68 obserwujących
1249 notek
923k odsłony
454 odsłony

Niech weźmie swój krzyż... i idzie za mną

Wykop Skomentuj14

*************
Zastrzeżenie - Disclaimer
Poniższy tekst to luźne, religijnej natury rozważania.
Nie jest żadne "nauczanie" tylko przydługie, "eksperymentalne myślenie" i może zawierać błędy.
Jak ktoś chce, to może sobie przeczytać :)
**************

image

Na zdjęciu - krzyż na rozstaju dwóch dróg - Francja.


Co to znaczy: "Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje"?

Zbliżające się Święta Wielkiej Nocy i poprzedzające je Triduum Paschalne kierują nasze myśli w stronę Jezusa z Nazaretu, założyciela religii, którą tylu ludzi wyznaje. W różnej formie, ale wciąż. A jednak, jak rozumieć słowa Jezusa? Jak je rozumieć w kontekście jego życia i tym bardziej w kontekście życia naszego?

Kościół, w rozumieniu instytucji, tłumaczy nam sens słów Pana Jezusa. Niestety, sensy tych słów czasem stoją obok nas i nie zawsze... Więc to wezwanie "Niech weźmie swój krzyż". Czy mamy wziąć faktyczny krzyż? Dwie ciężkie bele drewna połączone ze sobą? Nie. Przecież to absurd. A więc znów - Co to znaczy, wziąć swój krzyż?

Kościół wytworzył wyjaśnienie, że to oznacza - biernie godzić się na to, co nas spotyka. Mąż cię bije od 10 lat - pozostań w związku. Żona cię niszczy psychicznie - twój obowiązek, to wytrzymywać. W pracy cię gnębią? Pochyl się bardziej i módl się. Czy takie wskazania nie miały miejsca? Czy nie były wiodącą wersją tłumaczenia Jezusowego "Niech weźmie swój krzyż"?

A co to znaczy "niech idzie za mną"? Jak? Gdzie? Przecież Pana Jezusa nikt realnie nie widzi, nie widzi tak, jak widzi Kowalskiego, Józefowską czy Browna. A nawet gdyby, to co, iść na gęsiego za Panem Jezusem?  - O... to znaczy - wyjaśni kościół - że to znaczy być pokornym jak Pan Jezus.

Być może pierwsza i druga część prezentowanego wiernym pouczenia o znaczeniu tytułowego wezwania sprowadza się do zachowania bierności w obliczu krzywdy i bólu. Jest "prawdą" o tym, że cnotą jest "wytrzymywanie" i "znoszenie" niesprawiedliwości i skierowanego przeciw nam zła. Być może to kościelne przesłanie, utkane na kanwie słów Pana Jezusa, miało - ma? - po prostu wymiar mechanizmu społecznego, zapewniającego stabilność struktur społeczeństwa, a nawet państwa. Każdy miał zostać tam, gdzie był, bo to była "święta wola Boga". - Popatrz,  Pan Jezus oddał za to życie! Ty też się tak możesz uświęcić.

To wezwanie do bierności i pasywności, dziwnie kojarzy się z powszechnie dziś spotykanym "siedź na d*pie, zostań w domu". W ogóle komponuje się dobrze, ze wszystkimi prądami i nurtami społecznymi, żądającymi od ludzi bierności i posłuszeństwa. A przecież Jezus i jego życie było w całosci zaprzeczeniem takiej postawy - zgody na istniejący stan rzeczywistości czy bierności. Jego nauczanie i misja było wywracaniem ówczesnego porządku, tektonicznym pójściem "pod prąd", pokazaniem wszystkiego w zupełnie nowym świetle.

A jednak wziął swój krzyż i poszedł w ten największy Piątek na Golgotę. Ale proces wzięcia tego krzyża, dokonał się chyba w Getsemani. Kiedy mógł ten krzyż odrzuć. Uniknąć go.

Mógł to zrobić na trzy sposoby. Pierwszy, najbardziej ludzki, to wycofać się. Pójść kilkaset kilometrów dalej. Przestać mówić to, co wywracało ówczesny świat dookoła niego i budziło agresję "środków masowego przekazu". Mógł się tam zająć ciesielką, robić krzesła i stoły. Prawdopodobnie by mu odpuszczono. Trzydzieści srebrników przydałoby się na coś innego. Przestałby stanowić "zagrożenie".

Mógł też Pan Jezus pójść na całość. Pokazać tłumowi cud, powiedzieć - pochwyćcie ich i wskazać na Sanhedryn. Albo mógł ten cud pokazać najwyższym kapłanom-redaktorom, albo władcom. Mógłby być nawet oficjalnie obwołany Mesjaszem - Bogiem na Ziemi jak później Bar Kochba. Zacząłby negocjacje z Cezarem, a może nawet go przekonał do uznania go za Boga. Jego posągi pojawiłyby się w całym ówczesnym rzymskim świecie.

Mógł wreszcie, gdyby cud nie zadziałał i nie potrafił przekonać "zatwardziałych serc", pójść na kompromis. Zamiast czekać do Wielkiego Czwartku udać się dzisiaj, jeszcze we Wtorek do Wielkiej Rady i zaproponować konstruktywne rozwiązanie. On przyzna, że tak, a tak. Oni zdejmą z niego nakaz aresztowania i może zapewnią mu jakieś drobne pieniądze. Przecież byli ludźmi rozsądnymi. Gdyby wzmocnił ich autorytet, to wszystko byłoby do dogadania, każde rozwiązanie być może jeszcze na stole.

Ale On zrobił to, co zrobił, a my pozostajemy z pytaniem, co dla nas dzisiaj znaczy "Weź swój krzyż"?

Być może tym krzyżem jest po prostu ból, którego doświadczamy w życiu. Ten ból ma setki postaci i dziesiątki form, i trudno zgadnąć, która gorsza, która bardziej ukryta, która nas bardziej niszczy i zabija. Czasem ten ból jest napotykanym od czasu do czasu nieznacznym dyskomfortem w dość ułożonym życiu. Czasem rośnie, nabrzmiewa, gromadzi się nad naszą głową jak złowieszcza czarna chmura deszczowa i spada na nas ciężarem nie do uniesienia.

Wykop Skomentuj14
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo