Pierwsze siarczyste mrozy przyniosły wielu właścicielom pomp ciepła zimny prysznic – i to nie tylko za oknem. Rachunki za prąd sięgające kilkuset, a nawet ponad tysiąca złotych za miesiąc zaskoczyły osoby, którym obiecywano tanie i bezobsługowe ogrzewanie. Zima pokazała, że pompa ciepła nie zawsze działa tak, jak w folderach reklamowych.
Pompy ciepła pod presją zimy
Dla wielu rodzin to pierwsza tak mroźna zima od momentu montażu pompy ciepła. Jeszcze jesienią zużycie energii wyglądało normalnie, a koszty nie odbiegały znacząco od wcześniejszych lat. Problem pojawił się wraz z długotrwałymi mrozami, gdy temperatury przez wiele dni nie przekraczały zera, a nocami spadały nawet poniżej –10 stopni Celsjusza.
W takich warunkach pompa ciepła, zwłaszcza powietrzna, zaczyna pracować na granicy swoich możliwości. Gdy ilość energii pobieranej z powietrza spada, system automatycznie uruchamia grzałki elektryczne. To właśnie one powodują gwałtowny wzrost zużycia prądu – nie o kilka procent, lecz czasem nawet dwu- lub trzykrotny.
Teraz rachunki rosną najszybciej
Najwięcej historii w sieci o "rachunkach grozy” dotyczy powietrznych pomp ciepła. To one są najtańsze w zakupie i najczęściej wybierane, ale jednocześnie najbardziej wrażliwe na niskie temperatury.
Dla domu jednorodzinnego o powierzchni 130–150 m kwadratowych, zamieszkanego przez 3–4 osoby, przy temperaturach od –10 do –15 stopni C i standardowym komforcie cieplnym (21–22 stopni), zimowe realia - jak wylicza "Dziennik Gazeta Prawna" - wyglądają następująco:
- zużycie energii: 900–1300 kWh miesięcznie
- przy cenie prądu 0,90–1,10 zł/kWh
- rachunek: około 800–1400 zł za miesiąc
W najzimniejsze dni, gdy pracują grzałki, koszt jednego dnia ogrzewania potrafi przekroczyć 40–50 zł. To właśnie one "robią rachunek” i psują wcześniejsze kalkulacje.
Znacznie lepiej z mrozami radzą sobie gruntowe pompy ciepła. Pobierają energię z gruntu, gdzie temperatura jest stabilniejsza, dzięki czemu rzadziej sięgają po grzałki. W praktyce oznacza to zużycie energii na poziomie 500–750 kWh miesięcznie i rachunki oscylujące wokół 450–800 zł.
Dlaczego rachunki eksplodowały? To nie tylko wina pompy
Duże rozczarowanie spotyka też właścicieli instalacji fotowoltaicznych. Zimą produkcja prądu jest niska, a zapotrzebowanie rekordowe. W systemie net-billingu energia oddana latem nie zawsze równoważy drogi prąd kupowany zimą. Efekt? Rachunki rzędu 700–1200 zł nadal się pojawiają, mimo paneli na dachu.
Eksperci twierdzą, że problem rzadko ma jedną przyczynę. Najczęściej nakłada się kilka czynników jednocześnie długotrwałe mrozy i praca urządzenia niemal bez przerwy, zbyt słaba moc pompy, niedostateczna izolacja budynku, zwłaszcza w starszych domach, częste uruchamianie grzałek elektrycznych, rozliczenia prognozowane, które dopiero po czasie pokazują realne koszty.
Bo rachunek za prąd jest nie tylko rachunkiem za technologię, ale też za jakość projektu domu i całej instalacji. Najwięcej emocji budzą historie osób, którym obiecywano konkretne kwoty: 300–400 zł miesięcznie, pełną wydajność przy –20 stopni C czy całkowite bilansowanie kosztów przez fotowoltaikę. Często nie były to kłamstwa, lecz założenia oparte na idealnych warunkach: nowym, doskonale ocieplonym domu, ogrzewaniu podłogowym, przewymiarowanej instalacji i braku ekstremalnych mrozów.
Gdy któryś z tych elementów zawiódł, zima brutalnie zweryfikowała obietnice, a rachunki stały się dla wielu właścicieli pomp ciepła prawdziwym szokiem.
Fot. Pompa ciepła
Red.
Inne tematy w dziale Gospodarka