44 obserwujących
290 notek
315k odsłon
3898 odsłon

Farmazony A. Dugina jako lek na II Powstanie Warszawskie

Wykop Skomentuj61

Gdzie my jesteśmy, tam jest centrum piekła. I tak naprawdę nie trzeba nam myśleć, czy nie nadejdzie koniec świata, musimy myśleć, jak tego dokonać

Aleksander Dugin

image

Kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego stała się okazją do wielu poważnych rozważań i wystąpień. Pomijam zdarzenia w rodzaju pajacingu zrealizowanego przez  troglodytę umysłowego z istniejącej onegdaj partii na „N”. To się nie liczy.  Szkoda zaśmiecać przestrzeń Internetu.  Znacznie bardziej interesującymi są wypowiedzi - powracające niczym echo w Tatrach - które zawierają nuty zniesmaczenia tzw. bezrefleksyjnym ogólnonarodowym wzmożeniem patriotycznym. Zwykle brzmią one niczym dwugłos.

Pierwszy próbuje  wwiercić się w głowy słuchaczy komunikatem o irracjonalności czczenia klęsk. Jest to według stronnictwa moralistów aberracja typowo polska. Czyżby? Wystarczy uruchomić zwoje mózgowe lub zajrzeć do porządnej książki aby stwierdzić, że obchodzenie porażek, ba!, nawet hekatomb, to normalka u rodzaju ludzkiego. Czynią tak liczne narody i żaden tubylczy rezoner nawet się o tym nie zająknie. Wszak obrońcy Sewastopola (1941/42 r.) traktowani są przez Rosjan niczym istoty pół-boskie. Amerykanie corocznie, z największą estymą, honorują obrońców Alamo (1836 r.) wyrżniętych przez Meksykanów niczym bydło. Podobnie Żydzi czczą bojowników z Masady (73 r.), którzy zamiast złożyć broń  popełnili zbiorowe samobójstwo. Tak więc świętując wybuch Powstania  z 1 sierpnia 1944 r. wpisujemy się w trend normalności.

Drugi brzmi mniej fałszywie i – w mojej opinii – nadaje się do wysłuchania. Jakże bowiem lekceważyć nawoływania do dokonania ponownej oceny sensowności sierpniowej insurekcji? Uważam, że każdy dojrzały naród winien, a nawet musi, przejrzeć się w lustrze przeszłości. Między innymi po to,  aby w razie kolejnego egzaminu dojrzałości, działać w oparciu o doświadczenie i ponownie nie popełniać straszliwie kosztownych błędów.  Krótko mówiąc: chwała bohaterom i sprawiedliwość przywódcom!

Trochę poszybowałem, ale proszę o wybaczenie. Tematyka powstańcza jest mi równie bliska jak większości moich rodaków i stąd nieco przydługi, lecz uzasadniony wstęp. Tak się bowiem składa, że Powstanie Warszawskie nie powinno być rozpatrywane jedynie w kontekście przeszłości. Mrzonki zakażonych wirusem Fukuyamy o definitywnym końcu historii, nadają się li tylko do lamusa oryginalnych i przebrzmiałych teorii. Świat pędzi do przodu i żaden „profeta” nie jest w stanie napisać dla ludzkości realnego scenariusza nawet na najbliższe lata; nie mówiąc już o dekadach. Jedno jest jednak pewne – „człowiek jest istotą niezastygłą, wciąż w nim się gotuje, wrze…”  Skoro tak, to jeszcze niejedna niespodzianka, i to o zdecydowanie gorzkim smaku, czeka mieszkańców Polski.

Jak powszechnie wiadomo, wielkie historie rozpoczynają się zwykle od małych incydentów. Te zaś są wynikiem procesów zachodzących w ludzkich głowach. Czasem są to – niestety – głowy bardzo chore. Truizmem byłoby przypominać skalę ułomności zawartości czerepu takiego A. Hitlera, ale już jako oryginalna zachęta brzmi pytanie o stan umysłu Alfreda Rosenberga, tj. autora „Mitu XX wieku” ("Der Mythus des 20. Jahrhunderts"). Ten urodzony w Estonii ideolog, pozostający w cieniu innych geniuszy zbrodni,  położył podwaliny pod ludobójczą politykę nazistowskiego imperium. To w jego umyśle zrodziły się wizje „Tysiącletniej Rzeszy” zbudowanej przez rasę panów na barkach podludzi. Jego odczyty, prowadzone dla czołówki funkcjonariuszy NSDAP jeszcze w czasach gdy politykowała w monachijskiej piwiarni, stały się podglebiem oraz impulsem dla stworzenia przez nazistów planu podboju globu. Rosenberg miał dar przekonywania, talent krasomówczy i wiarę we własne posłannictwo. Pasował jak ulał do szajki rządzonej przez Adolfa H., którą bardzo długo lekceważono…

Zdaje się, że duch Rosenberga przez długie lata błąkał się po świecie aż trafił na odpowiedniego człowieka. O dziwo w swej wędrówce nie zatrzymał się gdzieś nad Renem czy Potomakiem, ale wybrał kierunek wschodni. Zaskakujące? Wcale! Wiedział co czynić, bo dla realizacji celów musiał wybrać człowieka wyrosłego w tradycji nieustannych podbojów, fermentu i braku szacunku dla życia. Prócz tego idealny „nosiciel” powinien charakteryzować się  nieokiełznaną naturą i być głęboko  zakochanym w…  samym sobie. Te wszystkie warunki, okraszone wybitną inteligencją i niepoślednią charyzmą, spełnia Aleksander G. Dugin.

Rosjanin to postać dobrze znana i jednocześnie tajemnicza. Niechaj to wystarczy, gdyż rys jego sylwetki z łatwością da się odnaleźć w sieci. Dla mnie interesującym jest co innego. Otóż Aleksander Dugin wypisz-wymaluj przypomina znane z dziejów szare eminencje, które z lepszym lub gorszym skutkiem wywierały wpływ na postępowanie liderów i ukryte w mroku decydowały o losach milionów ludzi. Niekiedy miały pecha, gdyż głowy czy przywódcy państw bardziej cenili sobie profity płynące z posiadania władzy niż uczestnictwo w zawieruchach o niepewnym wyniku. Czasami jednak żądza wpisania się na trwałe do annałów historii lub po prostu obłąkanie powodowały, iż szare eminencje znajdowały admiratorów swych pomysłów.

Wykop Skomentuj61
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura