https://x.com/Maciej_Swirski/status/2022747815055593704
Courtesy translation przemówienia Sekretarza Stanu Marco Rubio, Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa, Hotel Bayerischer Hof, Monachium, 14 lutego 2026.
Dziękuję bardzo.
Zbieramy się tu dzisiaj jako członkowie historycznego sojuszu — sojuszu, który ocalił i zmienił świat. Kiedy ta konferencja rozpoczynała się w 1963 roku, odbywała się w narodzie — właściwie na kontynencie — podzielonym wewnętrznie. Linia między komunizmem a wolnością przebiegała przez serce Niemiec. Pierwsze druty kolczaste Muru Berlińskiego stanęły zaledwie dwa lata wcześniej. I zaledwie kilka miesięcy przed tą pierwszą konferencją, zanim nasi poprzednicy po raz pierwszy spotkali się tutaj, w Monachium, kryzys kubański przywiódł świat na krawędź nuklearnej zagłady. Nawet gdy II wojna światowa wciąż płonęła świeżo w pamięci Amerykanów i Europejczyków, stanęliśmy twarzą w twarz z nową globalną katastrofą — niosącą potencjał nowego rodzaju zniszczenia, bardziej apokaliptycznego i ostatecznego niż cokolwiek wcześniej w dziejach ludzkości.
W czasie tego pierwszego zgromadzenia sowiecki komunizm był w natarciu. Tysiące lat zachodniej cywilizacji wisiały na szali. Zwycięstwo nie byłobynajmniej pewne. Ale kierował nami wspólny cel. Jednoczyło nas nie tylko to, przeciwko czemu walczyliśmy — jednoczyło nas to, o co walczyliśmy. I razem Europa i Ameryka zwyciężyły, a kontynent został odbudowany. Nasi ludzie zaczęli prosperować. Z czasem bloki Wschodu i Zachodu połączyły się na nowo. Cywilizacja znów stała się całością.
Ten niesławny mur, który rozciął ten naród na dwoje, runął, a wraz z nim imperium zła — Wschód i Zachód znów stały się jednym. Ale euforia tego triumfu wepchnęła nas w niebezpieczne złudzenie: że oto nastał, cytuję, „koniec historii"; że każdy naród będzie teraz demokracją liberalną; że więzi handlowe i komercyjne zastąpią przynależność narodową; że „porządek oparty na regułach" — to nadużywane pojęcie — zastąpi interesy narodowe; i że odtąd będziemy żyć w świecie bez granic, gdzie każdy stanie się obywatelem świata.
To było głupie przekonanie, które zignorowało zarówno naturę ludzką, jak i lekcje ponad pięciu tysięcy lat spisanej historii. I słono za to zapłaciliśmy. W tym złudzeniu przyjęliśmy dogmatyczną wizję wolnego i niczym nieograniczonego handlu — nawet wówczas, gdy inne państwa chroniły swoje gospodarki i subsydiowały swoje firmy, żeby systematycznie podcinać nasze — zamykając nasze zakłady, doprowadzając do deindustrializacji wielkich połaci naszych społeczeństw, wysyłając miliony miejsc pracy klasy pracującej i średniej za granicę i oddając kontrolę na naszymi krytycznymi łańcuchami dostaw zarówno przeciwnikom, jak i rywalom.
Coraz bardziej outsource-owaliśmy naszą suwerenność do instytucji międzynarodowych, podczas gdy wiele państw inwestowało w rozbudowane państwa opiekuńcze kosztem zdolności do obrony samych siebie. I to w czasie, gdy inne kraje prowadziły najszybszą rozbudowę militarną w całej historii ludzkości i nie wahały się użyć twardej siły w realizacji własnych interesów. Żeby przypodobać się klimatycznej sekcie, narzuciliśmy sobie politykę energetyczną, która zubaża naszych obywateli — nawet gdy nasi konkurenci eksploatują ropę, węgiel i gaz ziemny i cokolwiek innego — nie tylko po to, żeby napędzać swoje gospodarki, ale żeby używać tego jako dźwigni przeciwko naszym.
I dążąc do świata bez granic, otworzyliśmy drzwi bezprecedensowej fali masowej migracji, która zagraża spójności naszych społeczeństw, ciągłości naszej kultury i przyszłości naszych narodów. Popełniliśmy te błędy wspólnie. I teraz wspólnie jesteśmy winni naszym ludziom to, żeby zmierzyć się z faktami i iść dalej, żeby odbudowywać.
Pod przywództwem prezydenta Trumpa Stany Zjednoczone Ameryki ponownie podejmą dzieło odnowy i odbudowy, napędzane wizją przyszłości tak dumnej, tak suwerennej i tak żywotnej, jak przeszłość naszej cywilizacji. I choć jesteśmy gotowi, jeśli będzie trzeba, zrobić to sami — jest naszym pragnieniem i naszą nadzieją robić to razem z wami, naszymi przyjaciółmi tutaj, w Europie. Bo Stany Zjednoczone i Europa — my do siebie należymy. Ameryka została założona dwieście pięćdziesiąt lat temu, ale korzenie zaczęły się tutaj, na tym kontynencie, na długo przedtem. Ludzie, którzy osiedlili się i zbudowali naród, w którym się urodziłem, przybili na nasze brzegi niosąc ze sobą pamięć, tradycje i wiarę chrześcijańską swoich przodków jako święte dziedzictwo — nierozerwalne ogniwo między starym a nowym światem. Jesteśmy częścią jednej cywilizacji — cywilizacji zachodniej. Łączą nas najgłębsze więzy, jakie mogą dzielić narody, wykuwane przez stulecia wspólnej historii, wiary chrześcijańskiej, kultury, dziedzictwa, języka, pochodzenia i ofiar, które nasi przodkowie ponieśli razem — dla wspólnej cywilizacji, której staliśmy się spadkobiercami.
I dlatego właśnie my, Amerykanie, możemy czasem sprawiać wrażenie trochę bezpośrednich i naglących w naszych radach. Dlatego właśnie prezydent Trump domaga się powagi i wzajemności od naszych przyjaciół tutaj, w Europie. Powodem, drodzy przyjaciele, jest to, że głęboko nam zależy. Głęboko nam zależy na waszej przyszłości i naszej. A jeśli czasem się nie zgadzamy, nasze spory wynikają z głębokiego poczucia troski o Europę, z którą jesteśmy połączeni — nie tylko gospodarczo, nie tylko militarnie — jesteśmy połączeni duchowo i jesteśmy połączeni kulturowo. Chcemy, żeby Europa była silna. Wierzymy, że Europa musi przetrwać, bo dwie wielkie wojny ubiegłego stulecia są dla nas nieustannym historycznym przypomnieniem, że ostatecznie nasz los jest i zawsze będzie spleciony z waszym — bo wiemy (oklaski) — bo wiemy, że los Europy nigdy nie będzie obojętny dla naszego własnego.
Bezpieczeństwo narodowe, któremu ta konferencja jest w dużej mierze poświęcona, to nie jest jedynie seria pytań technicznych — ile wydajemy na obronę albo gdzie i jak rozmieszczamy siły; to są ważne pytania. Są. Ale nie są fundamentalne. Fundamentalne pytanie, na które musimy odpowiedzieć na wstępie, brzmi: co właściwie bronimy — bo armie nie walczą za abstrakcje. Armie walczą za naród. Armie walczą za lud. Armie walczą za sposób życia. I tego właśnie bronimy: wielkiej cywilizacji, która ma wszelkie powody, by być dumną ze swojej historii, pewną swojej przyszłości i dążącą do tego, by zawsze być panią własnego ekonomicznego i politycznego losu.
To tutaj, w Europie, narodziły się idee, które zasiały ziarna wolności zmieniającej świat. To Europa dała światu rządy prawa, uniwersytety i rewolucję naukową. To ten kontynent wydał geniusz Mozarta i Beethovena, Dantego i Szekspira, Michała Anioła i da Vinciego, Beatlesów i Rolling Stonesów. I to tutaj sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej i strzeliste wieże wielkiej katedry w Kolonii świadczą nie tylko o wielkości naszej przeszłości ani o wierze w Boga, która zainspirowała te cuda. One zapowiadają cuda, które czekają nas w przyszłości. Ale tylko jeśli będziemy bezkompromisowi w naszym dziedzictwie i dumni ze wspólnej spuścizny — tylko wtedy możemy wspólnie rozpocząć dzieło kształtowania naszej ekonomicznej i politycznej przyszłości. Deindustrializacja nie była nieunikniona. Była świadomym wyborem politycznym — trwającym dekady przedsięwzięciem gospodarczym, które odzierało nasze narody z bogactwa, zdolności produkcyjnych i niezależności. A utrata suwerenności łańcuchów dostaw nie była funkcją zdrowego systemu globalnego handlu. To była głupota. Głupia, ale dobrowolna transformacja naszych gospodarek, która uzależniła nas od innych w zaspokajaniu własnych potrzeb i niebezpiecznie odsłoniła nas wobec kryzysów.
Masowa migracja nie jest, nie była i nie będzie marginalną kwestią bez znaczenia. Była i pozostaje kryzysem, który przekształca i destabilizuje społeczeństwa w całym świecie zachodnim. Wspólnie możemy reindustrializować nasze gospodarki i odbudować zdolność do obrony naszych narodów. Ale praca tego nowego sojuszu nie powinna skupiać się wyłącznie na współpracy wojskowej i odzyskiwaniu przemysłów z przeszłości.
Powinna też polegać na wspólnym poszukiwaniu nowych horyzontów, uwolnieniu naszej pomysłowości, kreatywności i dynamicznego ducha, żeby budować nowy zachodni wiek. Komercyjne loty kosmiczne i przełomowa sztuczna inteligencja; automatyzacja przemysłowa i elastyczna produkcja; stworzenie zachodniego łańcucha dostaw dla krytycznych minerałów, odpornego na szantaż ze strony innych mocarstw; i wspólny wysiłek na rzecz zdobywania udziałów rynkowych w gospodarkach Globalnego Południa. Razem możemy nie tylko odzyskać kontrolę nad własnymi przemysłami i łańcuchami dostaw — możemy prosperować w obszarach, które zdefiniują XXI wiek.
Ale musimy też odzyskać kontrolę nad naszymi granicami narodowymi. Kontrolowanie tego, kto i ilu ludzi wjeżdża do naszych krajów — to nie jest wyraz ksenofobii. To nie jest nienawiść. To fundamentalny akt suwerenności narodowej. A zaniechanie tego nie jest jedynie abdykacją z jednego z najbardziej podstawowych obowiązków wobec naszych ludzi. To jest pilne zagrożenie dla tkanki naszych społeczeństw i przetrwania naszej cywilizacji.
I wreszcie — nie możemy dłużej stawiać tak zwanego porządku globalnego ponad żywotne interesy naszych ludzi i naszych narodów. Nie musimy porzucać systemu międzynarodowej współpracy, który sami stworzyliśmy, i nie musimy demontować globalnych instytucji starego porządku, które razem zbudowaliśmy. Ale muszą one zostać zreformowane. Muszą zostać odbudowane.
Na przykład — Organizacja Narodów Zjednoczonych nadal ma ogromny potencjał jako narzędzie dobra na świecie. Ale nie możemy ignorować, że dzisiaj, wobec najbardziej palących kwestii przed nami, nie ma ona odpowiedzi i nie odgrywa praktycznie żadnej roli. Nie potrafiła rozwiązać wojny w Gazie. Zamiast tego to amerykańskie przywództwo uwolniło zakładników z rąk barbarzyńców i doprowadziło do kruchego rozejmu. Nie rozwiązała wojny na Ukrainie. Potrzeba było amerykańskiego przywództwa i partnerstwa z wieloma krajami tu dziś obecnymi, żeby choćby posadzić dwie strony do stołu w poszukiwaniu wciąż nieuchwytnego pokoju.
Była bezsilna wobec programu nuklearnego radykalnych szyickich rządów w Teheranie. Do tego potrzeba było czternastu bomb zrzuconych precyzyjnie z amerykańskich bombowców B-2. I nie potrafiła zaradzić zagrożeniu dla naszego bezpieczeństwa ze strony narkoterrorystycznego dyktatora w Wenezueli. Zamiast tego potrzebne były amerykańskie siły specjalne, żeby postawić tego zbiega przed wymiarem sprawiedliwości.
W idealnym świecie wszystkie te problemy i więcej byłoby rozwiązanych przez dyplomatów i zdecydowanie sformułowane rezolucje. Ale nie żyjemy w idealnym świecie i nie możemy dalej pozwalać, by ci, którzy jawnie i otwarcie zagrażają naszym obywatelom i zagrażają globalnej stabilności, zasłaniali się abstrakcjami prawa międzynarodowego, które sami rutynowo łamią.
To jest ścieżka, na którą wkroczył prezydent Trump i Stany Zjednoczone. To jest ścieżka, na którą prosimy was, tutaj w Europie, żebyście do nas dołączyli. To ścieżka, którą szliśmy już razem wcześniej i mamy nadzieję iść nią razem znowu. Przez pięć stuleci, przed końcem II wojny światowej, Zachód się rozszerzał — jego misjonarze, pielgrzymi, żołnierze, odkrywcy wypływali z jego brzegów, żeby przekraczać oceany, zasiedlać nowe kontynenty, budować rozległe imperia ciągnące się po całym globie.
Ale w 1945 roku, po raz pierwszy od czasów Kolumba, kurczył się. Europa leżała w gruzach. Połowa kontynentu żyła za żelazną kurtyną, a reszta wyglądała, jakby miała niebawem do nich dołączyć. Wielkie zachodnie imperia weszły w fazę terminalnego schyłku, przyspieszonego przez bezbożne rewolucje komunistyczne i antykolonialne powstania, które miały odmienić świat i okryć czerwonym sierpem i młotem rozległe połacie mapy w nadchodzących latach.
Na tym tle, wówczas tak jak teraz, wielu uwierzyło, że era zachodniej dominacji dobiegła końca i że nasza przyszłość ma być jedynie bladym i słabym echem naszej przeszłości. Ale razem nasi poprzednicy rozpoznali, że schyłek jest wyborem — i był to wybór, którego odmówili dokonać. To jest to, co zrobiliśmy razem już wcześniej, i to jest to, co prezydent Trump i Stany Zjednoczone chcą zrobić teraz, razem z wami. I dlatego nie chcemy, żeby nasi sojusznicy byli słabi — bo to nas osłabia. Chcemy sojuszników, którzy potrafią się bronić, tak żeby żaden przeciwnik nigdy nie uległ pokusie testowania naszej wspólnej siły. Dlatego nie chcemy, żeby nasi sojusznicy byli spętani poczuciem winy i wstydu. Chcemy sojuszników, którzy są dumni ze swojej kultury i swojego dziedzictwa, którzy rozumieją, że jesteśmy spadkobiercami tej samej wielkiej i szlachetnej cywilizacji i którzy razem z nami są gotowi i zdolni jej bronić.
I dlatego nie chcemy sojuszników, którzy racjonalizują zepsuty status quo, zamiast zmierzyć się z tym, co konieczne, żeby go naprawić — bo my, w Ameryce, nie mamy zamiaru być uprzejmymi i metodycznymi zarządcami sterowanego schyłku Zachodu. Nie dążymy do rozdziału, lecz do ożywienia starej przyjaźni i odnowienia największej cywilizacji w dziejach ludzkości. To, czego chcemy, to wzmocniony sojusz, który rozpozna, że to, co trawi nasze społeczeństwa, to nie jest jedynie zbiór złych polityk, lecz marazm beznadziejności i samozadowolenia. Sojusz, który nie jest sparaliżowany przez strach — strach przed zmianą klimatu, strach przed wojną, strach przed technologią. Zamiast tego chcemy sojuszu, który śmiało rusza w przyszłość. A jedyny strach, jaki mamy, to strach przed wstydem, że nie zostawimy naszych narodów dumniejszymi, silniejszymi i bogatszymi dla naszych dzieci.
Sojusz gotowy bronić naszych ludzi, strzec naszych interesów i zachowywać swobodę działania pozwalającą nam kształtować własny los — nie taki, który istnieje po to, żeby prowadzić globalny program socjalny i pokutować za rzekome grzechy minionych pokoleń. Sojusz, który nie pozwala, by jego siła była oddawana na zewnątrz, ograniczana lub podporządkowywana systemom poza jego kontrolą; który nie zależy od innych w krytycznych potrzebach swojego narodowego życia; i który nie utrzymuje uprzejmej fikcji, że nasz sposób życia jest jedynie jednym z wielu, i który nie prosi o pozwolenie, zanim zacznie działać. A przede wszystkim — sojusz oparty na uznaniu, że to, co odziedziczyliśmy razem na Zachodzie, jest czymś wyjątkowym, odrębnym i niezastąpionym — bo to jest przecież sam fundament więzi transatlantyckiej.Działając razem w ten sposób, nie tylko odzyskamy zdrową politykę zagraniczną. Odzyskamy jaśniejsze poczucie samych siebie. Przywrócimy sobie miejsce w świecie, a czyniąc to, odeprzemy i odstraszmy siły cywilizacyjnego wymazywania, które dziś zagrażają zarówno Ameryce, jak i Europie.
Zatem w czasie nagłówków obwieszczających koniec ery transatlantyckiej, niech będzie wiadome i jasne dla wszystkich, że nie jest to nasz cel ani nasze życzenie — bo dla nas, Amerykanów, nasz dom może być na zachodniej półkuli, ale zawsze będziemy dzieckiem Europy. (Oklaski.)
Nasza historia zaczęła się od włoskiego odkrywcy, którego przygoda w wielkie nieznane, by odkryć nowy świat, przyniosła chrześcijaństwo do obu Ameryk — i stała się legendą, która ukształtowała wyobraźnię naszego pionierskiego narodu.
Nasze pierwsze kolonie zbudowali angielscy osadnicy, którym zawdzięczamy nie tylko język, którym mówimy, ale cały nasz system polityczny i prawny. Nasze pogranicza ukształtowali Szkoto-Irlandczycy — ten dumny, twardy klan ze wzgórz Ulsteru, który dał nam Davy'ego Crocketta i Marka Twaina, i Teddy'ego Roosevelta, i Neila Armstronga.
Nasze wielkie Środkowe Stany, heartland Ameryki, zbudowali niemieccy farmerzy i rzemieślnicy, którzy przekształcili puste równiny w globalne mocarstwo rolnicze — i przy okazji radykalnie podnieśli jakość amerykańskiego piwa. (Śmiech.)
Nasza ekspansja w głąb kontynentu podążała śladami francuskich traperów i odkrywców, których imiona, nawiasem mówiąc, wciąż zdobią tabliczki ulic i nazwy miasteczek w całej Dolinie Mississippi. Nasze konie, nasze rancza, nasze rodea — cały romans archetypowego kowboja, którystał się synonimem Dzikiego Zachodu — to wszystko narodziło się w Hiszpanii. A nasze największe i najbardziej ikoniczne miasto nazywało się Nowy Amsterdam, zanim zostało nazwane Nowym Jorkiem.
I czy wiecie, że w roku, w którym mój kraj został założony, Lorenzo i Catalina Geroldi mieszkali w Casale Monferrato w Królestwie Piemontu-Sardynii? A José i Manuela Reina mieszkali w Sewilli, w Hiszpanii. Nie wiem, co — jeśli cokolwiek — wiedzieli o trzynastu koloniach, które właśnie uzyskały niepodległość od Imperium Brytyjskiego, ale jestem pewien jednego: nigdy nie mogliby sobie wyobrazić, że dwieście pięćdziesiąt lat później jeden z ich bezpośrednich potomków wróci tutaj, na ten kontynent, jako główny dyplomata tego niemowlęcego narodu. A jednak tu jestem — przypomniany przez moją własną historię, że zarówno nasze historie, jak i nasze losy zawsze będą ze sobą powiązane.
Razem odbudowaliśmy zniszczony kontynent w następstwie dwóch niszczycielskich wojen światowych. Kiedy znaleźliśmy się ponownie rozdzieleni żelazną kurtyną, wolny Zachód złączył ramiona z odważnymi dysydentami walczącymi z tyranią na Wschodzie, żeby pokonać sowiecki komunizm. Walczyliśmy przeciwko sobie, potem się pojednaliśmy, potem walczyliśmy i pojednaliśmy się znowu. I krwawiliśmy i ginęliśmy ramię w ramię na polach bitew od Kapyong po Kandahar. I jestem tu dzisiaj, żeby jasno powiedzieć, że Ameryka wytycza ścieżkę ku nowemu stuleciu dobrobytu — i że znowu chcemy to robić razem z wami, naszymi drogimi sojusznikami i najstarszymi przyjaciółmi. (Oklaski.)
Chcemy to robić razem z wami — z Europą dumną ze swojego dziedzictwa i swojej historii; z Europą, która ma ducha stworzenia i wolności, który wysłał statki na niezbadane morza i zrodził naszą cywilizację; z Europą, która ma środki, żeby się bronić, i wolę, żeby przetrwać. Powinniśmy być dumni z tego, co osiągnęliśmy razem w ubiegłym stuleciu, ale teraz musimy stawić czoła i objąć szanse nowego — bo wczoraj minęło, przyszłość jest nieunikniona, a nasze wspólne przeznaczenie czeka. Dziękuję. (Oklaski.)
Sesja pytań i odpowiedzi:
PYTANIE: Panie Sekretarzu, nie jestem pewien, czy usłyszał Pan westchnienie ulgi na tej sali, kiedy właśnie słuchaliśmy tego, co interpretuję jako przesłanie uspokojenia, partnerstwa. Mówił Pan o splątanych relacjach między Stanami Zjednoczonymi a Europą — przypomina mi to wypowiedzi Pana poprzedników sprzed dekad, kiedy dyskutowano, czy Ameryka jest właściwie mocarstwem europejskim. Dziękuję za to przesłanie o partnerstwie.
To nie jest pierwszy raz, kiedy Marco Rubio jest na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa — był tu wcześniej kilka razy, ale po raz pierwszy występuje jako Sekretarz tanu. Mamy tylko kilka minut na pytania.
Jedną z kluczowych kwestii jest oczywiście pytanie, jak rozwiązać wojnę na Ukrainie. Wielu z nas w dyskusjach ostatniej doby wyraziło wrażenie, że Rosjanie — ujmę to potocznie — grają na czas, nie są naprawdę zainteresowani sensownym porozumieniem. Nic nie wskazuje, że są gotowi ustąpić w którymkolwiek ze swoich maksymalistycznych celów. Proszę o Pana ocenę — gdzie jesteśmy i dokąd możemy zmierzać.
RUBIO: Myślę, że tam, gdzie teraz jesteśmy — dobra wiadomość jest taka, że kwestie, z którymi trzeba się zmierzyć, żeby zakończyć tę wojnę, zostały zawężone. To dobra wiadomość. Zła wiadomość jest taka, że zawężono je do najtrudniejszych pytań — i pozostaje praca do wykonania. Odpowiedź brzmi — nie wiemy. Nie wiemy, czy Rosjanie poważnie myślą o zakończeniu wojny; mówią, że tak — i na jakich warunkach byliby gotowi to zrobić i czy możemy znaleźć warunki akceptowalne dla Ukrainy, na które Rosja zawsze się zgodzi. Ale będziemy to dalej testować.
W międzyczasie wszystko inne biegnie dalej. Stany Zjednoczone nałożyły dodatkowe sankcje na rosyjską ropę. W rozmowach z Indiami uzyskaliśmy ich zobowiązanie do zaprzestania kupowania dodatkowej rosyjskiej ropy. Europa podjęła swoje własne kroki. Program Pearl kontynuuje dostarczanie amerykańskiej broni na potrzeby ukraińskiego wysiłku wojennego. Więc to wszystko trwa. Nic się nie zatrzymało. W tym sensie nie ma tu kupowania czasu.
Czego nie możemy odpowiedzieć — ale będziemy dalej testować — to czy istnieje wynik, z którym Ukraina może żyć i który Rosja zaakceptuje. Powiedziałbym, że do tej pory był nieuchwytny. Poczyniliśmy postęp w tym sensie, że po raz pierwszy od lat, przynajmniej na poziomie technicznym, wojskowi obu stron spotkali się w zeszłym tygodniu — i będą kolejne spotkania we wtorek, choć może nie ta sama grupa ludzi.
Będziemy dalej robić wszystko, co w naszej mocy, żeby doprowadzić tę wojnę do końca. Nie sądzę, żeby ktokolwiek na tej sali był przeciwny wynegocjowanemu zakończeniu tej wojny, pod warunkiem że warunki będą sprawiedliwe i trwałe. I to chcemy osiągnąć.
PYTANIE: Następnym mówcą będzie minister spraw zagranicznych Chin. Kiedy Pan służył w Senacie, ludzie uważali Pana za jastrzębia wobec Chin
RUBIO: Oni też.
PYTANIE: Oni też? Za dwa miesiące ma być szczyt Trump–Xi Jinping. Jakie są Pana oczekiwania? Czy może być „porozumienie" z Chinami?
RUBIO: Powiedziałbym tak. Dwie największe gospodarki świata, dwa wielkie mocarstwa na planecie — mamy obowiązek się z nimi komunikować i rozmawiać, tak samo jak wielu z was na poziomie bilateralnym. Byłoby geopolitycznym nadużyciem nie prowadzić rozmów z Chinami. Powiem tak: ponieważ jesteśmy dwoma dużymi krajami o ogromnych globalnych interesach, nasze interesy narodowe często nie będą się pokrywać. Jesteśmy winni światu próbę zarządzania tymi rozbieżnościami najlepiej jak potrafimy, oczywiście unikając konfliktu — zarówno gospodarczego, jak i gorszego. W obszarach, w których nasze interesy się pokrywają, myślę, że możemy współpracować na rzecz pozytywnego wpływu na świat. Ale musimy mieć relacje z Chinami. Każdy z krajów tu reprezentowanych będzie musiał mieć relacje z Chinami — zawsze rozumiejąc, że nic, na co się zgodzimy, nie może odbyć się kosztem naszego interesu narodowego. I szczerze mówiąc, oczekujemy, że Chiny będą działać w swoim interesie narodowym, tak jak oczekujemy tego od każdego państwa. A celem dyplomacji jest nawigowanie przez te momenty, kiedy nasze interesy narodowe wchodzą ze sobą w konflikt — zawsze z nadzieją, że uda się to uczynić pokojowo.
Myślę też, że mamy szczególny obowiązek, bo cokolwiek wydarzy się między USA a Chinami w handlu, ma implikacje globalne. Są więc długoterminowe wyzwania, którym będziemy musieli stawić czoła i które będą drażliwymi punktami w naszych relacjach z Chinami. To dotyczy nie tylko Stanów Zjednoczonych — to dotyczy całego Zachodu. Ale myślę, że powinniśmy starać się nimi zarządzać najlepiej jak potrafimy. Nikt nie żywi jednak złudzeń. Istnieją fundamentalne wyzwania między naszymi krajami i między Zachodem a Chinami, które utrzymają się w przewidywalnej przyszłości — i to jest właśnie coś, nad czym chcemy z wami współpracować.
PYTANIE: Panie Sekretarzu, czas się skończył. Przepraszam, że nie mogę przyjąć pytań od wszystkich. Dziękuję za to przesłanie o uspokojeniu. Myślę, że jest ono bardzo doceniane na tej sali. Proszę o oklaski. (Oklaski.)



Komentarze
Pokaż komentarze (4)