W mocy słów
Życie nie jest do godzenia za śmiercią, tylko szukania dla niej dostatecznie dobrego powodu
2 obserwujących
47 notek
11k odsłon
96 odsłon

Na początku była ciemność - świadomość Boska, czy ludzka?

Wykop Skomentuj54

Ilekroć odrzucać własne doświadczenie, jako przydatne poznawczo, bo zdeterminowane ograniczeniem własnego ciała, to, czy na pewno zostaje to co obiektywne – prawdziwe? Jak bez tego własnego doświadczenia selekcjonować spotykane nauki, treści, plany przywódców, wodzów, wiedzę nauczycieli, znawców, przewodników wszelkiej maści? Jaki pożytek z takiego zawieszenia zamiast zawierzenia, bez szczerego uznania autorytetu, bo na dwoje babka wróżyła i diabli wiedzą, czy oni  kłamią, czy nie kłamią, czy zwodzą, czy nie zwodzą, czy wiedzą coś więcej ode mnie, czy tylko tak wiedzieć potrzebują przez wgląd na interes lub tak im się coś zdaje przy niekomplementarności danych, bo choćby bez tych  moich, a jeszcze pewniej wielu, jeśli już w pychę przewodzenia i zakończenia nauki/nieomylność są wbici? 
Ale  i przeciwnie, jakże często nie sposób wierzyć własnemu doświadczeniu, trudno postanowić taką wiarę, gdy kłóci się to z większym spektrum informacji, tymi pochodzącymi od innych ludzi właśnie, z ich doświadczeń. Paradoks godzenia, niewykonalność pojednania.
Wówczas jak drogocenne kamienie zbiera się jedynie to, co możliwe dla wszystkich, to, co daje przestrzeń współistnienia, na przekór różnić w każdym zmyśle, percepcji, mocach, sposobach, przyczynach i celach bytowania. A nawet przeciwnie, niż zbiera, bo bliższe to gotowości na otumanienie i niemyślenie, jeśli miałoby stanąć na drodze bycia wśród ludzi i okazać się byciem poza nimi, bez nich lub co gorsze ku ich zagładzie.
Tylko, że jeśli współistnienie jest możliwe tylko przez wyrzeczenia, a jakieś doskonałe współistnienie (urzeczywistnione?) przez całkowite wyrzeczenie siebie, to z czym się zostaje w owym zatraceniu z tęsknoty za współistnieniem? Jak bez siebie samego można by się cieszyć kimkolwiek? Czy taka postawa nie jest ślepą uliczką?
W moim przypadku wśród różnych doświadczeń własnych, które świadomie odrzucam, jest doświadczenie pochodzenia mnie i świata jako całości. Bo jest  zupełnie niekompatybilne z racjami reszty, ich poglądami i wiedzą.
A zarazem nie jestem w stanie się z nim rozstać, ponieważ wszystko z niego wynika, zachowuje ciągłość dla moich zmysłów, percepcji i zdolności pojmowania, mówienia, komunikowania.
Z czasem uznałam, że na tym polega to, co nazywają urodzeniem się z ducha lub katolicyzmem (całościowością). Ale możliwe, że błędnie, skoro przez to dziwi mnie, że można do tego także przyuczać lub ktokolwiek próbuje, gdy ja wiem, że to jest dane/przymiotem. I myślę, że nie tylko w moim przypadku, bo wiele lat potem o tym samym pamiętaniu startu, że najpierw była ciemność, usłyszałam od dziecka. Własnego dziecka... (rozumiałam, co chciałam?) A byłoby jeszcze ciekawiej i zaskakująco, jeśli każdego człowieka, tylko niewielu to pamięta. Zaskakująco w kontekście różnych podziałów ludzi, dualizmów opartych na wybraństwie i jakiś naznaczeniach fatalistycznych, powołaniowych itp. Dlatego w to trudno mi uwierzyć, choć może tylko przez zmanierowanie kulturowe, nauki od świata, ludzi. W końcu i to pamiętam, że w dziecięctwie to do głowy mi nie przychodziło, że jestem kimś innym, niż każdy, dopiero przez ustawiczne molestowanie świata pytaniami wyboru i określania się, ujawniania własnego rozumienia w jakiś wypracowaniach, esejach itp. musiałam uznać, że niekoniecznie, skoro za nieznaną mnie mają. A w każdym razie ktoś bardzo chce badać/poznawać... Tym samym, że jednak mam po co mówić, w sensie, że widzę swe zdanie odrębne. 
Nawet gdy o tym próbuję opowiadać, opisywać, niewielu jest w stanie sobie uzmysłowić, że to nie o czymś z innej rzeczywistości ani minionym  mówię, ale tym co jest i w co sami się wpisują z mojego punktu widzenia, doświedczania ich samych. Nie o śnie, co przeminął, nie zakończonym doświadczeniu mistycznym, nad którym mogłabym pomedytować od czego mogło powstać, co je zdeterminowało. Zatem, jeśli by się kto uparł, że mówię o przewidzeniu, w sensie ogólnie pojmowanym, czyli nakładki na rzeczywistość (bo dosłownie to jak najbardziej zaczęłam wówczas widzieć), to i w tym, że mam rękę i nogę, że do mnie mówią i żyją, pouczają jak na to doświadczenie patrzeć, czy w ogóle świat cały - dzięki czemu on i do czego.
Tak i podział na cuda i normalność jest dla mnie szczytem nonsensu, gdy świata, który nie byłby cudem nawet nie znam. Bo jeśli świata pochodzącego z mojego tchnienia miałabym nie brać za cud, to na co mi nauki o wszelkich cudach? A jeśli za cud mam, cóż może być straszniejsze od normalności, która musiałaby stać się jego przeminięciem?
Podobnie samą siebie, jeśli nie za normalną miałabym uważać (normalną w sensie, że jestem jaką być powinnam, a nie do przemieniania), po cóż do któregoś z wytworów swojej wyobraźni po leczenie umysłu miałabym się zwracać? Do którego z nich, gdy wszyscy we mnie, ze mnie – jednym ciałem?
Choć moje pierwsze wspomnienie z życia, o tym, że najpierw była ciemność, może pochodzić z tego, że potem nią być przestała, a w każdym razie, że bez tego, co nastało nie byłabym w stanie tak jej nazwać/zidentyfikować, to w mojej pamięci jest pierwotne. Dlatego dla mnie pierwszym było odkrycie ciemności, że to co widzę, to ciemność, nicość, niemoc. 
Czy na podobieństwo utraty przytomności, omdlenia, lub modnego ostatnio „upadku w duchu świętym”, to pojęcia nie mam, bo nigdy nie mdlałam, a nawet szczerze wątpię, skoro mdlejący pamiętają czas przed omdleniem i posiadają jakąś ciągłość tożsamości przy takich wydarzeniach, a nie wspomnienia powstawania świata z ciemności, który widzą pierwszy raz na oczy.
Też nie na podobieństwo utraty wzroku, bo to doświadczenie znam, choć krótkotrwale. 
Ta pierwotna ciemność, to była ciemność bezcielesna, bezprzestrzenna, absolutna, beznadziejna. Tylko wzrok, który widzi ciemność. A nawet pojęcie wzroku jest tu niewłaściwe. Jaźń uwięźnięta w ciemności. Przedzierająca przez ciemność myślą – co da się w niej wypatrzeć. Ewentualnie na odwrót – potraktowana jako widz przestawienia.
Zatem – najpierw była ciemność. Jak coś twardego nie do przebicia, płaska, na podobieństwo ekranu, ale takiego bez dystansu oddalenia. W miarę wypatrywania w niej treści, zaczęła się zachowywać jak fotografia zanurzona w wywoływacz. Czarno-biała fotografia. Z nabraniem doskonałej ostrości zaczęła nasycanie w kolory. Kiedy i to doszło do perfekcji obraz ruszył umożliwiając mi oddech, jak po przyduszeniu. A od oddechu stał przestrzenny. Poczułam niewysłowioną ulgę z istnienia świata, a ku olbrzymiej radości odkryłam też, że posiadam ręce i ciało.
W pokoju była moja matka, którą widziałam od początku zdjęcia, zajęta czymś w drugim końcu pokoju. Nie wzbudziłam w niej zainteresowania, jakby moja obecność była czymś najnormalniejszym na świecie. Co było przyjemne. Spod tapczanu rodziców wysunęła łebek mała myszka, która zaczęła mi się przypatrywać, a jej oczy wydały mi się  takie piękne – pełne uczuć. Gdy chciałam się ruszyć w jej stronę, uciekła spłoszona. Moja pierwsza rozmowa z mamą była o tych mysich oczach. Nad tapczanem na ścianie wisiał obraz Jezusa Chrystusa dokonujący błogosławieństwa prawą ręką, a lewą pokazujący swoje serce w koronie cierniowej. Dziwiłam się, dlaczego jest taki smutny, skoro świat istnieje...
Choć z mojego punktu widzenia to był mój pierwszy dzień na świecie i pierwszy dzień świata całego, to stopniowo przyszło mi się nauczyć, że i ja ze dwa lata dłużej już istnieję i cały świat uważa się za dużo starszy od daty owego powstania ze światła na moich oczach. Ogólnie, że całe to liczenie się z czasem, mieszczenie w nim wszystkich i wszystkiego, to nie taka prosta sprawa do godzenia z tym, co się wie samemu. 
Ale pomimo zaliczania wiedzy własnej do nieużytecznej, niefunkcjonalnej w świecie, którą nie ma po co się dzielić ze światem, bo i tak nikt tego nie zrozumie, nie sposób się odciąć od determinizmu pierwotnego doświadczenia. W tym przypadku – od poczucia jedności, empatii, troski o istnienie świata  oraz pozostałych ludzi itp. Podobnie rzecz się odnosi do selekcjonowania wiedzy, ludzi, ich intencji, stawiania pytań, czy one ważne, czy nie.
I tak,  jeśli coś się zna jako dane z urodzenia/powstania, to musi dziwić – a dlaczego ci lub tamci tego uczą lub tylko przypisują zdolność nauczenia kogokolwiek, komu dane nie jest, czyżby droga nabycia była wieloraka lub obojętna?  Indywidualny zakres zdziwień, oczywistości, całych zainteresowań nie do narzucenia przez drugiego człowieka, czy  systemy edukacyjne, indoktrynacje.
I jestem przekonana, że zawsze istnieje gradacja rozwiązywania problemów według ich doświadczania, a nie jakieś powszechności, że jeśli tym się wszyscy martwią lub tylko tak im się zdaje, to dasz radę się zmusić/nauczyć analogicznego martwienia, żeby nie zauważyli cię, że co innego masz w głowie. 
Właśnie nie dasz rady, tylko raczej zwariujesz, jeśli będziesz udawać kogoś kim nie jesteś, dążyć do czegoś, co cię nie obchodzi, bo tak wypada, bo środowiskowo to jest zrozumiałe i zgodne z interesem, jakąś/czyjąś polityką idei, kształtowania poglądów, czy nie wiadomo pod szyldem jakiej wzniosłości teoretycznej.
Natomiast rozważanie, czy w tym wszystkim/z tym wszystkim jesteś jak Bóg lub  poszukiwać powinieneś kogoś, kto cię obdarzył, wywiódł z ciemności niebytu, bo nie wiadomo ani jakim kosztem własnym lub za jaką cenę do zapłacenia przez ciebie, jeśli nie każdemu jest naturalne, to tym, którzy pamiętają lub tylko mają to w podświadomości, że zaczynali od niczego - na pewno. I czy to tyle, co zaprogramowanie na wiarę lub przeciwnie - nie wiem. Ale determinuje to wystarczająco specyficzny sposób czerpania z bazy danych – odróżniania prawdy od fałszu – żeby dyskredytował wielu mieniących nauczycielami w tej dziedzinie, uniemożliwiał im wejście w rolę autorytetu, że wiedzą dokąd prowadzą, co chwalą, a co negują.
Wielu, których inni przyjmują w ufności dzięki braku możliwości falsyfikowania, jak na przykład odnośnie narodzin z ducha, że ktoś zna metody/rytuały nakłonienia Boga, żeby z ducha się można było narodzić nowym człowiekiem, dla lepszego z Nim kontaktu, jeśli nie zupełnie zbawiennego wyróżnienia na tle potępionych/niegodnych. Może i zna, może i są jakieś, ale jeśli w praktyce nie potrafi takich swoich narodzin z ducha nawet opisać, w odróżnieniu ode mnie, to skąd zaczerpnąć pewność, że sprzedaje cokolwiek poza iluzją, fałszywym mniemaniem? Może i zna, ale jeśli to coś innego, niż moje i jego wspólne, którymi jeszcze żyć nie przestałam, to jakie lepsze widzenie jedności ciała wydusić takim chce?  Do jakiego nowego chciałby mnie wieść, powołując na argumenty to, co znam jako dokonane, a nie nieznane, a tym bardziej do poznania za jego przewodnictwem, skoro i chodzenie za mną, w sensie szukania posłuszeństwa moim słowom,  nie potrafi zmienić natury niczyich narodzin.
W każdym razie - nic mi o tym nie wiadomo.

wersja czytana

Wykop Skomentuj54
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo