Polska wolontariuszka o Lesbos: To poruszające miejsce, które przywodzi na myśl Auschwitz

Wolontariusze na Lesbos, fot. Magda Wolnik
Wolontariusze na Lesbos, fot. Magda Wolnik
Rok temu podczas modlitwy za uchodźców towarzyszył nam krzyż zbity z desek pochodzących z resztek rozbitej przy Lesbos łodzi. Znaleźliśmy je na tzw. śmietnisku, choć dla nas to raczej cmentarzysko - z Magdaleną Wolnik, wolontariuszką z międzynarodowej chrześcijańskiej Wspólnoty Sant’Egidio rozmawia Marianna Fijewska.

Marianna Fijewska: Przez kilka tygodni przebywała pani przy obozie dla uchodźców Mavrovouni na wyspie Lesbos. To dawny obóz Moria, który niemal całkowicie spłonął podczas pożaru we wrześniu 2020 roku. Jak wygląda ten dzisiejszy, nowy obóz zwany Morią 2.0?
Magdalena Wolnik: Przed pożarem w obozie przebywało około 13 tys. uchodźców, dziś jest to niecałe 4,5 tys. Obóz składa się z kontenerów i większych i mniejszych namiotów stłoczonych koło siebie nad brzegiem morza. Jest objęty ścisłymi restrykcjami. Uchodźcy mogą opuszczać obóz w ograniczony sposób, raz na kilka dni po kilka godzin. Warunki są bardzo trudne. Grecję nawiedzają 40-stopniowe upały, a w obozie nie da się przed nimi skryć, bo nie ma tam nawet drzew. Racje żywności są niewielkie, jedzenie monotonne. Wiele osób chodzi głodnych, wiele choruje. Te problemy istniały jednak również przed pożarem. To, co zmieniło się na lepsze, to warunki sanitarne. W Mavrovouni są lepiej wyposażone toalety i prysznice. Część kobiet zgłasza nam jednak, że nie korzysta z nich, zwłaszcza nocą, w obawie przed napaściami seksualnymi. Dlatego niektóre biorą kąpiel w morzu, całkowicie ubrane.

Wymieniła pani wiele problemów Mavrovouni, ale który z nich jest pani zdaniem tym największym?

Nieznośne i długie oczekiwanie oraz poczucie odrzucenia, jakiego doświadcza większość uchodźców, gdy nie otrzymuje azylu. Rozmawiałam z ludźmi, którzy mają małe dzieci, zmagają się z chorobami i ogromnymi traumami, a mimo to ich wnioski są odrzucane już od dwóch czy trzech lat. To trudne rozmowy, które ściskają za gardło. Czasem trudno im zrozumieć, że wolontariusze nie mają żadnego wpływu na decyzje urzędników i polityków. Jednocześnie rozmawiając z nimi, widzę, że są to dokładnie tacy ludzie, jak my i ja osobiście cieszyłabym się, gdybym miała ich za kolegów z pracy czy sąsiadów.

Wcześniej powiedziała pani o kobietach bojących się gwałtów w toaletach. Takie obrazy budzą strach. Wszyscy mamy świadomość, że wśród uchodźców są również ludzie bardzo niebezpieczni.

Uchodźcy, dokładnie tak, jak Europejczycy, są różni - większość ludzi chce normalnie, uczciwie żyć, ale zdarzają się i tacy, którzy dopuszczają się przemocy. Wierzę, że odpowiednie służby państw europejskich są w stanie odróżnić osoby, które naprawdę potrzebują pomocy i mają dobre intencje, od tych, które stanowią zagrożenie. A to, że potrafią, pokazuje inicjatywa korytarzy humanitarnych zaproponowana przez Wspólnotę Sant’Egidio i wdrożona m.in. przez Włochy, Francję i Belgię, czyli propozycja skierowana do osób znajdujących się w szczególnie trudnych sytuacjach. Po traumach, terrorze, torturach, z małymi dziećmi, przewlekłymi chorobami lub w podeszłym wieku. Co więcej, to inicjatywa finansowana wyłącznie z kieszeni ludzi dobrej woli, zwykle skupionych przy wspólnotach, parafiach czy innych społecznościach, które chcą przyjąć potrzebującą rodzinę czy osoby samotne i pomóc im przejść przez program integracji.

Wielu ludzi sądzi, że imigranci wcale nie będą chcieli się integrować, ale nasze doświadczenia wskazują na coś zupełnie innego. Będąc na Lesbos poznałam afgańskie rodzeństwo - dwóch braci i siostrę. Uciekli z kraju przed prześladowaniami Talibów, wraz ze starszymi rodzicami. Najpierw musieli przeprawić się przez góry, potem Iran, a później przez granicę turecką. Tam wydali oszczędności życia na przemytników, którzy wypuścili ich w pontonie przez Morze Egejskie. Ona ma wielki talent artystyczny, w obozie dużo maluje. Jej bracia rok temu uczestniczyli w intensywnym kursie języka angielskiego prowadzonym przez Sant’Egidio, dziś doskonale mówią po angielsku. 18-letni Mustafa podtrzymuje kontakt z jednym z naszych wolontariuszy i bierze u niego korepetycje z chemii, geografii, matematyki i historii. Wszyscy są chłonni wiedzy, wyglądają jak przeciętni europejscy studenci. Mamy wielką nadzieję, że wkrótce otrzymają azyl i będą mogli kształcić się na europejskim uniwersytecie.

Czy uchodźcy wciąż przypływają na wyspę Lesbos?
Nigdy nie byłam świadkiem takiej sytuacji, ale wiem, że one się zdarzają, choć nieporównywalnie rzadziej, niż w latach poprzednich. Ludzie często mówią o inwazji, tymczasem od początku tego roku na greckie wyspy Morza Egejskiego dotarło ok. 1500 uchodźców. Jeśli nawet dodamy do tego 4500 osób przebywających w obozie, to wciąż nie będzie dużo, jak na nasz 500-milionowy kontynent.

Zobacz galerię zdjęć:



Poruszyła pani temat dramatycznej i niejednokrotnie śmiertelnej drogi z krajów takich jak Syria czy Afganistan do Europy. Zastanawiam się, jakie piętno muszą zostawiać te traumatyczne doświadczenia na najmłodszych mieszkańcach obozu.
Traumy dziecięce są czymś niezwykle poruszającym. Arman ma 5 lat. Jako 2,5-latek wraz z rodzicami uciekał z Afganistanu. Podczas przeprawy przez granicę irańską doszło do strzelaniny. Chłopiec był na rękach u swojego taty, który prawie został trafiony. Od tego momentu dziecko ma problemy rozwojowe. Moczy się, wstaje w nocy i nieświadome zaczyna oddalać się od namiotu. Jego rodzice bardzo się martwią, ale w Mavrovouni mają ograniczony wpływ na to, jak będzie rozwijał się ich syn. Podobna sytuacja dotyczy uroczego 8-latka, który z wielką troską opiekuje się małym kotkiem w obozie. Nazywa się Abukakar i ma epilepsję. Ataków dostaje nawet kilka razy dziennie. Rodzice obchodzą się z nim niezwykle delikatnie i wykazują ogromną cierpliwość. Patrzyliśmy na to z wielkim żalem, bo doskonale wiemy, że choć Lekarze Bez Granic robią, co mogą, to nie są to choroby i zaburzenia, które można leczyć w warunkach obozowych.

Lubię to! Skomentuj43 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka