68 obserwujących
485 notek
614k odsłon
3389 odsłon

Kardynał Gulbinowicz, „żywe legendy” i 80 milionów zł, czyli o fundamentach III RP

Wykop Skomentuj66

Legendy okazują się zawsze ważniejsze niż historia
E. Moriel

image

Co rusz polską opinią publiczną wstrząsają informacje dowodzące, iż gmach III RP został posadowiony na lotnych piaskach. Czyż jednak może być inaczej skoro znaczna część jego projektantów i wykonawców nie zasługiwała na dumne miano elity? Moim zdaniem – nie! Dlatego ze sporym zaskoczeniem odbieram niemal powszechne zdziwienie moich rodaków w reakcji na para-bolszewickie postawy i zachowania licznych przedstawicieli nadwiślańskiej „arystokracji” biznesu, polityki, nauki czy kultury. Nielotni abderyci na czele partii, barbarzyńsko ordynarne przywódczynie protestów oraz zadufani w sobie do granic absurdu i kłamliwi celebryci, to dziś nie wybryki natury, lecz niemal standard. Skąd to się bierze? Jestem przekonany, że główną przyczyną była trucizna fałszu, którą został nasączony akt założycielski III RP. 

Zaznaczę, że w świetle faktów wszelkie łgarstwa, dezinformacje i oszustwa doby przepoczwarzania się PRL w nową Polskę nie były produktami ubocznymi procesu, ale wręcz jego podstawowymi surowcami. Z nich to również wyprodukowano opakowanie i opowieść marketingową dla wyrobu o nazwie „III RP”. Wiem. Przydałby się jakiś konkretny przykład. Zatem…

Wielu z nas słyszało o sensacyjnych wydarzeniach sprzed czterech dekad mających miejsce we Wrocławiu w przeddzień wprowadzenia stanu wojennego. Wtedy to grupa działaczy dolnośląskiej „Solidarności” - pod nosem komunistów - wybrała z banku  80 milionów złotych. Środki te pozwoliły na funkcjonowanie przez kilka kolejnych lat podziemnych struktur opozycyjnych, a główni wykonawcy śmiałej akcji zostali okrzyknięci i stali się na długie lata bohaterami. Na temat akcji napisano dziesiątki artykułów i sporo książek. Ba! W roku 2011 powstał nawet film gloryfikujący dokonania odważnych związkowców. Wydawać by się mogło, że w oparciu o prawdziwe wydarzenia narodziła się i wpisała się w kod kulturowy Polaków nowa opowieść ku pokrzepieniu polskich serc. Zyskaliśmy postacie godne umieszczenia ich nazwisk w podręcznikach do historii obok najdzielniejszych z dzielnych doby walk narodowowyzwoleńczych. Pięknie, podniośle, pastelowo…

Lata mijały i do głosu poczęli dochodzić ludzie z młodszego pokolenia, których nie paraliżowały legendy i z poczuciem misji dotarcia do prawdy, ośmielali się zeskrobywać wierzchnią warstwę farby z otaczanych nabożną czcią pomników. No i stało się!

Według oficjalnej narracji J. Pinior, ówczesny rzecznik finansowy Zarządu Regionu „NSZZ Solidarność”, tknięty wieszczym przeczuciem, wybrał się 2 grudnia 1981 r. do wrocławskiego oddziału NBP, w którym poprosił dyrektora J. Aulicha, czyli dyrektora placówki, o przygotowanie na dzień następny wielomilionowej kwoty i wydanie jej przedstawicielom związku. Następnego dnia Pinior wraz z kilkoma kolegami pojawił się w banku, pieniądze odebrał i czym prędzej ruszył do siedziby kurii wrocławskiej. Tam, po krótkiej rozmowie z abp H. Gulbinowiczem, „zdeponował” pieniądze i w poczuciu dobrze wypełnionej misji powrócił do codziennych obowiązków. Ukryte środki, już po 13 grudnia, umożliwiły funkcjonowanie działaczom podziemia, a miejsce ich ukrycia miało pozostać przez lata nieznane dla funkcjonariuszy reżimu.

Aby zrozumieć doniosłość sprawy należy pamiętać, że aby plan Piniora został zrealizowany musiał wydarzyć się cały szereg ekstraordynaryjnych zdarzeń. Ot, choćby to, że pomysłodawcy przedsięwzięcia udało się dotrzeć do dyrektora banku niezauważonym (podobno dnia 2 grudnia po 15:00 nie było już sekretarki). Następny „cud” to zgoda szefa oddziału NBP na wydanie jednorazowo aż 80 milionów złotych, nie poinformowanie milicji o konieczności zorganizowania konwoju, natychmiastowa akceptacja polecenia o wydaniu pieniędzy przez naczelnik wydziału (p. M. Leszczyńską), zlekceważenie przez pracowników banku faktu błędnie wypisanego czeku… To jednak nie wszystko.

Już po wyjściu z siedziby banku „spiskowcy” pojawili się w progach metropolity wrocławskiego z nietypową prośbą. H. Gulbinowicz miał dość szybko i właściwie bez obiekcji spełnić  oczekiwania przybyszów. Dziwne, bo według relacji współpracowników abp, tych działaczy „Solidarności” kojarzył tylko z widzenia. Ograniczył się jedynie do upewnienia się, że środki pieniężne przytargane przez dwóch tajemniczych ludzi nie pochodziły z kradzieży. Stanęło na tym, że pieniądze zostały ukryte osobiście przez arcybiskupa i jego sekretarza, a konspiratorzy… otrzymali pokwitowanie.

Być może mam nad wyraz podejrzliwą naturę, ale odnośnie opisywanego wydarzenia oficjalna narracja sprzedawana przez lata społeczeństwu polskiemu wydaje się mocno naciągana. Wprawdzie historia zna przypadki niesamowitych wyczynów dokonywanych przez wyjątkowych śmiałków i sprzyjających im zadziwiających zbiegów okoliczności, ale wszystko ma swoje granice. Jak bowiem wytłumaczyć (poza faktami przywołanymi wyżej) całkowitą bierność rezydenta/ów WSW czy SB kontrolującego/ych przepływy finansowe we wrocławskiej placówce? Czy można przyjąć, że wśród siedmiu pracowników banku, przygotowujących w obecności J. Piniora i jego kolegów pieniądze do wydania oraz kilku pracowników kurii świadomych celu przybycia związkowców na Ostrów Tumski, nie znalazł się nikt, kto sprawował funkcję tzw. gumowego ucha? Dlaczego komuniści – już po akcji - nie zdecydowali się na przeszukiwanie kurii i sympatyzujących z opozycją parafii? Czemu?, dlaczego?, jak? Pytań rodzi się całe mnóstwo. Sprawę dodatkowo zaciemniają tłumaczenia głównego realizatora planu, który na pytanie o źródło zgody na przeprowadzenie przedsięwzięcia twierdził, że była nią uchwała przyjęta wraz z K. Modzelewskim i K. Bednarzem podczas… spaceru.

Wykop Skomentuj66
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo