Prezentujemy obszerne fragmenty książki "Zamach na prawdę" Małgorzaty Wassermann i Bogdana Rymanowskiego. Oto kolejny odcinek...
...Nie miałam pojęcia, co to alkohol i awantury. Ojciec nie przeklinał. W chwilach największego wzburzenia używał słowa „pajac”. Jeśli pozwoliłam sobie na przekleństwo, zawsze zwracał mi uwagę.
Bardzo się kochaliście.
Nie umieliśmy bez siebie żyć. Rodzice stworzyli nam tak idealny dom, że nie chcieliśmy go opuszczać. Kiedy się wyprowadziłam, i tak prawie każdy weekend spędzałam z mamą i tatą.
Byliśmy szczęśliwi jak na pięknym zdjęciu. Zwierzaliśmy się sobie i podtrzymywaliśmy się na duchu, kiedy pojawiały się problemy. Cała trójka – siostra, brat i ja – potwornie baliśmy się o rodziców. Zmuszałam ich do regularnych badań kontrolnych, przynajmniej raz w roku. Złościli się, że to marnowanie czasu, bo nic im nie jest. Nie mogłam oglądać czarno-białych filmów, ogarniał mnie wtedy straszny lęk. „Boże – myślałam – jacy ci bohaterowie są piękni, ale przecież już nie żyją. Rodzice też mogą umrzeć. Jesteśmy tacy szczęśliwi, a przecież to kiedyś może się skończyć”.
Kiedy to się zaczęło?
Przeczucie, że może stać się coś złego, zaczęło mi towarzyszyć od 1989 roku...



Komentarze
Pokaż komentarze