Latanie samolotem mocno szkodzi środowisku, to bezdyskusyjny fakt o którym sam wielokrotnie pisałem. I od dawna zastanawiam się, jak też to moje latanie zrekompensować. Mógłbym zlecić wyspecjalizowanej firmie zasadzenie drzew. Policzyłem, że emisję dwutlenku węgla zneeutralizowałoby posadzenie około 150 - 200 drzew a znalezione oferty w sieci takiej usługi to koszt około 1000 zł. Z tym, że... nie chce płacić firmie. Doszedłem do wniosku, że lepiej zrobię jak dam zarobić kuzynowi, który ma szkółkę ogrodniczą i własny las. Niech zasadzi te drzewa. Oprócz tego - i wiem, że to był raczej błąd - dopłaciłem 50 zł. do biletu lotniczego dokupując biopaliwo. I realnie są to jedyne możliwości, jaki ma zwykły turysta.
Inne tematy w dziale Rozmaitości