54 obserwujących
1175 notek
828k odsłon
1106 odsłon

Kiedy dorośli rozwiązują związek

Wykop Skomentuj42

W sympatycznym tekście blogerka Agata Masternak opowiada o przyczynach rozpadu związków - damsko-męskich. Tekst jest oczywiście niepostępow,y bo pomija związki innego typu, ale jednak przecież w dość obszernym tekście pojęcie "małżeństwo" pojawia się tylko raz, za to cały czas o związkach i związkach. I dobrze tak, czyli na szczęście - postępowo.

Blogerkę Agatę uderza - niesłusznie - zjawisko podejmowania decyzji o zakończeniu związku - broń boże "małżeństwa" - właśnie w okresie okołoświątecznym. Wysnuwa, także na tej kanwie wniosek, że chodzi o to, że dorośli wchodzą w związek - znów: nie zawierają "małżeństwa" (jakież to postępowe) - dla zabawy.

Brak trwałości związków (nie używajmy słowa małżeństw) wynikać ma z propagandy chorych idei, rozpowszechnianych przez: romansidła, seriale, pseudoporadniki, wątpliwej jakości książki. Do rozpadu "związku" dochodzi zdaniem blogerki dlatego, że istnieje "podświadome przekonanie, że partner ma (...) być zawsze na usługach żeby zabawić" zaś "Potrzeba bycia zabawianym wynika z braku zainteresowań w życiu "

Pomijając nonsensy powyżej, sporo prawdy wyraża blogerka Agata pisząc: "Kluczem jest umiejętność bycia z samym sobą, odnalezienie swojej przestrzeni bez uwieszania się na drugim człowieku, (...) bez tresury- za to z wzajemnym poszanowaniem, żeby po prostu w człowieku widzieć człowieka".

To rzeczywiście kluczowa sprawa: "umiejętność bycia bez "tresury" we wzajemnym poszanowaniu, z dostrzeganiem w człowieku "człowieka". To zaczyna być... tak, tak... rzadkością.

Tylko, że to nie ma NIC wspólnego z zabawą.

Generalnie dorośli tworzą i rozwiązują małżeństwa z dwóch przyczyn: obiektywnej i subiektywnej. Ta pierwsza to zbiór uwarunkowań świata zewnętrznego, który sprzyja lub nie tworzeniu związku i jego trwałości. Ta druga to uformowanie charakteru i osobowości jednostki.

Małżeństwa dawniej dlatego zawierano gremialnie i powszechnie, i dlatego były trwałe, bo takie były uwarunkowania, a nie dlatego że jakieś tam zamiary czy romansidła lub ich brak. Świat zewnętrzny oparty o naturalne, nie modyfikowane przez człowieka zależności i uwarunkowania, wymuszał małżeństwo, bo... mężczyzna był lepszy od kobiety w radzeniu sobie z otoczeniem, kobieta rodząca dzieci, była zdana na opiekę mężczyzny.

To zupełnie naturalne uwarunkowania i nie ma w nich filozofii, magii, etyki itd. Z chwilą, gdy zmodyfikujemy to otoczenie tak, że: a) kobieta przestanie rodzić dzieci, b) w przypadku urodzenia dzieci dostanie opiekę na sto procent, bo zapewni ją państwo lub państwo zmusi do niej mężczyznę; kobieta traci pierwotną motywację do bycia i trwania w związku, jak bardzo byśmy nie lewitowali w aspektach "wartości, cech i zasad".

Uwarunkowaniem wewnętrznym związku - małżeństwa, była z kolei wewnętrzna hierarchia tej relacji, wynikająca w znacznej mierze, niestety z realnej możliwości użycia siły fizycznej przez mężczyznę, ale także z jego roli jako tego, który zapewnia byt i "ochronę". Dopiero w ostatnich czasach udało się, choć jeszcze nie w pełni, usunąć ten element ze "związków" damsko-męskich, usuwając jednocześnie z tych związków - hierarchię. Mężczyzna przestał być wreszcie "głową rodziny", której należy się szacunek. Jego autorytet w oczach dzieci uległ unieważnieniu. Relacja dwojga ludzi przestała być małżeństwem. Stała się związkiem, co blogerka Agata sprawnie postrzega.

To tyle o uwarunkowaniach obiektywnych. W kontekście subiektywnym nie chodzi - jak chce blogerka - o dążenie do zabawy i brak możliwości jego zaspokojenia. Chodzi o całą gradację zjawiska czy psychopatologicznej postawy określanej w literaturze jako "covert narcissism" "ukryty narcyzm". Chodzi właśnie o to, co postuluje - jakby przy okazji blogerka - o dążenie do samorealizacji, o skupienie się na SOBIE, o skupienie się na własnych ODCZUCIACH i uczynieniu ich miarą i kryterium działań i postaw. Chodzi ostatecznie o EGOIZM.

To skupienie się na sobie jest tak fundamentalne, że przestajemy w ludziach dostrzegać ludzi, zaś brak hierarchii rodzi w tej sytuacji wojny o kontrolę i dominację w małżeństwie. Oto bowiem, jak w każdej relacji, pojawia się nieskończony ciąg różnic intencji i zamiarów, które jakoś rozstrzygane być muszą. Stąd już nie ma szacunku, ani widzenia człowieka, bo jest potrzeba kontrolowania "partnera", poddania go swojej woli, oczywiście w celu ratowania związku, poprawy jego jakości itd. itp. etc.

Mężczyźni nie mają - jak to sugeruje blogerka - sprzecznych oczekiwań wobec kobiet. Chcą znaleźć kobietę, która "tworzyłaby dom". A On nie może tworzyć? - pojawi się natychmiast obronnno-agresywna reakcja wytresowanych współczesnych umysłów. Chcą kobiety, u której znaleźliby akceptację i szacunek. Kobiety chcą - tak mi się wydaje - mężczyznę, który będzie od nich bogatszy i o wyższej pozycji społecznej. Którego będą w pełni kontrolować dla dobra związku. Który będzie robił to, co one zechcą. I gdy tego nie osiągną, to są rozzłoszczone, bo pragną niezależności, dobra i harmonii, a w małżeństwie, dla osoby kierującej się podświadomie EGOIZMEM - oznacza to kontrolę, Gdy zaś już to osiągną, to są rozczarowane, bo co to za mężczyzna, którego się kontroluje? Bez sensu.

A decyzje o rozstaniu dlatego zapadają - tu wyjaśnijmy tę zagadkę blogerce - w okresie świątecznym, bo ten właśnie okres niesie ze sobą z PRZESZŁOŚCI przeczucie doświadczenia tego, czym małżeństwo i rodzina mogą być, przestrzenią miłości, której przeraźliwy brak wyziera z wychowanych na egoizmie kobiet i mężczyzn, dążących do samorealizacji, szukających zainteresowań itd. itp.

Życie człowieka, ze względu na posiadanie przez niego samoświadomości polega na włączeniu w nie śmierci. Śmierć, jej świadomość i przeczucie jej doświadczenia jest elementem życia człowieka, choć dążący do zezwierzęcenia ludzi świat, stara się jej obecność usunąć sprzed naszych oczu. Ale właśnie świadoma akceptacja śmierci jest drogą poza śmierć, drogą zarówno w przestrzeni duchowej jak i społecznej, drogą do budowania prawdziwie ludzkiego życia. Podobnie jest z poświęceniem się. To właśnie przez poświęcenie się, a nie przez kompulsywne skupienie się na sobie, człowiek się rozwija i rozwija pewne struktury współistnienia, w tym te cudowne dawne rodziny, tak opluwane obecnie przez wyzwolony świat i ukształtowane przez niego "osoby".

I jeszcze tylko zapach choinki, jakieś melodie, niosą to marzenie sprzed wieków, to wspomnienie, to przekonanie, że może istnieć i dobro i szacunek, i miłość i wzajemne wsparcie. Jazgot ekranów i postępowych języków, szybko zagłuszy to poruszenie serca. Ukoi ukłucie w sercu. Oszołomi nasz umysł i wyzwoleni, niezależni, przede wszystkim od rozumu, zaczniemy czule dążyć do realizacji własnej woli, do zaspokajania własnych oczekiwań i uczuć, do czynienia sobie i siebie, do piekła.


Wykop Skomentuj42
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo