Zemmour. „Nowa szkoła” populizmu

Eric Zemmour. fot. PAP/EPA/YOAN VALAT
Eric Zemmour. fot. PAP/EPA/YOAN VALAT
Rok temu sojusz liberalnego establishmentu z wielkim pieniądzem obalił Donalda Trumpa. Potwór pokonany? Bynajmniej. Spójrzcie na Francję. Spójrzcie na Zemmoura.

Gdyby dziś Marks i Engels pisali swój „Manifest” to leciałby on mniej więcej tak: Widmo krąży nad Europą. Widmo populizmu. Wszystkie potęgi starego Zachodu połączyły się w świętej nagonce przeciwko temu widmu: Unia Europejska i Dolina Krzemowa, Soros i New York Times, TOK FM i OKO Press.

Rok temu liberalny establiszment świętował pokonanie potwora. Donald Trump został zdjęty z urzędu w okolicznościach, które przejdą do historii. Najważniejsze jednak, że Biały Dom udało się odzyskać. Miał to być początek kontrrewolucji. Jednak rok po Trumpie nie wygląda na to by dobijanie resztek populizmu ruszyło. Zaś nadzieja, że „spokój zagości na Zachodzie” zdaje się coraz bardziej płonna. Oto na horyzoncie pojawia się bowiem postać Erica Zemmoura. I rośnie w siłę z sondażu na sondaż.

Czytaj inne artykuły Rafała Wosia:

Kim jest Eric Zemmour?

63-letni potomek algierskich Żydów (choć sam twierdzi, że jest się członkiem tego narodu na którego ziemi jest się pochowanym). Dziennikarz, felietonista, a od lat osobowość telewizyjna. Ale nie tak jak nasz Hołownia. Bardziej „po francusku”: suwerennie, z oddechem intelektualnym i na własnych prawach. To nie jest telewizyjny celebryta, który zapragnął kariery politycznej. Z Zemmourem jest odwrotnie. To osobowość praktykująca politykę od lat. Tyle, że przy pomocy innych (niekonwencjonalnych) środków. Tym środkiem była i jest dla Zemmoura wspomniana celebryckość.

Jeśli posłuchacie lub poczytacie, co mówią jego zwolennicy, to szybko natraficie na zdanie „bo mówi, co myśli”. Albo „mówi, jak jest”. Albo „ubiera w słowa to, co zawsze chciałem/chciałam powiedzieć. Ale nie wiedziałam jak. Ani czy wypada”. To oczywiście cecha, która każe nazwać Zemmoura „populistą”. Ale uwaga! Przecież od dłuższego czasu to już nie jest żadna obelga. No może dla czytelników i widzów najbardziej dogmatycznych liberalnych mediów. Tych totalnie pozamykanych na to, co się dzieje na świecie. Ale przecież nawet wielu z nich wie, że minęły już bowiem czasy, gdy określeniem „uciekajcie, idzie zły populista!!!” można było kogoś politycznie stygmatyzować i wykluczyć z uczestnictwa w „zdrowym” życiu publicznym.

Przeciwnie. Dziś można się nawet upierać, że to z ortodoksyjnymi „antypopulistami” jest dziś „coś nie tak”. Odmawiają oni bowiem przyjęcia do wiadomości podstawowych faktów. A fakty są takie, że spadek popularności „starych dobrych partii politycznych” ma związek z zawodem, jaki rządzący establiszment zrobił ogromnej części mieszkańców zachodnich społeczeństw. Nie dostrzegając na przykład kompletnie nadchodzącego kryzysu 2008 roku. Gasząc pożar benzyną neoliberalnych kuracji „cięć i oszczędności”. Albo deregulując wszelkie możliwe rynki: od rynku migracji po wolny handel i globalizację. W tym sensie oskarżenie establishmentu o to, że zawiódł i domaganie się, żeby podzielił się teraz władzą z innymi jest dziś właśnie… bardziej niż racjonalne. To populiści są od lat najbardziej trzeźwymi obserwatorami rzeczywistości. To oni chcą rozmawiać o prawdziwych problemach: o cieniach globalizacji i eurointegracji, o skutkach niekontrolowanej migracji o wadach szokowej transformacji energetycznej, o znikających pewnych miejscach pracy i szerzeniu się uberyzowanej biedy w modeli pracy 24/7. Dzięki nim jest mniej niezdrowego zamiatania problemów pod dywan. To populiści są dziś solą demokracji. I bardzo dobrze!

Ten proces „populizacji polityki” ma oczywiście różne oblicza. Rysują się dwa modele.

Populizacja polityki - dwa modele

Jeden to populizm „starej szkoły”. To znaczy taki, który próbuje działać w oparciu o zinstytucjonalizowane demokratyczne państwo. W tym o istniejący system partyjny. Często populistami ze starej szkoły były właśnie postacie od lat obecne w krajowej polityce. Ale będące z rozdającym karty mainstreamem w jakimś fundamentalnym sporze. Doświadczenie uczy, że najsłabsze i najmniej trwałe okazały się populizmy czysto lewicowe - Syriza w Grecji złamana przez Unię Europejską oraz brazylijska Partia Pracujących Luli i Dilmy, którą pokonał opór przeciwników głębszej redystrybucji i zmniejszania społecznych nierówności. Tu baza „więcej równości” okazała się zbyt wiotka. Solidniej wyglądają za to populizmy budowane na nowatorskiej mieszance konserwatywnego pnia wartości z lewicową wrażliwością społeczną. To (choć w mniejszym stopniu) przypadek Węgier. A przede wszystkim Polska PiS. Albo ostatnio Wielka Brytania pod rządami nowych (w dużej mierze antythatcherowskich) Torysów Borisa Johnsona.

Drugi typ to kraje, kraje gdzie liberalny establiszment okazał się być tak szczelny i silny, że nie pozwolił populistom nawet na postawienie stopy. To kraje takie, jak Niemcy, gdzie - mimo sporego niezadowolenia społecznego - machina fabrykowania konsensu i tworzenia kolejnych „wielkich koalicji” dusi każde populistyczne niebezpieczeństwo w zarodku. W efekcie, w takich krajach powstaje właśnie model „populizmu nowej szkoły”. Czyli takiego, który albo tylko odbija się od istniejącego systemu partyjnego. Albo w ogóle go ignoruje. To także kraje, gdzie elity bronią się rozpaczliwie. Jak w USA w wielkiej wojnie przeciw Trumpowi. Do której to wojny prócz demokratów ochoczo przyłącza się nowa plutokracja z Doliny Krzemowej. Oraz - o czym w Polsce mówi się bardzo rzadko - spora część establishmentu Partii Republikańskiej. Przerażonej odchodzeniem Trumpa od dziedzictwa Reaganomiki oraz urwaniem się przez 45. prezydenta USA ze smyczy libertariaskiemu i antyetatystycznemu lobby braci Koch. Czyli tradycyjnym sponsorom prawicy w USA.

A Francja? Ona też należy do tej drugiej grupy krajów. Jest nawet wśród nich rodzajem prymusem. Stopień histerii związanej z politycznym blokowaniem rodziny Le Pen oraz budowaniem wokół „populistów” kordonów sanitarnych są przecież legendarne. To we Francji zamiatanie niezadowolenia pod dywan doprowadziło nas do ciekawego starcia dwóch populizmów w jednym kraju. Z jednej strony będzie „stara szkoła” Marine Le Pen - reprezentująca dziś (pozorny paradoks) interesy starej klasy robotniczej i dawnych wyborców lewicy i socjalistów. Z drugiej świeży populista Zemmour. Zapowiedź „nowej szkoły”. Dużo bardziej radykalnej. Niej przebierającej w słowach. Zapowiadającej „zaoranie i postawienie na nowo”. „Le Pen boi się być demonizowana. Ja się nie boję” - powiada Zemmour. 


Czytaj także:

image

Lubię to! Skomentuj71 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka