
Umowność i dosłowność naszej wiary chrześcijańskiej to dwa kłopoty na drodze naszej do autentycznej relacji z Bogiem. Umowność polega na tym, że nie bierzemy na serio tego co jest przedmiotem wiary. Przymróżamy lekko powieki i puszczamy oko. "Przecież wiadomo". "No oczywiście, ale...". "Nie przesadzajmy".
Umowność umożliwia istnienie zjawiska "Chrześcijan niedzielnych". Kiedy to wystrojeni i dość liczni zmierzają w stronę kościoła. Tam uczestniczą z zaangażowaniem. Często nawet bywa, że poza niedzielą również. Prolem zaczyna się poza. To znaczy poza murami. Życie tych "niedzielnych Chrześcijan" z ideałami chrześcijaństwa ma mało wspólnego. Ich stosunek do drugich osób, ich zachowania, to wszystko wydaje się, czasem, wręcz zaprzeczeniem tego czego nauczał Jezus.
Niejako będąc świadomymi słynnego zakładu Pascala, obstawiamy że być może Bóg istnieje. Więc na wszelki wypadek, żeby "kichy nie było" uczęszczamy do Kościoła i nakazane obrzędy i sakramenty sprawujemy. Aby mieć pewność, że gdy przyjdzie gasić światło, ksiądz pokropi nasze (nasze?) szczątki i wygramy główną wygraną. Nie damy się złapać.
W "Umowności" Bóg jest "obok". Bóg jest "tam". "Tam" można pójść i w razie czego załatwić wszystko. W "Umowności" jesteśmy wolni. Możemy robić co chcemy. I robimy! W "Umowności" Bóg jest bardziej ludzki. Można z nim coś załatwić. Da żyć. I w dodatku, jest po naszej stronie. Wszystko pasuje.
Dosłowność polega z kolei na utożsamianiu, tego co przedmiotem wiary nie jest, z owym przedmiotem właśnie. Dosłowność polega na szukaniu wzniosłości w strojach liturgicznych, w rzeźbach, w budowlach sakralnych. Wszystkie one, pomyślane jako most, prowadzący wyobraźnię i myśli człowieka ku Bogu, stają się, wskutek dosłowności, przedmiotem kultu.
Myślimy głównie obrazami. Jak wygląda Pan Bóg? No przecież to jasne. Przede wszystkim to facet. Mężczyzna. Nie od rzeczy przecież mówimy - Ojcze. A więc tak. Mężczyzna. Na pewno nie młodzieniec jakiś, bo Ojciec to wiadomo, dojrzały. Z całą pewnością ma brodę. Jak ktoś nie wierzy, to może zobaczyć na własne oczy w Watykanie, w kaplicy sykstyńskiej. Oto obraz:

Nie od rzeczy Stary Testament zawierał zakaz sporządzania obrazów i podobizn Boga. Popularne wyjaśnienie powiada, iż celem jego było uniknięcie oddawania czci obrazom i figurom. Zatem jeśli cześć oddawana jest osobom, które przez te figury i obrazy są przedstawiane, wówczas wszystko jest w porządku.
Otóż nie do końca. Zakaz tworzenia wyobrażeń Boga, pełni głęboką rolę w kształtowaniu relacji człowieka z Bogiem. Uniemożliwia on bowiem, budowanie wyobrażenia Boga. Człowiek zostaje postawiony w sytuacji paradoksalnej: Ma kochać Boga, którego w żaden sposób nie może sobie wyobrazić. Żadne z wyobrażeń dostępnych jego zmysłom, jego oczom, jego myślom - nie jest mu dostępne. Więc jak kochać w takiej sytuacji?
Otóż. Wymagało to, przekroczenia zmysłowego pojmowania świata. Ale tak realnie a nie umownie. Jeśli Bóg nie jest mężczyzną, nie ma brody, nie posiada żadnego stroju, nie jest duży i nie jest mały; i jeśli człowiek ma pozostawać z nim w relacji, to pewnikiem musi człowiek wyjść poza świat, określany jako doczesny. Wyjść poza dostępną mu, wszystkimi zmysłami, rzeczywistość. Wyjść poza dostępną mu, w "normalnej" formie, świadomość. Wyjść naprawdę.
Dzięki dosłowności nie musi tego robić. Bóg jest wiadomo gdzie - w tabernakulum. W kościele. Cześć oddaje mu się właśnie tam. Jego obrazów jest dosyć, więc jest dostępny naszym zmysłom. Wszystko jest na swoim miejscu. Człowiek nie jest zmuszany do wyjścia poza świat zmysłów. To jego przedmioty, zaczynają być przez niego traktowane jako przedmioty wiary.
Inne tematy w dziale Społeczeństwo