Wybory odbędą się 15 października Fot. PAP/Darek Delmanowicz
Wybory odbędą się 15 października Fot. PAP/Darek Delmanowicz

Zaskakująca prognoza. „Kosiniak premierem, a Tusk emerytowanym zbawcą”

Redakcja Redakcja Wybory Obserwuj temat Obserwuj notkę 17
Nie ma pewności, że w przypadku wygranej opozycji na pewno Donald Tusk zostanie premierem. Sytuacja, w której to brązowy medalista zostaje szefem rządu, nie jest rozwiązaniem niespotykanym. Możemy sobie wyobrazić, że lider Platformy będzie „emerytowanym zbawcą narodu”. Po wyborach powie: ok, ja zadanie wykonałem. PiS odsunęliśmy od władzy, wiele zrobiłem za Was. A teraz się rządźcie, ja idę bawić się z wnukami”. Jeśli premierem zostanie Władysław Kosiniak-Kamysz, to koledzy z EPP prześlą Tuskowi gratulacje, opozycja przejmie władzę – mówi Salonowi 24 prof. Jarosław Flis, socjolog, Uniwersytet Jagielloński.

Kampania wyborcza jest na ostatniej prostej. Sondaże są rozmaite. Czy bardziej prawdopodobny jest scenariusz utrzymania władzy przez PiS, przejęcie jej przez opozycję, czy może rację mają ci, którzy wieszczą chaos, niewyłonienie rządu i wcześniejsze wybory na wiosnę?

Prof. Jarosław Flis: Utrzymanie władzy przez partię rządzącą wydaje się najmniej prawdopodobnym scenariuszem, w szczególności utrzymanie władzy w rozumieniu takim, że PiS zachowałby samodzielną większość.


Aby partia rządząca utrzymała stan posiadania, musiałby nastąpić jakiś nadzwyczajny zbieg okoliczności. Chociaż oczywiście wykluczyć tego nie wolno, ale patrząc na oceny rządu, także na długofalowe trendy w sondażach, nic na to nie wskazuje.


Sondaże wskazują, że PiS owszem zajmie pierwsze miejsce, ale większość mandatów przypadnie tym formacjom opozycyjnym, które tworzą Pakt Senacki – a więc Koalicji Obywatelskiej, Trzeciej Drodze, Lewicy.


Jeśli to się potwierdzi, PiS będzie zwycięzcą, ale nagrodą za wygraną będzie rola największej partii opozycyjnej.

Sondaże są jednak różne, wynik ważyć będzie się do końca. Czy jeśli wynik będzie bliższy remisowi, PiS nie może pozyskać posłów z innych ugrupowań i utrzymać władzę w ten sposób?

Wszystkie opowieści o kupowaniu jakichś posłów trzeba włożyć między bajki. Ostatnio więcej polityków odeszło z PiS-u, niż się do niego przyłączyło. Realny byłby sojusz z jakimś ugrupowaniem, ale wtedy musiałaby otrzymać dobry wynik Konfederacja. Nic nie wskazuje na to, żeby na sojusz z PiS-em zdecydowało się Polskie Stronnictwo Ludowe.

Takie komentarze się pojawiły…

To byłoby jednak zupełnie niezrozumiałe. PSL przez osiem lat rządził z PO, tworzy z nią większość w większości sejmików i jedną frakcję w Parlamencie Europejskim. Jeśli już, sojusz PiS mogłoby zawrzeć z Konfederacją. Partia ta też jednak zastrzega nieustająco, że absolutnie nie zgodzi się na współpracę z PiS-em.


Choć zastrzeżenie to jest „małym druczkiem”, to znaczy tam jest wskazanie, że nie chce współpracy z premierem Morawieckim. Więc teoretycznie przy zmianie szefa rządu Konfederacja mogłaby zdecydować się na współpracę z PiS. Trzeba jednak powiedzieć, że to byłoby śmiertelne zagrożenie dla tej partii. Nawet gdyby na koalicję zdecydował się sam Ruch Narodowy, to Konfederacja mogłaby tego nie przeżyć.

No dobrze, załóżmy, że opozycja przejmie władzę, premierem zostanie Donald Tusk. Od lat nie było sytuacji, w której mielibyśmy prezydenta i premiera z dwóch różnych obozów. Czy Donald Tusk będzie w stanie dogadać się z Andrzejem Dudą, czy też czeka nas permanentny konflikt ośrodków władzy?

Tego konfliktu nie można wykluczyć, szczególnie że w kolejnym roku szykują się wybory samorządowe, europejskie, a w 2025 prezydenckie. Nie możemy mieć jednak pewności, że na pewno Donald Tusk zostanie premierem. Sytuacja, w której to brązowy medalista zostaje szefem rządu, nie jest rozwiązaniem niespotykanym. W Szwecji socjaldemokraci mają duży elektorat negatywny, są ledwo tolerowani.


Stąd też zostali wpuszczeni do rządu, jednak a cenę taką, że nie będą aspirować do roli premiera. Możemy sobie więc wyobrazić, że Donald Tusk będzie emerytowanym zbawcą narodu. To znaczy, że opozycja uzyska większość. A po wyborach Tusk powie: ok, ja zadanie wykonałem.


PiS odsunęliśmy od władzy, ja już wiele zrobiłem za Was. A teraz się rządźcie, ja idę bawić się z wnukami”. Jeśli premierem zostanie Władysław Kosiniak-Kamysz, to koledzy z EPP prześlą Tuskowi gratulacje. Opozycja władzę przejmie, a ułożenie sobie może nie idealnych, ale poprawnych relacji z prezydentem będzie możliwe.

Kampania jest jednak bardzo ostra, a podziały przebiegają nawet w ramach rodzin. Czy po wyborach będziemy w stanie ze sobą jeszcze rozmawiać, czy może czekają nas dalsze napięcia, czy nawet wojna domowa?

Żeby doszło do wojny domowej, to ktoś musiałby chcieć z kimś ją robić, tymczasem w Polsce cały konflikt to troszkę taki wrestling. Oczywiście, że pojawiły się teraz tam problemy, ale przypomina mi się czas, gdy w dużej grupie międzynarodowej podróżowałem po Stanach Zjednoczonych. Rozmawiałem z jednym Chilijczykiem i Maltańczykiem. Ten Maltańczyk opowiadał, że w latach 60. na Malcie miały miejsce straszne napięcie, że po prostu był krok od dyktatury i wojny domowej, bo był nawet jeden zabity.

Patrzyliśmy porozumiewawczo z tym Chilijczykiem, że ok, demokracja na Malcie w latach 60. była zagrożona, ale nasz stan wojenny i zamach stanu w Chile to jednak była inna skala, nie mówiąc już o czasach stalinowskich. Poza tym patrząc na ostatnią debatę w TVP, za zwycięzców uznawani są ci, którzy stali z boku. Wydaje mi się, że z obu stron nastąpiło przegrzanie ostrego sporu, wyraźna depolaryzacja na końcówce kampanii.

Podczas ostatniej kampanii prezydenckiej mówił Pan, że obie strony grają na zaostrzenie kampanii, ale przerażające jest to, że któraś musi wygrać, będzie przekonana, że zwycięża dzięki radykalnemu przekazowi, podczas gdy zwycięża pomimo nie dzięki niemu. Czy dziś właśnie mamy sytuację, w której strategie obu głównych sił rozmijają się z oczekiwaniami ludzi, a zyskiwać na tym mogą pozostali gracze?

Faktycznie wydaje się, że ten spór został przegrzany. Parę lat temu powstało w PiS-ie takie przekonanie, że wygrywa się dzięki trikom, dzięki agresywności, ale teraz się może okazać, że partia rządząca wygrywała pomimo, a nie dzięki trikom. W 2019 roku nastąpiło apogeum dobrych nastrojów Polaków, przekonanych, że coraz lepiej im się żyje. Później nastroje te zaczęły się pogarszać. Wiadomo, była pandemia, jest wojna, inflacja, szereg innych rzeczy. PiS traci z tego powodu, a nie z tego powodu, że jest za mało agresywny. I przekonanie, że gdyby jeszcze bardziej dokręcił śrubę, jeszcze mocniej zaatakował i obraził Tuska, zyskałby poparcie, jest błędne – moim zdaniem więcej wyborców odwróciłoby się od PiS-u. Wydaje się, że faktycznie mniejsi gracze niezaangażowani w ostry spór mogą zyskać poparcie społeczne.

Źródło zdjęcia: Wybory odbędą się 15 października Fot. PAP/Darek Delmanowicz

Czytaj dalej:

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka