60 obserwujących
460 notek
562k odsłony
793 odsłony

Barbarzyńca w Arktyce, czyli o uroku filmowych perełek w dobie szaleństwa

Wykop Skomentuj22

Małe ptaki śpiewają najpiękniej

image

Zanim świat zwariował dokumentnie, w poszukiwaniu krótkoterminowego azylu wybrałem się do kina. Mój wybór padł na dość udaną produkcję z rodzaju katastroficznych, zatytułowaną „Greenland”. Przyznam od razu, że szału nie było, ale film obejrzałem z przyjemnością i - co ważne - w towarzystwie jedynie kilku (bezmaseczkowych!) widzów. Te dwie godziny pozwoliły mi zapomnieć o wydarzeniach dziejących się na zewnątrz multipleksu. Chciałem niedawno  powtórzyć tę ekstrawagancję, lecz jak wiadomo nie ma na dziś opcji, aby zasiąść przed dużym ekranem i podczas projekcji oddychać pełna piersią. Cóż… Chcąc nie chcąc musiałem zadowolić się substytutem bytności w świątyni X muzy. W tym celu z niewielkimi nadziejami odpaliłem jedną z internetowych wypożyczalni. Znając profil najpopularniejszej z nich spodziewałem się natrafić na kolejne seriale lub filmy o… Zresztą wiadomo w czym rzecz. I tu zaskoczenie! Wprawdzie łopatologiczne „uszlachetnianie” widzów wciąż na topie, ale…

Kinematografia islandzka funkcjonuje na obrzeżach. Zarówno w sensie trendów, jak i w znaczeniu dosłownym. Twórcy z tego kraju podejmują tematykę oryginalną i dla wielu osób trudno strawną. Któż bowiem wytrwa sześć kwadransów w towarzystwie dwóch starszych panów, których hobby, sposobem na życia, a nawet prawdziwym powołaniem jest... hodowla owiec? Zapewne takich desperatów znajdzie się niewielu. A szkoda, bo np. film „Barany” to w mojej opinii dzieło niemal wybitne. Idźmy jednak dalej… Jak wspomniałem szukałem czegoś potencjalnie odmiennego od mainstreamu i znalazłem.

Lubię filmy kameralne. Nie tylko te, do których przyzwyczaili nas reżyserzy z ubiegłego wieku. Zamknięte pomieszczenia, kilka rekwizytów, przyćmione światło, krótkie i statyczne ujęcia, klaustrofobia, oszczędność. Znacznie bardziej ruszają mnie obrazy intymne, ale – paradoksalnie – stworzone za więcej niż przysłowiową „dychę”. Ot, choćby, raczej nie dostrzeżone przez tuzów krytyki i widzów, „127 godzin”. Oglądając tenże film musiałem powstrzymywać się od obgryzania paznokci. Mistrzostwo. To było dekadę temu. Dziś na podobny poziom wspiął się Joe Penna tworząc perełkę zatytułowaną „Arktyka”. Już sam fakt, że mało znany Latynos, przyzwyczajony do widoku palm i szumu ciepłego oceanu, wszedł w układ z Islandczykami i zaryzykował stworzenie opowieści umiejscowionej w krainie lodu, jawi się jak ryzykowany eksperyment. Co kierowało Brazylijczykiem podczas dokonywania wyboru na swój pełnometrażowy debiut? Nie wiem, ale za samo podjęcie takiego ryzyka należą się brawa. Tym bardziej, iż „Arktyka” powstała za niecałe… 2 000 000 USD, co w świecie zachodnich produkcji starcza zwykle na catering.

Nie będę przybliżał fabuły „Arktyki”. Powiem tylko o dwóch rzeczach. Po pierwsze, jako małolat pasjami oglądałem odcinki dokumentalnych produkcji (zwykle brytyjskich) opowiadających o odkrywaniu ukrytych w mroku zakamarków globu. A to centralna Afryka, a to dżungla amazońska, a to pokryte wieczną zmarzliną przeogromne połacie Syberii. Nie brakło także filmów o penetracji obszarów zlokalizowanych na obu biegunach. „Arktyka” dość dobrze wpisuje się w moje wyobrażenia zbudowane lata temu. Przyznam od razu, iż film nie jest pozbawiony rys scenariuszowych, ale nie burzą one jednak konceptu. Druga sprawa to rola Madsa Mikkelsena. Pierwszy raz dostrzegłem człowieka w „Królu Arturze”. Nic wielkiego. Kiedy jednak wpadłem na „Valhallę” oraz „Polowanie” musiałem przyznać, że facet ma talent. Co ciekawe, w niczym nie przypomina rozgadanych braci w zawodzie znad Sekwany. Mówi niewiele, czasem milczy. Po prostu gra. I to jak?! Sądzę, że producenci i reżyser „Arktyki” doskonale wybrali kandydata do głównej roli w tym filmie.

Swoistym kontrastem dla „Arktyki” jest serial „Barbarzyńcy”. Też go obejrzałem, choć zanim kliknąłem w link obawiałem się, że znów natrafię na czarnoskórego Achillesa lub niebinarnego Warrusa. Moje obawy potęgował fakt, iż serial został wyprodukowany przez… Niemców. Przesadzam? A skąd! Nie przestraszały mnie bowiem kwestie warsztatowe, techniczne czy narracyjne, ale całkiem inne. Jakie? Mam jakiś taki uraz, że kinematografia zza Odry nie budziła mojego zainteresowania od zawsze. Zdaję sobie sprawę z faktu, że nasi zachodni sąsiedzi mieli wielkie, olbrzymie osiągnięcia filmowe. Tak naprawdę to oni tworzyli podwaliny pod nowoczesny przemysł filmowy i byli prekursorami produkowania prawdziwych hitów. Wystarczy wspomnieć „Gabinet doktora Caligari”, „Nosferatu – symfonia grozy”, „Metropolis”… A później też nie zasypiali gruszek w popiele. „Okręt”, „Stroszek” czy „Good Bye Lenin”… To wszystko prawda. Niestety ten język… Gdy pomyślę, iż podczas projekcji mógłbym ujrzeć i usłyszeć, nawet sympatyczną postać, wypowiadającą słowo Rindfleischetikettierungsüberwachungsaufgabenübertragungsgesetz, ciarki przechodzą mi po plecach. Jednak tym razem…

Wykop Skomentuj22
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura