45 obserwujących
308 notek
345k odsłon
2727 odsłon

Kilka uwag o zawartości „Hubala” w „Pokłosiu”

Wykop Skomentuj146

Nie ma sztuki bez idei.
Evo Hashtagger

image

 – „Fajny film wczoraj widziałem.”
 – „Momenty były?”
– „No masz! Najlepiej jak...”


Tego nie da się zapomnieć. Zabawne, lecz nie głupie, dialogi Mańka i Jędrka dotyczyły produkcji, które budziły zainteresowanie, kontrowersje i emocje, ale jednocześnie były pewnego rodzaju dziełami sztuki. Co ciekawe, dwaj niezapomniani dyskutanci, sporo miejsca i energii poświęcali rodzimym produkcjom. Tak więc obok „Bulwaru zachodzącego słońca” czy „Powiększenia”, komentowali również „Wesele” i „Potop”. Obawiam się, że gdyby dziś postanowili powrócić na antenę, musieliby zadowolić się filmami stworzonymi poza naszymi granicami. No, może nie do końca, ale prawie całkowicie.

Polskie kino dogorywa. Na tym właściwie wypadałoby skończyć, ale każdy mógłby mi zarzucić, że nie jest to prawdą, ponieważ biznes filmowy jakoś tam się kręci. Zarabiają reżyserzy, aktorzy, dystrybutorzy, producenci… Zgoda. Nie chodzi mi jednak o to, iż jakaś totalnie denna komedyjka pozwoliła autorowi scenariusza spłacić kredyt za nowe auto, a kolejnej „nadziei polskiego kina” udało się za honorarium pojechać do Los Angeles na urlop i w dzielnicy filmowej obfotografować się z manekinem Roberta De Niro.  Rzecz w tym, że z polskiej kinematografii uleciał duch.

Wyprodukowanie interesującego obrazu nie wydaje się wyczynem ekstraordynaryjnym. Przecież nawet Duńczykom udało się zrealizować  - w kilku odsłonach - jakoś tam zabawną opowiastkę o nieudacznych złoczyńcach („Gang Olsena”), a Argentyńczykom wbijający w fotel thriller („Sekret jej oczu”). To są jednak wypadki przy pracy. Całkiem miłe i godne szacunku, lecz osobliwe. Podobnie w naszym kraju zdarzają się filmy głębokie, mądre i profesjonalnie wyprodukowane a przy tym dające rozrywkę i zwrot  zainwestowanych pieniędzy. Ale to też białe kruki. Dlaczego tak się dzieje?

Widzę tu dwie przyczyny. Pierwsza jest prozaiczna i wynika z płytkości pojmowania rzeczywistości przez osoby decyzyjne. Według nich wystarczy małpować  Hollywood i recepta na sukces gotowa. To jednak rozumowanie pozbawione podstaw. Raczej nie z braku talentu, bo garstkę twórców i aktorów, którzy potrafiliby stanąć na wysokości zadania, w kraju nad Wisłą dałoby się znaleźć, ale przede wszystkim z powodu ograniczeń technicznych, finansowych i… mentalnych.

 Nie mam zamiaru znęcać się nad „polską szkołą efektów specjalnych”, nad nagrywaniem letnich ujęć w pejzażu dojrzałej jesieni, nad klejeniem scen masowych za pomocą siedmiu statystów i jednego komputera, nad ciasnymi kadrami, nad  jakością dźwięku przypominającą zakłócane audycje „Radia Wolna Europa”… To byłoby bicie piany, bo jak jest, każdy widzi i słyszy. Znacznie poważniejsza dolegliwość uwiła sobie gniazdko w głowach ludzi trzymających władzę i środki. Dotyczy to zarówno tzw. niezależnych mecenasów, jak i tuzów okupujących stołki PISF-u.

Od obu środowisk aż bije minimalizmem. Zerkają do zestawień budżetowych i jeśli wychodzi, że istnieje szansa wyciśnięcia z 3 mln złotych dodatkowych 30%, to z uśmiechem na ustach inwestują w produkcje, które człowieka myślącego przyprawiają o skręt kiszek. I to wcale nie z rozbawienia!  Wprawdzie obrońcy dzisiejszego filmowego modus operandi zakrzykną, iż takie filmy - jaka publiczność, lecz tak naprawdę to droga do nikąd. Nie daje bowiem nikomu prawdziwego zadowolenia, ani prawdziwych pieniędzy. Tak jak i nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł i zdobycie uwielbienia publiczności. A przecież o tym winien marzyć każdy artysta.

Drugi powód zapaści jest – w mojej opinii – znacznie poważniejszy. A to z tej przyczyny, że nie wynika z charakteru poszczególnych decydentów, ale z przyczyn kulturowo-cywilizacyjnych. Otóż tzw. środowisko inteligencji twórczej znane jest od lat ze swobodnego podejścia do zagadnień narodowych. Oczywiście nie całe i nie wszystkich. Nie mniej ten typ ludzi zdominował polską kinematografię i za Chiny Ludowe nie chce jej wypuścić ze swych rąk. O ile w morzu popeliny pojawiają się całkiem perełki poświęcone zagadnieniom społecznym i ogólnoludzkim, w rodzaju „Placu Zbawiciela” oraz „Długu”, o tyle obrazów dotyczących spraw naszej polskiej wspólnoty w kontekście historycznym powstaje bardzo niewiele. Z bólem, ale trzeba to przyznać, że są to zwykle filmy słabe lub wyjątkowo słabe. A przecież także ten rodzaj widowiska, poza przesłaniem ważnym dla nas, może stać się całkiem porządną maszynką do nabicia kabzy. Pomijam „Waleczne serce”, „Szeregowca Ryana” czy „Ostatniego Mohikanina”. Równie udane produkcje powstają przecież poza USA (rosyjski „Admirał”, czeski „Ciemnoniebieski świat”, francuski „Królowa Margot”). A w Polsce lipa! Podejmowane próby to albo de facto przewały finansowe („Quo vadis” – spalone 76 mln zł!), albo seriale zapychające luki w grafiku programowym pomiędzy jednym a drugim show publicystycznym („Korona królów”). Przykre, ale tak to widzę.

Wykop Skomentuj146
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura