Szkolenie polskich żołnierzy w CHoszcznie Fot. PAP/Marcin Bielecki
Szkolenie polskich żołnierzy w CHoszcznie Fot. PAP/Marcin Bielecki

Były szef MON: Rosja ma jeszcze wiele sposobów, by nam bardzo zaszkodzić

Redakcja Redakcja Bezpieczeństwo Narodowe Obserwuj temat Obserwuj notkę 52
Jesteśmy dziś na pierwszej linii, jeżeli idzie o ich zainteresowanie. Jest tak z kilku powodów. Po pierwsze jesteśmy zapleczem dla Ukrainy. Po drugie jesteśmy najważniejszym elementem wschodniej flanki NATO. Osłabienie czy doprowadzenie do dezorganizacji naszego państwa z punktu widzenia interesów Kremla byłoby bardzo korzystne. Musimy się więc bardzo pilnować – mówi Salonowi 24 prof. Romuald Szeremietiew, były wiceminister Obrony Narodowej.

W Polsce doszło do serii pożarów. Wprawdzie nie ma potwierdzenia, że były one wywołane celowo przez np. rosyjską agenturę, jest potwierdzenie, że agentura może takie ruchy wykonywać. Czy oznacza to, że zmieniły się czasy, możemy przygotować się już na nową, znacznie groźniejszą epokę w zakresie bezpieczeństwa?

Prof. Romuald Szeremietiew: Jeśli chodzi o ostatnie wydarzenia, mogę się posługiwać tylko tą wiedzą, która się pojawia w środkach masowego przekazu. Jak wszyscy wiemy, niedawno w mediach pojawiły się informacje, że służby specjalne państw zachodnich ostrzegały, że Rosja planuje jakieś działanie dywersyjne na terenie Europy. Nie jest to zresztą nic dziwnego w związku z agresywną polityką, którą Rosja od dłuższego czasu uprawia. A więc jeżeli pojawiają się tego typu zdarzenia nadzwyczajne, a nie ma jeszcze informacji, co było przyczyną tych pożarów, a to można i należy rozważać różne scenariusze. Także dlatego, że mądra polityka bezpieczeństwa polega na tym, że do tego typu spraw należy podchodzić podejrzliwie.

Premier przyznał, że były też udaremnione próby pożarów w Polsce, mamy też informacje o różnych działaniach wymierzonych w Zachód. Czy to oznacza, że obawiamy się wojny, zrzucenia rakiet, a prawdziwa wojna już trwa, tylko metody wroga są inne, a w przyszłości spodziewać się możemy właśnie serii pożarów, czy zamachów terrorystycznych?

Nie ulega wątpliwości, że Rosja ma całe instrumentarium takich działań, które mogą nam również zaszkodzić. Jesteśmy dziś na pierwszej linii, jeżeli idzie o ich zainteresowanie. Jest tak z kilku powodów. Po pierwsze jesteśmy zapleczem dla Ukrainy. Po drugie jesteśmy najważniejszym elementem wschodniej flanki NATO. Tak więc osłabienie, czy doprowadzenie do dezorganizacji naszego państwa, z punktu widzenia interesów Kremla byłoby bardzo korzystne. Musimy się więc bardzo pilnować.


Wiemy jednak, że Rosjan za wielu w Polsce nie ma. Mieliśmy przypadki zdrajców – ostatnio sędziego Szmydta, wcześniej Emila Czeczkę. Z jakich środowisk Rosjanie mogą rekrutować ewentualnych podpalaczy – terrorystów?

To jest kwestia metod, jakimi się posługują na przykład wywiady, żeby budować swoją agenturę. Wpływy agenturalne mają różny charakter. To znaczy, że są agenci, którzy, mają dostęp do terenów międzypaństwowych, z tych zwłaszcza militarnych. Jest też innego rodzaju agentura. Mówi się o tak zwanej agenturze wpływu, znacznie trudniejszej do rozpracowania i do eliminacji. Agent wpływu to nie jest ktoś, kto zbiera informacje tajne i przekazuje. To ktoś, kto posiada możliwości wpływu na ośrodki kierujące państwa, na opinię publiczną. Może udawać niezależnego eksperta, który, korzysta z wolności słowa. A swoimi teoriami służy celom wrogiego państwa. Przynależność do agentury wpływu jest bardzo trudna do udowodnienia, a tym bardziej do zwalczenie. A jednocześnie bardzo szkodliwa. Natomiast agentura innego rodzaju, czyli klasyczny szpieg czy dywersant, jest znacznie łatwiejsza do wyeliminowania, jeżeli mamy sprawne służby, które są w stanie to zrobić.

Tylko, że najlepsi „agenci wpływu” to pożyteczni idioci, którzy sami, ze szlachetnych pobudek na przykład żądają, by przestać chronić granic, albo – jak chciała swego czasu część środowisk lewicowych – przeznaczać środki zamiast na armię, na kulturę.

Tu możemy przypomnieć cały ruch pacyfistyczny w czasach zimnej wojny. Na Zachodzie był on często inspirowany przez sowieckie służby. Były w państwach zachodnich demonstracje pod hasłem „Nie chcemy pershingów”. Akcji pt. „Nie chcemy SS-20” w Europie Wschodniej oczywiście nie było. Istnieje dość liczna kategoria ludzi, których Lenin nazwał „użytecznymi idiotami”. Idiota, jak sama nazwa wskazuje, nie jest przecież formacją szpiegowską.

Tylko zorganizowanym idiotom przeciwstawić się trudniej niż realnej agenturze. W jaki sposób społeczeństwa powinny się bronić przed takimi wrogimi działaniami?

Tutaj nie ma uniwersalnych, złotych środków, idealnych sposobów, które sprawią, że np. edukacja obywateli zacznie działać. To jest kwestia bardzo trudna i skomplikowana. Ludzie mają różne poglądy, toczą się różnego rodzaju spory, to jest naturalne. W tym wszystkim aktywnie działają jednak obce agentury, które te spory i konflikty usiłują podsycać. Idealnych sposobów, żeby się bronić, nie ma. Jedyne, co należy tutaj zalecać, to zachowanie rozsądku. I daleko idącej ostrożności w kwestii spraw bezpieczeństwa narodowego. Kluczowa jest działalność naszych służb, zwłaszcza kontrwywiadu. Tutaj znowu, im mniej wiemy, jak te służby funkcjonują i działają, tym chyba lepiej. Bo one muszą działać w sposób niejawny.

Jak z perspektywy czasu patrzy Pan na modne w latach 90. teorie o końcu historii, braku zagrożeń, wizje globalnej wioski, w której wojna i zagrożenia nie są już możliwe?

Ta teoria o końcu historii rzeczywiście była, powiedziałbym, niezbyt mądra. Co gorsza, bardzo wielu ludzi w nią niestety uwierzyło. Pół biedy, jeśli brał ją na poważnie zwykły człowiek, bez choćby średniego wpływu na rzeczywistość. Stawało się to bardzo groźne, gdy teorie o potrzebie całkowitego rozbrojenia w związku z brakiem zagrożeń skaziły umysły ludzi, którzy decydowali o światowej polityce, funkcjonowaniu państw, stanie uzbrojenia, liczebności i jakości armii. Przecież wiemy, co się stało w obszarze obronności, ja to obserwowałem, jak państwo pozbywało się tych instrumentów militarnych. Przestano pracować nad tym, żeby przygotowywać system obrony, który będzie, służył naszemu bezpieczeństwu.

Teraz budowa takiego systemu nie budzi już wątpliwości, otwarty jest temat jak to robić. Przy okazji wojny na Ukrainie wrócił temat poboru do wojska, użycia rezerwy. To chyba jednak zbyt wąskie traktowanie problemu – jest wiele osób zupełnie nienadających się do liniowej służby, które mogłyby państwu w razie wojny oddać nieocenione usługi. Czy klasycznego poboru sprzed lat nie należałoby zastąpić szerokim, systemowym szkoleniem rezerw, tak, żeby każdy znał swoje zadania na wypadek zagrożenia?

Tak. Swego czasu, gdy planowaliśmy szeroki program obrony terytorialnej były plany, żeby stworzyć dwa modele służby wojskowej dla rezerwistów. Pierwszy klasyczny, przez 12 miesięcy w jednostce. Drugim byłaby służba przez 3 miesiące, w pobliżu miejsca zamieszkania, potem miałyby miejsce czasowe, krótkie szkolenia co jakiś czas. Rezerwista mógłby mieć wybór, jaki rodzaj służby wojskowej wybiera. Niestety, nie udało się, różne były przeszkody, nie chcę już do tego wracać. Zgadzam się jednak, że trzeba do sprawy podejść systemowo. Stworzyć jakieś rozwiązanie, które pozwoli ludziom po prostu przygotować się do tego, jak zachować się w razie zagrożenia, gdyby, nie daj Boże, trzeba było. To nie musi być oczywiście klasyczny pobór, to mogą być różne inne rozwiązania. Od zajęcia się tym problemem jednak nie uciekniemy – po prostu nie da się zbudować skutecznego systemu obrony i odstraszania wroga, jeśli nie będziemy mieli przeszkolonych wojskowo obywateli.

Czytaj dalej:


Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo