110 obserwujących
1765 notek
1252k odsłony
  285   1

Porywająca Japonia i "kury Michniewicza" naprzód

Japonia zagrała porywająco. Niczym z mieczami do góry, z nogami do góry, niewielcy wzrostem, ale mocni etosem samuraja, Japończycy w porywający sposób podbili oko Germanii. W drużynie z dalekiego wschodu raził brak niezbędnego zróżnicowania rasowego. Inkluzywność, feminizacja, kolorowość, znaczy... tą feminizację można na chwilę odpuścić, ale Niemcy wyróżniali się prawidłowo skonstruowaną różnorodnością, zaś Japończycy tylko fryzury sobie malowali na rudy blond, bo oni tak mają.

W każdym bądź razie, niemiecki parowóz ugrzązł, jak niegdyś zastępy DżyngizHana w japońskich transzejach, a szalone ataki napastników kraju kwitnącej wiśni, którzy z okrzykiem "banzai!" ruszali jak torpedy, na trzy strzały przyniosły im dwie bramki. Najlepsza była ta druga, gdzie filigranowy Japończyk, wcześniej poniewierany przez wielkiego murzyna, o cholera, nie wolno, to był afro-amerykanin, nazwiskiem Rüdiger, wyprzedził wielkoluda i będąc trzy metry od sympatycznego Mauela Neuera, kropnął mu nad głową tak, że gdyby strzelił niżej, to by Niemcowi głowę urwało i razem z piłką wpadłaby do bramki, a tak... wpadła tylko piłka, a Japończycy cieszyli się z prowadzenia 2:1.

Niemcy się jeszcze starali, ale wiadomo, improwizować to potrafią Polacy, a Germanie, jak im plan nie wyjdzie, to i tak go w kółko powtarzają. Chociaż trzeba Niemcom przyznać, że się uczą, bo nawet ta jedna bramka dla nich padła dzięki ich oszustwu i cwaniactwu, bo Kimmich po prostu zostawił nogi, zaczepiając o bramkarza Japonii i teatralnie runął do przodu, podnosząc przytomnie głowę, czy się udało. Udało się. Ale tylko raz.

Ostatnie doniesienia ekspertów wskazują na możliwą przyczynę poziomu gry reprezentacji Polski. Jest on z jednej strony bardzo wysoki, bowiem polscy reprezentanci nieodmiennie kierują piłkę w górę, wysoko, w powietrze. Z drugiej strony jednak, ponieważ piłka często toczy się po ziemi i trzeba za nią biegać, to tutaj mocno odstajemy od pozostałych zespołów, zadowalając się "orlim" - drapieżnymi zachowaniami, w postaci "stempelka", czyli przybicia szponami korków, jakiejś części ciała przeciwnika do boiska.

Ta drapieżność być może przesiąkła przez Lewandowskiego do kolegi Holendra, z którym gra w Barcelonie. A Holendrzy, holender, zawsze coś udoskonalają, więc Frankie do Jong niczym jastrząb zaatakował szybującego w powietrzu Senegalczyka. O tak:

image

Wiem, nie wierzycie. Ujęcie z drugiej strony, jak de Jong swoimi szponami...

image

I mina frunącego Senegalczyka:

image

No w sporcie nie ma lekko.

Podobno sposób gry naszych bierze się  z utożsamienia się zawodników z wtłaczanym im od lat do głów wzorcem orłów. O ile jeszcze w pierwszej fazie, ta pedagogika nie odnosiła skutku i orły Górskiego czy Piechniczka grały równie dobrze po ziemi jak i górą, tak w miarę upływu czasu, nasi nieubłaganie zaczęli się identyfikować z orłami, a orzeł wiadomo, lata wysoko, ale biegać...

Czy ktoś w ogóle widział biegające orły? No bez przesady. Taki indyk, trochę ciężki, ale może chociaż chodzi. Strusie biegają, ale to nie nasza strefa. U nas pozostają - kury! Kura potrafi biegać, jak rzadko który ptak. Celnie dziobie. Trzęsie tym łepkiem. Nawet jak go straci, to potrafi zasuwać, wie ten, kto widział. Kury w piłkę nożną, to szybkość i uwaga. Zaciętość i krótkie loty.

Kury Michniewicza! To jest nowa recepta, która może dać nam sukces. Francuzi mają koguty, to my możemy mieć kury! Razem do zwycięstwa. "Piejo kury, piejo!"


Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale