81 obserwujących
1309 notek
992k odsłony
517 odsłon

Czy Polacy potrafią rozmawiać o "Covid19" czyli ludzie w zwierciadle "koronawirusa"

Wykop Skomentuj38

- Pierwiastek kwadratowy z 81 to 9.
- Jestem zagrożony.
- Słuchaj, nie jesteś. Jak wyciągniesz z kolei pierwiastek...
- Odwal się!

Czy Polacy potrafią ze sobą rozmawiać o Covid19? Czy dobrze rozumieją zagrożenie i rozsądnie reagują? Czy potrafią się nawzajem przekonać i co z tego wynika dla obrazu ich samych w - krzywym przecież - zwierciadle Covid19?

Na początek chciałbym uczciwie podziękować wszystkim tym, którzy zdecydowali się odpowiedzieć na prośbę o podanie powodów, dla których uważają koronawirusa (potoczna nazwa SARS-CoV-2) za na tyle groźnego, iż warto było zamknąć kraj (firmy, szkoły, kościoły) wprowadzić powszechny półareszt domowy (#zostań w domu) i nakazać ludności noszenie maseczek.

Wymiana zdań pod tymi notkami, w przeważającej większości, pozbawiona typowej dla netu agresji, pozwala zrozumieć postawy i mechanizmy związane z tą - jak to nazywam - "wandemią". Jedni zastanawiają się jak to możliwe, że do tych drugich nic nie dociera z tego co mówią, a ci drudzy dlaczego ci pierwsi nic nie rozumieją i potęgują zagrożenie. Jedni z drugimi nie mogą się porozumieć, bo... mówią innymi językami, innymi przestrzeniami świadomości i uwagi. Ale do rzeczy...

Polacy w kontakcie z Covid19 dzielą się z grubsza na dwie grupy. Jedni uważają. że znajdujemy się w sytuacji poważnego zagrożenia życia i zdrowia wszystkich, więc wszystkie podejmowane przez rząd obostrzenia są zbawienne i słuszne niezależnie od ich kosztów i uciążliwości. Drudzy przeciwnie, uważają, że wirus aż tak groźny nie jest, że koszty narzucanych społeczeństwu regulacji są nie do przyjęcia, a wprowadzane przez władzę ograniczenia życia szkodliwe.

Grupa wpierająca działania rządowe w zakresie "pandemii"

Ta pierwsza grupa, szacując z zachowań na ulicy, z dyskusji w mediach społecznych, z publikacji medialnych znajduje się w przytłaczającej większości i szacować ją można na 90% społeczeństwa. Kontestatorzy narracji koronawirusa to jakieś 10%. Czym się różnią? Jak uzasadniają swoją postawę i stanowisko? Na jakiej właściwie podstawie wyrokują jedni i drudzy, że wirus jest groźny lub nie aż tak?

Na prośbę o wskazanie kryterium, mierzalnego i weryfikowalnego, na podstawie którego zwolennicy narracji zagrożenia kształtują zwoją opinię, pojawiło się szereg odpowiedzi. Oto one:

  • wystarczy pojechać do szpitala, gdzie jest chory na covid i się przekonać
  • na covid się umiera
  • covid pozostawia długotrwałe poważne zmiany w organizmie
  • z jakiej odległości czuć dym papierosowy?
  • naukowcy opłacani z pieniędzy rządowych potwierdzają, że koronawirus jest groźny
  • wszyscy naukowcy i lekarze potwierdzają, że wirus jest groźny
  • władze mówią, że koronawirus jest groźny
  • władzy trzeba ufać
  • posłuszeństwo jest formą odpowiedzialności
  • nie znam się, musimy na kimś polegać, polegam na rządowych naukowcach i rządzie
  • nie mam ochoty umierać
  • mam prawo do bezpieczeństwa, więc niech inni noszą maski, ja też noszę
  • należy porównać liczby zarażeń i śmierci z grypą, dla której rocznie umiera 150 osób
  • a w mediach podają...
  • chcesz się zarazić?
  • takie pytanie naraża nas wszystkich na niebezpieczeństwo

To wypowiedzi w większości zapisane wprost, jako odpowiedzi na pytanie, w części w innych momentach zgłaszane jako argumenty. O czym informują? Co dzięki nim wiemy?


Po pierwsze widać jasno, że w tej grupie ludzi powszechne jest przeżywanie i emocjonalne doznawanie stanu zagrożenia, ergo - lęku. Jest ono ilustrowane takimi propozycjami:  "Udaj się do szpitala", "Żebyś tylko nie zachorował" itp. W sumie, co do swojego istnienia, jest to stan naturalny. Zapytany: "Jest pokój, w którym jak wejdziesz to na 100% zachorujesz na covid. Wejdziesz?" Moja odpowiedź brzmiałaby - nie. Nie wejdę. Dlaczego? Bo bym się bał choroby.

Po drugie, po części właśnie z powodu doznawania lęku, osoby te powszechnie rezygnują i odrzucają samodzielne weryfikowanie informacji i dochodzenie do wniosków. "Ja się nie znam" - brzmi dość powszechnie i w jakimś stopniu uzasadnienie. Bo przecież mało kto jest lekarzem albo epidemiologiem. Bo przecież naukowcy ponoć mają różne zdania, to co dopiero my? Jak my mamy formułować jakieś tam wnioski na tak skomplikowany temat? To w sumie głupota, próba tworzenia takich wniosków. Więcej, to groźna dla nas głupota.

Po trzecie pojawiające się odniesienia, to w mniejszości, do liczb i danych, lecz traktują je nie jako parametry do dyskusji czy wnioskowania, tylko jako narzędziowe uzasadnienie dla przeżywanego lęku. Jest to znany proces racjonalizacji, a więc subiektywnego i wybiórczego doboru informacji z zewnątrz, tak by uzasadniały przyjęte na drodze emocjonalnej stanowisko. "O widzisz, a tam piszą, że... Uff... mam rację."

Po czwarte, ze względu na lęk oraz rezygnację z własnej analizy racjonalności sytuacji i działań, pojawia się powszechnie odwołanie do autorytetu. W pierwszym podejściu owym autorytetem (oni się znają) są wszyscy lekarze, naukowcy i rządzący na świecie. Po konfrontowaniu takiej osoby z rzeczywistością, w której zdania są silnie podzielone i sprzeczne, osoby wierzące w narrację koronawirusa, deklarują, że autorytetem są wyłącznie osoby finansowane przez rząd, a inni są wątpliwi i podejrzani. Celem uwiarygodnienia tych "specjalistów" (patrz prof. Ferguson), dodawane bywa, że są finansowane także przez nas, w drodze podatków, więc musimy im wierzyć.

Wykop Skomentuj38
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale