Polska fiskalizuje inflację. I bardzo dobrze

Rząd próbuje przerzucić część wzrostu cen z budżetów domowych na budżet państwa. To dużo lepsze rozwiązanie niż dławienie płac i wzrostu gospodarczego, czego w imię walki z inflacją domagają się liberałowie. Na szczęście nie jesteśmy sami. Tą drogą idzie coraz więcej krajów Europy.

Obniżki podatków od energii i paliw

Innym popularnym w ostatnich miesiącach rozwiązanie są obniżki podatków od energii i paliw. U nas są one częścią tzw. drugiej tarczy i aktualnie rząd czeka na ich przejście przez senat. Na podobne kroki zdecydowało się lub właśnie teraz decyduje w Europie kolejnych kilkanaście państw. W porównaniu z nimi polskie obniżki są dość duże. Dla porównania Hiszpanie ścieli VAT na energię z 21 do 10 proc. (Podczas gdy u nas do 0). Oczywiście kraje strefy euro mają z takimi rozwiązaniami większy problem, bo tych, co wyzbyli się własnej waluty zwiększenie długu publicznego skazuje jeszcze bardziej na łaskę i niełaskę bogatszych krajów wspólnoty.

Ale to nie wszystko. Kolejnym testowanym obecnie rozwiązaniem jest administracyjna kontrola cen. Jak dotąd w większości przypadków dotyczą one rynku energii oraz gazu dla odbiorcy końcowego. Po takie rozwiązanie sięgnęło już sześć krajów. Na przykład Francja zamroziła ceny energii od października do 2021 do kwietnia 2022. Co oznacza, że ich wzrost nie może być większy niż 4 proc. Z kolei Portugalia wręcz… obniżyła cenę gazu. Warto zauważyć, że to jest narzędzie po które polskie władze się (jak dotąd) nie zdecydowały. U nas rynek cen energii i gazu też jest przecież regulowany. Ale państwo (konkretnie Urząd Regulacji Energetyki) zgodził się na podwyżkę cen o odpowiednio 23 (energia) i 54 proc. (gaz). Tu problemem jest oczywiście tempo zielonej transformacji, które czyni wszelkie próby trzymania niskich cen energii niezwykle trudnymi. Zwłaszcza w kraju takim jak polska, gdzie gros ciepła pochodzi z węgla.

Regulacja cen towarów

Pozostaje jeszcze rzecz jasna kontrola cen innych towarów. O tym, że jest to teoretycznie możliwe - a nawet wskazane - pisałem choćby tutaj: Kontrola cen? To da się zrobić

Uzasadnieniem takiego rozwiązania jest fakt, że wiele firm (np. z branży spożywczej czy budowlanej) wykorzystuje inflację do tego, by mocno zwiększyć swoje zyski. Za co w ostatecznym rozrachunku płaca oczywiście konsumenci.

Regulacja cen towarów pierwszej potrzeby jest (jak dotąd) na poważnie testowana tylko na Węgrzech. Tam rząd Viktora Orbana zapowiedział, że od lutego ceny mleka, mąki, oleju, cukru, wieprzowiny i drobiu zostaną zamrożone na poziomie z października ubiegłego roku. Co oznacza, że sprzedawcy muszą je obniżyć. Warto dodać, że Węgrzy (od listopada) mrożą też ceny benzyny. Coraz silniejszej regulacji poddawany jest rynek najmu. Ta ostatnie branża nie jest jednak tylko węgierskim wymysłem, bo regulowanie mieszkaniówki to codzienność w wielu kapitalistycznych gospodarkach. I było tak na długo przed pandemią. W Polsce rząd oficjalnie o kontroli cen nie mówi. Warto jednak zauważyć, że niedawno wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński powiedział, że jest to rozwiązanie absolutnie zgodne z prawem.

Oczywiście w zasadzie wszystkie z przywoływanych tu rozwiązań fiskalizujących inflację są z punktu widzenia prawa europejskiego… co najmniej wątpliwe. Ale to oczywiście konsekwencją tego, że prawo Unii tworzone w minionym neoliberalnym trzydziestoleciu jest dzieckiem swoich czasów. To znaczy stoi się na założeniu, że najlepiej by rządy państw członkowskich (w imię tzw. unijnych swobód) trzymały się z dala od gospodarki. Na szczęście obecny stan postpandemiczny jest czasem, gdy Unia przymyka oko i zawiesza wiele swoich żelaznych reguł. Dlatego należy oczekiwać, że fiskalizacja inflacji nie zostanie przez Brukselę potępiona.

Kto idzie w Europie inną drogą? Na razie najbardziej wyróżniają się dwa kraje. Niemcy oraz Wielka Brytania. To ciekawa koalicja. Również dlatego, że zwykło się uważać, iż Berlin i Londyn to przedstawiciele dwóch wykluczających się filozofii ekonomicznych. O ile wyspiarze to oczywiście tradycyjni liberałowie, o tyle Niemcy mieli opinię bardziej skłonnych do głębszej regulacji. Oczywiście jeśli ktoś obserwuje temat uważniej, ten wie, że to od dawna tylko pozory. A Niemcy należały w ciągu minionych dwóch dekad do tych krajów, które najmocniej chronią w Europie dziedzictwa podejścia neoliberalnego. Wychodzi to także przy tej okazji. Ale to już temat na inną opowieść. 

Polecamy:

Lubię to! Skomentuj103 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka