44 obserwujących
289 notek
314k odsłon
625 odsłon

Czy Żydzi w mundurach SS tłumili Powstanie Warszawskie?

Wykop Skomentuj11

W trudnościach odwołuj się do rozumu.
Seneka

image

Wychodzę z założenia, że nie ma tematów tabu.  No, może prócz przysłowiowego  sznura  w domu wisielca. Staram się być wierny temu przekonaniu, gdyż dzięki temu mój ogląd świata staje się dojrzalszym. Lubię szczególnie odkrywać historie, które albo przypadkowo pokrył kurzem Chronos, albo ktoś celowo ukrył w tajnym sejfie. Na jedną z takich atrakcji natrafiłem całkiem niedawno. Nim jednak wyjaśnię w czym rzecz – kilka słów wprowadzenia.

Corocznie na początku sierpnia oddajemy hołd bohaterom Powstania Warszawskiego.  Zdaje mi się, że debaty wywoływane z powodu tak wiekopomnego wydarzenia, już dawno stały się sztampowe i ograniczają się do „wałkowania” zagadnień po tysiąckroć przetrawionych.  Można nawet rzec, iż zostały sprowadzone do smutnego schematu, w którym podniosły nastrój zakłócany jest lichą prowokacją, a następnie całe bataliony - mniej lub bardziej utytułowanych -  specjalistów spierają się o to czy prowokator  to głupiec, walczący z globalnym ociepleniem  nowoczesny patriota  czy też płatny agent. I tak w kółko. A przecież warszawskiej insurekcji niezbędna jest wiwisekcja. Nie po to rzecz jasna by z lubością babrać się w wątpiach poległych i pomordowanych. O nie! Tu idzie o coś znacznie bardziej przerażającego. O co? Ni mniej ni więcej tylko o prawdę. Ta zaś – jak powszechnie wiadomo – zwykle boli najbardziej.

Jednym z najtragiczniejszych epizodów Powstania była rzeź dokonana na kilkudziesięciu tysiącach mieszkańców Woli. Wśród oprawców ubabranych po łokcie we krwi ofiar, niepoślednie miejsce zajęli zbrodniarze z oddziałów Oskara Dirlewangera. Postaci tej nie trzeba szerzej opisywać. Wystarczy wspomnieć, że był to człowiek (?) opętany przez ideologię nazistowską. Prócz tego charakteryzował się okrucieństwem, nieokiełznanym pociągiem do alkoholu i kobiet oraz gargantuicznym ego. Był wyjątkowym psychopatą obdarzonym – jak to często w tym przypadku bywa – zdolnościami przywódczymi. Tych ostatnich nie wykorzystał jednak w zbożnym celu, ale do oddał je na usługi sił piekielnych. Jak żył – tak zszedł z tego świata. Podobno po zakończeniu działań wojennych został zatrzymany przez Francuzów w areszcie. Okazało się jednak, że funkcję strażników pełnili Polacy, którzy załatwili  Dirlewangerowi ekspresowy bilet do piekła.

Zanim pożegnał doczesność stał na czele jednostki (a właściwie jednostek), których zła sława nie przebrzmiała do dzisiaj. Wprawdzie wiele hitlerowskich oddziałów w trakcie ostatniej wojny dokonywało czynów haniebnych, lecz ludzie O. Dirlewangera osiągnęli taki poziom zbydlęcenia, że budzili strach i obrzydzenie nawet w szeregach niemieckich zbójów zwanych bezzasadnie żołnierzami. Swój krwawy rajd rozpoczęli na dobre od Białorusi, gdzie podczas pacyfikacji stosowali metody powtórzone następnie na naszych Kresach  przez rezunów Bandery. W miarę upływu czasu cofali się wraz z frontem na zachód. Wszędzie zostawiając po sobie krwawy ślad. Wreszcie latem 1944 r. zostali skierowani do tłumienia Powstania Warszawskiego. Jak poczynali sobie w naszej stolicy dobrze obrazuje relacja jednego z dirlewangerowców: „Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po tych schodach.”

Następnie, jako wprawnych łowców ludzi, wysłano ich w celu uśmierzenia powstania na Słowacji. Kres Brygady Szturmowej SS „Dirlewanger” (będącej już częścią 36 Dywizji Grenadierów SS „Dirlewanger”) przyniosła ofensywa sowiecka z wiosny 1945 r. Szacuje się, iż jednostka dowodzona przez Dirlewangera pozbawiła życia nawet 120 000 osób. I to prawie wyłącznie ludności cywilnej i partyzantów. W starciach z regularnym przeciwnikiem ponosiła właściwie same klęski.

Najciekawszą kwestią w kontekście tej formacji jest jej nietypowy skład osobowy. Nie była ona bowiem z założenia przeznaczona do walk na froncie, lecz jej celem było zwalczanie oporu i pacyfikowanie ludności podbijanych terytoriów. Proces formowania jednostki rozpoczęto od wcielenia w jej szeregi… kłusowników. I to nie wszystkich, ale tylko tych używających podczas karalnego procederu broni palnej. Ci, którzy używali wnyków lub razili zwierzynę prądem pozostali w więzieniach. SS-Sturmführer Karl Radl, czyli gorący zwolennik wykorzystania tego rodzaju przestępców, rozanielony perorował: „Jeśli damy im szansę udowodnienia w rozległych lasach i bagnach Wschodu, że nie są wrogami swojej ojczyzny, z pewnością wykorzystają swego ducha polowania”. Oczywiście – na ludzi.

Początkowo oddział składał się z kilkudziesięciu strzelców. Starcia z partyzantami zmniejszały powoli stan osobowy „czarnych łowców”. Jako, że w rozumieniu szefów SS formacja okazała się efektywną, postanowiono ją powiększyć. Pod komendę Dirlewangera skierowano kolejną grupę kłusowników oraz kilkuset ochotników spośród Rosjan, Białorusinów i Ukraińców. W maju 1943 r. zasilono jednostkę volksdeutschami (również z Polski) oraz pierwszą gromadą więźniów z Sachsenhausen. Zgodnie z rozkazem SS-Gruppenführera Glücka wyekspediowano morderców, gwałcicieli, alfonsów, rabusiów i „element antyspołeczny” (uchylających się od pracy). Mieli oni do wyboru - odbywać dalej karę lub wstąpić w szeregi brygady „czarnych łowców”.

Wykop Skomentuj11
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale