Największe zagrożenie dla Polski. Prof. Antoni Dudek: Słono zapłacimy za spory polityczne

Polskę czeka wiele kryzysów Fot. Pixabay
Polskę czeka wiele kryzysów Fot. Pixabay
Do tej pory mieliśmy do czynienia z agresją słowną. Ale z uwagi na dobrą sytuację ekonomiczną, nie przechodziła ona na ulice. Teraz możemy mieć do czynienia z ostrym konfliktem społecznym na ulicach, eskalacją przemocy – mówi Salonowi 24 prof. Antoni Dudek, politolog i historyk UKSW.

Wracając do kwestii religii w szkole – jej usunięcie było działaniem komunistycznych władz, powrót symbolem zmiany systemu. Ale patrząc na stosunek do tego przedmiotu, religia w salce katechetycznej cieszyła się wielkim szacunkiem tych, którzy na nią uczęszczali. W szkole była to wygoda, ale sam przedmiot stracił na znaczeniu, dla wielu osób był okazją do przygotowań z matematyki, czy fizyki. Czy paradoksalnie powrót nauki religii do sal katechetycznych nie byłby z korzyścią dla Kościoła?

Oczywiście, że tak. Ja oczywiście doskonale rozumiem, dlaczego po 1989 roku władze wykazały się tak daleko idącą determinacją, by przywrócić naukę religii w szkołach. Religie najpierw usunęły władze stalinowskie, potem na krótko religia wróciła za Gomułki i znów została ze szkół wyprowadzona. Jej powrót był ważny symbolicznie, ale skutkował obniżeniem skuteczności katechizacji. Wydaje się, że lepszym rozwiązaniem byłoby prowadzenie lekcji religii poza szkołą, ale przy utrzymaniu finansowania jej nauki przez państwo. Mogłoby to być wprowadzone w ten sposób, że tak, jak płacimy 1 proc. podatku na organizacje pozarządowe, dodatkowy procent byłby przeznaczany na Kościół bądź związek wyznaniowy, podatnik decydowałby na jaki.

Jednak tu jest ryzyko, że ludzie rezygnowaliby z płacenia w ogóle, by nie tracić swoich pieniędzy?

Ale mówimy o pieniądzach, które i tak idą z podatków, one nie zostawałyby w kieszeni podatnika. Podatnik jedynie decydowałby na co te środki przeznaczyć. To moim zdaniem dobre rozwiązanie i dobry przykład właśnie przyjaznego rozdziału Kościoła od państwa. Na dziś przedstawiciele Kościoła nie bardzo chcą się na takie regulacje zgodzić. Ale w przyszłości chyba nie będą mieli wyboru.

W książce dużo miejsca poświęcacie Państwo przekształceniu mediów na przełomie lat 80. i 90. Postawił Pan tezę, że mocne określenie polityczne poszczególnych tytułów odziedziczyliśmy po poprzedniej epoce, gdzie ludzie mocno zaangażowani w działalność opozycyjną w PRL w wolnej Polsce zajęli się robieniem mediów. Jednak kierowana przez Adama Michnika „Gazeta Wyborcza” stała się potęgą, trzęsącą rynkiem medialnym, a kierowany przez Jarosława Kaczyńskiego „Tygodnik Solidarność” nie. Czy wynikało to z uprzywilejowania GW, wsparcia władz, czy może innych czynników?

Jedyne uprzywilejowanie „Gazety Wyborczej” wobec „Tygodnika Solidarność” polegało na tym, że GW była dziennikiem a „Tysol” tygodnikiem. I GW szybko stała się największym dziennikiem w Polsce. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by „Tygodnik Solidarność” stał się liderem wśród tygodników. Adam Michnik okazał się zdolnym redaktorem, zbudował wokół siebie sprawny zespół, pozyskał atrakcyjnego inwestora zagranicznego. Ale przecież Solidarność była wtedy marką, mógł tygodnik także zdobyć inwestora. Nie udało się, a po kilku latach GW była największą gazetą, a „Tygodnik Solidarność” jednym ze słabszych tygodników. Na pewno nie jest tak, że GW miała wygraną w kieszeni, a TYSOL był skazany na porażkę. Natomiast błędem byłoby skupianie się na rynku prasowym. Od połowy lat 90-tych kluczowe znaczenie miał rynek telewizyjny. Tak zwana prawa strona, przede wszystkim Kościół zawalił sprawę. Od ustawy z 1989 roku do powstania ustawy o radiofonii i telewizji Kościół miał cztery lata na stworzenie własnej, ogólnopolskiej telewizji. Mielibyśmy wtedy katolicką telewizję w każdym domu, stację, która miałaby pozycję taką, jak Polsat. Kościół to przespał. W połowie lat 90-tych koncesje uzyskał Polsat, pod koniec lat 90-tych stopniowo, łącząc poszczególne stacje powstał TVN. Próby z prawej strony, jak Telewizja Familijna z przełomu stuleci zakończyły się wielkimi aferami. Więc nie jest też tak, że od początku ten rynek był ustawiony.

Dziś jest czytelny – prorządowe media publiczne, prywatne media propisowskie i te z drugiej strony, radykalnie przeciwne rządzącym. Czy nie jest trochę tak, że dziś problemem mediów prawicowych jest to, że są zakładnikiem partii rządzącej, a z kolei w przypadku opozycji jest na odwrót – to partie opozycyjne są zakładnikami sympatyzujących z nimi mediów?

Akurat jeśli chodzi o ten radykalizm opozycyjnych mediów to wynika on z pewnego modelu opozycyjności, polegający na totalnej krytyce rządzących. To pozwoliło zmobilizować jakąś 1/3 społeczeństwa wokół sobie, ale nie daje możliwości na skuteczne poszerzenie własnego elektoratu. Co do opozycji – jej problemem nie są dziś media, ale brak dogadania się liderów poszczególnych ugrupowań. Nawet jakieś potężne tąpnięcie sondażowe PiS nie musi oznaczać utraty władzy przez tę partię. Możliwe, że prezes Kaczyński zawrze jakąś niespodziewaną koalicję, która pozwoli mu na utrzymanie się w rządzie przez kolejne lata. Natomiast co do mediów wydaje się, że nieuniknionym procesem będzie ich coraz większe rozproszenie. Stacje mające dziś dziesiątki milionów widzów niebawem przestaną się liczyć. Milion odbiorców to będzie dużo. A przy takim rozproszeniu rynek stanie się dużo bardziej pluralistyczny. Nie będzie tak jak w połowie lat 90-tych, że gdy rano jakąś informację podała „Gazeta Wyborcza”, wieczorem wszyscy pisali to samo. Będzie większe zróżnicowanie, ale co za tym idzie także większa niezależność.

Przeczytaj też:

Oto czemu nasze uczelnie przegrywają w rankingach. Najmłodszy profesor to wyłom w systemie

COVID bardziej zakaźny, ale trochę mniej groźny. Czy wrócą maski, lockdowny, obostrzenia?


Lubię to! Skomentuj172 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo